Rozmowa
Kadr z serialu ''Belle Epoque'' (fot. materiały prasowe)
Kadr z serialu ''Belle Epoque'' (fot. materiały prasowe)

Ostatnio jest pani o wiele bardziej otwarta, mówi więcej o swoim życiu prywatnym. Wcześniej była pani dużo bardziej zdystansowana.

- Jestem w takim momencie w życiu, że nie mam problemu z powiedzeniem, skąd przyszłam, z czego się składam, co mną targa, co mi się podoba, a co nie podoba. Ale może za jakiś czas znowu się zamknę, nie wiem.

Zmieniamy się wszyscy i zmienia się też nasza gotowość do mówienia o sobie. W pewnych okresach życia do różnych rzeczy przyznajemy się chętniej. Zaczynamy rozumieć, że może dobrze coś powiedzieć czy naprostować. Nie chodzi mi o to, żeby się tłumaczyć. Raczej o to, by powiedzieć światu: ten obraz mnie, który macie, nie do końca jest prawdziwy.

Magdalena Cielecka na 41. Festiwalu Filmowym w Gdyni (fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)

Z czego ta zmiana wynika?

- Z bardzo wielu rzeczy. Nie tylko z dojrzałości, upływu czasu, ale i z większej świadomości, co się dzieje dookoła nas. Ameryki nie odkryję, jeśli powiem, że człowiek się po prostu uspokaja z wiekiem. Zyskuje dystans do samego siebie, do swojej przeszłości, do swoich błędów. Patrzy na nie przez filtr rozczulenia czy jakiegoś sentymentu.

Albo pobłażania?

- Tak. I rozumienia. Nie z poczucia winy, że źle zagrałam w jakimś filmie dziesięć lat temu albo że w ogóle nie powinnam była w nim zagrać. Kiedyś mogłam tak myśleć, a dzisiaj uważam, że to moja składowa, mój potencjał. Mogę się z tego co najwyżej pośmiać albo wyciągnąć wnioski. Nie chcę powiedzieć, że tamte sprawy nie są ważne, ale dziś już wiem, że są sprawy ważne i ważniejsze. I że nie ma się co tak strasznie bić o wszystko, do końca, do ostatniej krwi. A młody człowiek ma taką strukturę, że walczy do upadłego.

Przepraszam, ale bawi mnie sugestia, że pani już nie jest tym "młodym człowiekiem".

- W tym roku kończę 45 lat, więc jestem w wieku tak zwanym średnim. Zresztą nie ukrywam tego, wręcz z rozkoszą to podkreślam, bo uważam, że jestem w ważnym życiowym momencie. Nie mam już trzydziestu lat, kiedy to staramy się udawać młodzieniaszków, i nie mam jeszcze sześćdziesiątki, więc nie chcę się sztucznie kreować na jakąś mentorkę. Ale 45 lat to jest jakiś wynik. Z tego 24 lata w zawodzie, to jest kawał czasu...

Magdalena Cielecka i Tomasz Drabek podczas próby spektaklu 'Upadłe Anioły' w Och Teatrze (fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

To faktycznie sporo, a właśnie dostała pani pierwszą w karierze rolę w serialu kostiumowym. "Belle Epoque" będzie rodzajem oddechu dotychczasowych ról?

- W tym zawodzie nie ma takiego komfortu, że w danym momencie dowolnie wybiera się role. Że na przykład ktoś zmęczył się życiem społecznym, obywatelskim czy prywatnym, to teraz zagra sobie w komedii. Tu nie ma klucza, tu są zbiegi okoliczności, przypadki i masa szczęścia, że ktoś pomyślał akurat o mnie. Bardzo się cieszę, że gram w kostiumowym serialu, bo to w ogóle rzadkość. Nie zastanawiałam się pięciu minut, potraktowałam tę propozycję jak dar, bo w teatrze czy filmie gra się głównie współczesne rzeczy.

Konstancja, którą pani gra w "Belle Epoque", to arystokratka, córka jednego z najzamożniejszych szlachciców w Krakowie. W jakim domu pani się wychowała?

