Rozmowa
Piotr Stramowski (fot. materiały prasowe)
Piotr Stramowski (fot. materiały prasowe)

W "Po prostu przyjaźń" wcielasz się w Kamila, którego przyjaźń z Grześkiem, granym przez Macieja Zakościelnego, zostaje wystawiona na próbę. Kamil nie wie, że jego najlepszy kumpel za jego plecami umawia się z jego byłą żoną. Czy kogoś, kto w ten sposób traktuje bliską osobę, można nazwać przyjacielem?

- Przyjaźń w moim mniemaniu jest czymś wyjątkowym. Zauważyłem, że wiele osób używa tego sformułowania lekkomyślnie, nie zastanawiając się właściwie, jakie znaczenie ono ze sobą niesie. Dla mnie w przyjaźni najważniejsze są zaufanie i szczerość. Uważam, że oszukiwanie kogoś, nawet w tak trudnej sytuacji, jak przedstawiona w filmie, nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem.

Niektórych rzeczy się zwyczajnie nie robi. Dla mnie jedną z nich jest umawianie się z byłą partnerką kumpla za jego plecami. To jest straszne świństwo. Doskonale wiem jednak, że takie sytuacje się zdarzają. Kiedyś przytrafiła się także i mnie.

Kadr z filmu ''Po prostu przyjaźń'' (fot. materiały prasowe)

Po której stronie byłeś?

- Poszkodowanej, niestety. Dlatego kiedy przeczytałem scenariusz, stwierdziłem, że ta rola byłaby dobrym pretekstem, by wrócić do tych emocji, wspomnień. Chciałem je zrozumieć. Przeanalizować, dlaczego niektórzy uważają, że takie zachowanie jest w porządku.

Są rzeczy, których nie można wybaczyć nawet przyjacielowi?

- Według mnie istnieją pewne zasady, których się nie łamie. Nie trzeba nawet o nich rozmawiać. Niektóre osoby mają jednak zaburzoną hierarchię wartości - nie wiem, czy to wynika z wychowania, czy jest kwestią charakteru. Bardzo trudno jest się z taką osobą przyjaźnić, bo trzeba wciąż mieć z tyłu głowy, że ona może cię zranić. Tak patrzę na bohatera Maćka. On jest dla mnie człowiekiem pozbawionym pewnych wartości.

Jest tchórzem?

- Być może. Do pewnego stopnia rozumiem jego dylemat. Nie mamy wpływu na to, w kim się zakochujemy. Liczy się, co z tym uczuciem zrobimy. Uważam, że dorosły, odpowiedzialny człowiek powinien po prostu o tym porozmawiać. Nigdy nie zrozumiem kogoś, kto w takiej sytuacji decyduje się oszukiwać przyjaciela.

Piotr Stramowski i Maciej Zakościelny na planie filmu ''Po prostu przyjaźń'' (fot. materiały prasowe)

Twoja relacja z bohaterem Maćka jest bardzo napięta. Jak wyglądała wasza wspólna praca na planie?

- Robiliśmy sobie dowcipy na planie. Musieliśmy jakoś rozładować napięcie (śmiech ). Maciek jest bardzo bezpośredni w swoich żartach, nie przejmuje się, czy może kogoś urazić. Mimo to jest w tym absolutnie uroczy i potrafi mnie nieźle rozbawić.

To był w ogóle bardzo zgrany plan. Żeby nakręcić sceny wspólnego wyjazdu grupy przyjaciół, naprawdę wyjechaliśmy do Zakopanego. Byłem pierwszy raz w życiu w górach w lecie!

Jestem zapalonym narciarzem, w góry wybieram się tylko zimą. Było coś magicznego w tych wyjazdowych zdjęciach. Udało nam się uwierzyć, że ta grupa ludzi naprawdę się przyjaźni. Otworzyliśmy się na siebie.

Kamil od lat wyjeżdża raz w roku w góry z paczką znajomych z liceum. "Po prostu przyjaźń" dotyka m.in. problemu przyjaźni, która zmienia się przez lata. Wiele bliskich relacji nie wytrzymuje próby czasu.

- Fascynuje mnie przyjaźń i to, jak zmienia się pod wpływem czasu i doświadczeń. Bardzo często przecież zdarza się, że ktoś, kogo nazywaliśmy przyjacielem, staje się z czasem kimś nam obcym. Wydaje mi się to do pewnego stopnia naturalną koleją rzeczy. Kiedy jesteśmy w szkole, na studiach, życie nasze i naszych rówieśników toczy się równoległym torem. Mamy wspólne zainteresowania, doświadczenia, lęki, każdy przechodzi przez to samo. Potem, kiedy zaczynamy tzw. dorosłe życie, nasze ścieżki się rozchodzą. Niektórzy przyjaciele towarzyszą nam tylko w jednym etapie naszej drogi, i to jest w porządku. Uczymy się nawzajem od siebie, możemy na siebie liczyć, ale po pewnym czasie czujemy, że nie mamy już sobie nic nowego do zaoferowania.