- W bardzo prostym i normalnym, w małej miejscowości. Mama była księgową, a ojciec kierowcą. Nie cierpieliśmy biedy, ale i się nie przelewało, bo takie to były czasy. Moje dorastanie przypadło na lata 70. i 80. Znaszałam ubrania po starszym bracie, a jak przychodziły paczki od rodziny "z enerefu", jak żeśmy wtedy mówili, to było wielkie święto. Pamiętam czekolady i margarynę w plastikowych pudełkach, bardzo deficytowy wówczas towar, niezwykle pożądany. Do tego proszek do prania. Artykuły pierwszej potrzeby po prostu.

Nigdy nie miałam kompleksu małej miejscowości, bo nie miałam innego punktu odniesienia. Wszystkie rodziny żyły wtedy na podobnym poziomie, w klasie nie było większych dysproporcji. Podobnie zresztą, gdy zaczęłam jeździć do liceum do Częstochowy. Zmieniło się to dopiero, gdy poszłam na studia. Mieszkałam w akademiku, a ktoś, kto na przykład był z Krakowa, mieszkał z rodzicami i jeździł samochodem. I dokarmiał nas, bo w akademiku jedliśmy zwykle kisiel.

Kadr z serialu ''Belle Epoque'' - Magdalena Cielecka jako Konstancja, Weronika Rosati jako Misia (fot. TVN / Mirosław Sosnowski)

Wspomniała pani o bracie. Serialowa Konstancja też ma brata, Lucjana.

- Nie myślałam o tym, ale rzeczywiście! Zawsze byłam z bratem bardzo blisko, jest ode mnie starszy o dwa i pół roku i mogę powiedzieć, że cały czas jesteśmy razem. Nigdy nie mieliśmy momentu, żebyśmy się rozeszli. Wiem, że jeśli wydarzy się coś złego, to mój brat zawsze będzie. Zresztą zawsze myślałam o sobie podwójnie - to taki rodzaj pewności, że on zawsze jest.

W ogóle sobie nie wyobrażam nie mieć rodzeństwa, to dla mnie tak organiczne. Do nastoletnich lat mieszkaliśmy w jednym pokoju, moi rodzice w drugim, nie było innej możliwości. Byłam chłopczycą właśnie przez brata i lubiłam to. Mam w sobie taki rys męski, a w ogóle, jak powiedziała mi mama, miałam być chłopcem, Pawłem - mój brat ma na imię Piotr.

Pozostańmy przy pani bliskich. Konstancja planowała studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, jednak jej rodzina była temu przeciwna. A jak było z pani studiami?

- Też mogłam trafić na Uniwersytet Jagielloński! Złożyłam papiery na historię sztuki i polonistykę. To był mój plan awaryjny, gdybym się nie dostała do szkoły teatralnej. Ale tak w ogóle nie jestem pewna, czy w tym wieku, gdy decyduje się o swojej przyszłości, człowiek do końca wie, co chce robić. Ja nawet z tym aktorstwem nie wiedziałam. Zostałam wypchnięta do szkoły teatralnej, ale nie przez rodziców. W odróżnieniu do Konstancji nie musiałam ich słuchać - ani tata, ani mama nie mówili mi: "nie pojedziesz dziecko na studia, zostaniesz w domu" albo: "może niekoniecznie do szkoły teatralnej". Rodzice nie forsowali żadnego modelu przyszłości ani w stosunku do mnie, ani do brata. Wszystkie furtki były otwarte, oczywiście oko rodzicielskie na nas spoglądało, ale nie pamiętam żadnych zakazów. Było tak: "Chcesz? No to spróbuj, zobaczysz". Miałam wybór.

Kadr z serialu ''Belle Epoque'' (fot. TVN / Mirosław Sosnowski)

Żadnych zakazów?

- Żadnych. Nie miałam też momentu buntu, mój brat również nie miał. Mama, bo ona głównie nas wychowywała, stosowała strategię zostawiania nam wyboru i samodzielnego decydowania, co jest dobre, a co jest złe. W jakiś tajemniczy sposób zawsze wiedzieliśmy, że jak coś jest gorące, to nie należy się zbliżać, żeby się nie oparzyć. Nie miałam potrzeby łamania zakazów, bo ich nie było, nie miałam też potrzeby prowokowania niebezpiecznych sytuacji.

Kto panią "wypchnął" do szkoły aktorskiej?

- W ramach ucieczki od tych szarych czasów zaczęłam śpiewać poezję na różnych konkursach recytatorskich. Na tyle złapałam bakcyla i zakochałam się w ludziach z tego środowiska, że chciałam z nimi spędzić życie. To był mój świat. Właśnie oni mnie namówili: "Masz to coś, spróbuj". Poszłam na egzamin i się udało, ale zawsze powtarzam, że nie miałam ani przekonania, ani desperacji, by w razie porażki zdawać ponownie za rok.

Czasem się nad tym zastanawiam i jak sobie tak dywaguję, to wydaje mi się, że to jest jak w "Przypadku" Krzysztofa Kieślowskiego. Zależnie od tego, jaką wybierzemy drogę, nasze życie toczy się alternatywnym scenariuszem. Mogłam zostać w Żarkach i uczyć w tamtejszej szkole podstawowej albo pracować w lokalnej gazecie na Śląsku. Albo być co najwyżej dziennikarką lokalnego ośrodka telewizyjnego. Może.

Magdalena Cielecka podczas próby spektaklu ''Kobieta z zapałkami'' w reżyserii Aleksandry Koniecznej (fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Konstancja wzbudza podziw u mężczyzn. Pani ma poczucie swojej atrakcyjności?

- Mam świadomość swojego wyglądu. Trudno by mi było być aktorką, gdybym miała jakiś problem ze swoim ciałem czy brakowałoby mi samoakceptacji. Lubię się podobać i wiem, że pewnej części osób się podobam, ale ponieważ gusta są różne, zrozumiałe jest, że inna część mnie odrzuca i krytykuje. Jednym się podobają bruneci, innym blondyni, a jeszcze innym łysi. Czasami ja też wolałabym mieć śniadą cerę i kruczoczarne loki. Generalnie jestem zadowolona ze swojej powłoki, ale bywają dni, kiedy się nie podobam sobie wcale. A przecież się aż tak bardzo nie zmieniam.

Podobnie jest z aktorstwem. Kogoś moje aktorstwo przekonuje albo ktoś lubi mnie w konkretnych rolach, a ktoś inny kompletnie mnie odrzuca. Ja zresztą też tak mam. Wiem, że ktoś jest świetnym aktorem, ale kompletnie nie mam z nim chemii. I to jest zupełnie naturalne.

Wracając do atrakcyjności - kiedyś widziałam panią na ulicy Kruczej w Warszawie. Obejrzałam się, bo moją uwagę zwróciła piękna kobieta, dopiero potem się zorientowałam, że to pani. Miewa pani podobnie?

- Lubię patrzeć na atrakcyjne kobiety. Na takie, które mają to coś, przykuwają uwagę. To dotyczy zresztą obu płci. Gdy kogoś takiego widzę, po prostu zawieszam na nim oko. Często potrafię się też zachwycić czyimś stylem, taką spójnością, którą w danym człowieku widzę. To może być ubranie, sposób poruszania się, jakaś aura, energia, która wynika z wewnętrznej równowagi po prostu.

Magdalena Cielecka na XXVII Przeglądzie Piosenki Aktorskiej PPA we Wrocławiu, 2006 r. (fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta)

Często pani dostrzega spojrzenia innych kobiet?

- Kiedyś dostrzegałam je bardziej. Nie że się bardziej stroiłam, ale poświęcałam więcej energii i uwagi temu, jak wyglądam. Dzisiaj, poza "sytuacjami wyjściowymi", staram się wtopić w tłum. Przed wszystkim z wygody, ale też trochę z przekory - jak już mnie ktoś rozpozna, to chciałabym, żeby miał komunikat, że jestem normalnym człowiekiem. Podczas zdjęć do "Belle Epoque" na jednej z krakowskich ulic zauważyło mnie dwóch starszych panów. Jeden mówi: "Ty, zobacz, to chyba była pani Cielecka". A drugi na to: "E, no taka?!".

Taka zwyczajna?

- No właśnie. I to mnie kręci. To odbieram jako sukces. Nie dlatego, że chcę się jakoś umniejszyć czy coś w tym rodzaju, tylko zależy mi na komunikacie: "Nie jestem niedostępna, nie unoszę się pięć centymetrów nad ziemią". Dziś niczego sobie wyglądem czy strojem nie próbuję kompensować, a kiedyś tak było. To wynika pewnie z większej wiary w siebie, pogodzenia się, luzu.

Nie napina się też pani na wielkie wyjścia.

- Prowadzę bogate życie towarzyskie, ale w swoim znanym i bezpiecznym gronie, w którym nie trzeba się specjalnie "stwarzać". Oczywiście mój zawód zakłada "wyjścia" i traktuję to z pełnym szacunkiem, i robię to zawodowo, ale sama z siebie chodzę na imprezy rzadko. Nawet na premiery, bo żeby coś obejrzeć, wolę się wybrać na spokojnie, sama. Dziś wyjście na premierę albo pokaz mody to medialny show, który odbiera możliwość przeżycia danego wydarzenia naprawdę.

Kadr z serialu ''Belle Epoque'' - Magdalena Cielecka jako Konstancja, Paweł Małaszyński jako Jan (fot. TVN / Mirosław Sosnowski)

Gdy Konstancja związała się z Janem, synem doktora, szybko stali się celem zainteresowania mediów. Taki model jest pani znany, prawda?

- Przerabiałam go. Na pewno nie jest to łatwe. Znam zresztą oba warianty - związku, który nie wzbudza cudzego zainteresowania, i takiego, który je wzbudza. Ten drugi to jest hard core. Nawet nie dlatego, że się jest obserwowanym i że czyta się o sobie jakieś rewelacje. Albo słyszy się, że kompletnie obcy ludzie się zastanawiają, "czy on ją zdradza", "czy ona go zdradza". I rzecz jasna wiedzą lepiej. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że mimowolnie, i to jest chyba nie do uniknięcia, włącza się mechanizm pewnej autocenzury. Istnieje niebezpieczeństwo, że zatraci się intymność z partnerem, bo traci się bycie sobą, bycie prawdziwym. Wychodzimy razem na imprezę i się kontrolujemy. I mimo że mam coś innego w emocjach albo w sercu, nie mogę tego pokazać. Będę się uśmiechać. To szalenie męczące i kosztowne energetycznie, a poza tym wpływa na związek. Potem wracamy do domu i nie wiadomo, kim byliśmy. Czy to byliśmy my, tacy jakimi jesteśmy prywatnie, czy nie? I to jest niszczące dla związku.

Żyłam też w czasach, kiedy ten medialny cyrk nie był tak rozkręcony, człowiek się z kim związywał, rozstawał, cierpiał albo zadawał cierpienie, ale to wszystko się odbywało w zaciszu własnej sypialni, domu i serca, a nie było roztrząsane publicznie.

Była też pani wtedy mniej popularna.

- To też, ale to były czasy, gdy jeszcze nie było tabloidów i portali plotkarskich, nie było kolorowych pism, które rozbudzałyby zainteresowanie ludzi osobami znanymi i potem się tym karmiły.

Magdalena Cielecka na planie filmu ''Po sezonie'' (fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta)

Obawiam się, że i my nie uciekniemy od tematów miłosnych. Pani bohaterka z "Belle Epoque" szybko zakochuje się w Janie. A pani jest kochliwa?

- Chyba nie. Nie, dziś na pewno nie jestem kochliwa. Raczej wchodzę trudno w związki, a jak już - to na długo. Poza tym z wiekiem te związki trudniej przychodzą, trudniej jest się dojrzałym ludziom zdecydować, otworzyć, odważyć, zmienić, dostosować.

Dawniej też trudno się pani zakochiwała? W szkole na przykład?

- Właśnie próbuję sobie przypomnieć, jak to było... W podstawówce to we mnie się kochano, miałam wielu adoratorów i czułam satysfakcję. Ale nie miałam wtedy chłopaka. Byłam atrakcyjna towarzysko, byłam takim rodzajem żarówki, wokół której skupiali się koledzy, i chłopcy, i dziewczyny. Byłam hersztem, prowodyrem różnych ciekawych zdarzeń. Jednak nikomu nie oddałam wtedy serca, a przynajmniej nie pamiętam takiej deklaracji.

Zakochałam się dopiero w pierwszej klasie liceum. Ja miałam 16 lat, a on 20, już studiował medycynę w Krakowie. Nasz związek trwał cztery lata, był bardzo poważny, a ja myślałam, że będziemy razem do końca życia. Zresztą ja zawsze tak myślę. Jak byłam wolna i sama, to czekałam na kolejną miłość po prostu. Nigdy nie chciałam się kimś na chwilę zabawić albo wypełnić jakąś pustkę. Oczywiście było mi smutno, gdy byłam sama, ale czekałam, bo w głębi duszy  wiedziałam, że w końcu kogoś spotkam.

Magdalena Cielecka w spektaklu ''Szczątki ludzkie'', 1998 r. (fot. Wojciech Duszenko / Agencja Gazeta)

A kto nie ma u pani szans? Co panią odpycha?

- Na pewno chamstwo. I to, że ktoś nie akceptuje innego sposobu myślenia czy patrzenia na świat, i to pod każdym względem. Nie ma u mnie szans ktoś nieczuły - i nie mam na myśli intymności - ale nieczułość na krzywdę, brak empatii. I ktoś, kto za wszelką cenę próbuje się popisać. Kto zbyt dużo o sobie mówi i próbuje się zareklamować. Taki ktoś jest u mnie stracony. To dotyczy zwłaszcza mężczyzn. Bo jak ktoś mi robi taką prezentację, to znaczy, że nie wierzy w swoją wartość, którą i tak przecież poznam, gdy będzie nam dane się do siebie zbliżyć. Ja jestem w stanie tę wartość dostrzec.

Rzeczą absolutnie elementarną w kontaktach z ludźmi jest dla mnie szczerość. Ja sama jestem szczera do bólu. Uczę się dopiero, że można od czasu do czasu nie powiedzieć tego, co się myśli, ująć to bardziej dyplomatycznie albo po prostu machnąć ręką. Kiedyś nie umiałam tego, musiałam wszystko wyjaśnić, doprowadzić do końca i powiedzieć dlaczego. Teraz często odpuszczam, bo świat ani się od moich słów nie stanie lepszy, ani się bez nich nie zawali.

Zawalił się za to ślub granej przez panią Konstancji. I to w bardzo tragicznych okolicznościach.

- Nie zdradzajmy za dużo... Ale tak, będą oświadczyny i będzie tragedia.

Pani z kolei podobno wzięła już kilka ślubów.

- Tak naprawdę jednak nikt mi się nie oświadczył.

Kadr z serialu ''Belle Epoque'' (fot. materiały prasowe)

Nie wierzę.

- Naprawdę. Ci mężczyźni, którzy widzieli we mnie pannę młodą, chyba czuli, że mogliby zostać odrzuceni albo że ja bym parsknęła śmiechem. Nie z braku szacunku czy braku uczuć. Dla mężczyzny, który mnie zna i rozumie, powinno być oczywiste, że ślub nie jest mi do niczego potrzebny. Że nie jest dla mnie żadną legitymacją związku, żadnym potwierdzeniem, a może wręcz byłby jakąś niepotrzebną barierą, rodzajem związania mi rąk?

Mam w sobie bardzo silny gen wolności i niezależności. Moje życie tak się ułożyło, że mogę sobie na tę wolność i niezależność pozwolić. Zapracowałam na nią. Mogę powiedzieć, że jestem niezależną kobietą, cokolwiek to znaczy, zarabiam pieniądze, dbam o siebie, o moich bliskich. Uprawiam zawód, który lubię, żyję z niego. To wartość, której nie chcę stracić. Ale też słabsze czy gorsze momenty w życiu, kiedy byłam sama, uświadomiły mi, że dam radę. Że przetrwam. Że bywam sama, ale nie jestem samotna, że są wokół mnie ludzie, na których mogę liczyć. I że umiem być sama, nawet będąc w związku. Bo w związku także potrzebuję samotności. Lubię ją.

Zobacz wideo

Magdalena Cielecka. Aktorka filmowa i teatralna, obecnie jest w zespole Teatru Nowego w Warszawie. Urodziła się w Myszkowie, skończyła krakowską PWST. Zagrała w takich filmach jak "Zakochani", "Katyń", "Córki dancingu" czy "Pitbull. Niebezpieczne kobiety" oraz w serialach m.in. "Czas honoru", "Pakt" i "Belfer". Ostatnio wcieliła się w rolę Konstancji w kostiumowej produkcji TVN "Belle Epoque". Prywatnie była związana z reżyserem Grzegorzem Jarzyną i aktorem Andrzejem Chyrą. Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.