Maciej Zakościelny, Aleksandra Domańska, Marcin Perchuć, Piotr Stramowski i Agnieszka Więdłocha na planie filmu ''Po prostu przyjaźń'' (fot. materiały prasowe)

Są jednak takie przyjaźnie, które wytrzymują próbę czasu.

- Pod tym względem bohaterowie "Po prostu przyjaźń" wydają mi się bardzo ciekawi. To są już dorośli ludzie, dla których coroczny wyjazd w góry jest trochę jak wehikuł czasu. Mam wrażenie, że próbują w ten sposób wejść w role, których już dawno nie grają, odtwarzać emocje i wzruszenia sprzed lat, które nie mają teraz tego samego smaku. Odwracają się w stronę przeszłości, zamiast szukać dla swojej relacji nowej przestrzeni, dynamiki. Taki sentymentalizm jest piękny, ale nie czuję, że sam bym potrafił tak utożsamiać się z przeszłością. Może kiedyś, ale dziś już nie.

Dlaczego?

- Czułbym, że mnie to niepotrzebnie wiąże, że stoję w miejscu. Ja wolę iść dalej. Przecież my się cały czas zmieniamy. Nie da się wrócić do czasów liceum, tamtych wzruszeń i przeżyć, nieważne, na ile wycieczek pojedziemy razem. Dla mnie esencją życia jest dotarcie w głąb siebie i zbliżenie się do odpowiedzi na pytanie "jakim jestem człowiekiem?". Wierzę, że nie da się tego zrobić, oglądając się wstecz.

Nie wierzysz zatem w przyjaźń na całe życie?

- Pewnie, że wierzę. Mam kilku przyjaciół z czasów dzieciństwa, a także z liceum, ze szkoły teatralnej. Wciąż spotykam się z moim przyjacielem z podstawówki, Adamem. Czuję z nim wyjątkową więź, całkowicie odporną na działanie czasu. Wiem, że ta relacja ma tak solidny fundament, że nic jej nie ruszy. Dzieje się tak dlatego, że kiedy się spotykamy, nie wspominamy dawnych czasów, tylko jesteśmy ze sobą tu i teraz. Rozmawiamy o tym, co jest dla nas ważne, o naszych planach i marzeniach. Zawsze są to fantastyczne rozmowy. I to jest prawdziwa przyjaźń.

Piotr Stramowski i Maja Ostaszewska na planie filmu ''Pitbull. Niebezpieczne kobiety'' (fot. materiały prasowe)

Czuję się dobrze z ludźmi, którzy chcą się rozwijać, łakną życia, chcą czegoś więcej. Mnie to szalenie inspiruje. Życie to suma wyborów. Zawsze powtarzam, że trzeba ufać intuicji. Mam wrażenie, że mamy w sobie głęboko coś atawistycznego, jakiś głos, którego powinniśmy słuchać. Przynajmniej ja słucham. Może się mylę? Czas pokaże.

Ten rok był dla ciebie przełomowy. Dzięki roli "Majamiego" w filmach z cyklu "Pitbull" Patryka Vegi niemal z dnia na dzień stałeś się jednym z najpopularniejszych aktorów młodego pokolenia.

- Nie wiem, czy wiesz, ale na planie "Po prostu przyjaźń" nosiłem perukę, by ukryć irokeza (śmiech ). Byłem pomiędzy zdjęciami do kolejnych części "Pitbulla", wciąż miałem "ciało Majamiego". A tutaj musiałem to schować i na dobrą sprawę dopiero teraz mogę od tego odejść, wrócić do siebie. To wcale nie jest łatwe, zgoliłem brodę i czuję się, jakbym był nagi.

"Pitbull" spadł mi z nieba i właśnie dzięki Patrykowi Vedze otworzył się w moim życiu zawodowym zupełnie nowy rozdział. Dzięki niemu jestem tu, gdzie jestem, i dzięki niemu w ogóle rozmawiamy. Wcześniej grałem głównie epizody w serialach. Ciągle słyszałem, że do tej roli jestem za ładny, do tamtej za wysoki, słowem - nie taki, jak trzeba. Na każdym kroku ktoś mi mówił, że jest ze mną coś nie tak. A Patryk mnie określił, dał mi aktorskie zadanie. Powiedział mi, że tworzymy bardzo precyzyjnie przemyślaną postać. Byłem zachwycony, bo uwielbiam konkrety.

Nie boisz się, że teraz na dobre przylgnie do ciebie łatka twardziela?

- Nie boję się łatek, bo już kiedyś na siłę usiłowano mnie wcisnąć do szuflady z napisem "amant". Pomyślałem sobie wtedy: już ja wam pokażę, jaki ja jestem ładny (śmiech ). Wiem, że wchodząc w kolejny projekt, nie będę już "Majamim", tylko stworzę nowego bohatera.

Kadr z filmu ''Pitbull. Niebezpieczne kobiety'' (fot. materiały prasowe)

Lubisz zmieniać się dla roli?

- Bardzo, ale są granice, których nie chciałbym przekraczać. Nie zrobię sobie operacji plastycznej (śmiech ). Przybieranie na wadze i chudnięcie też nie jest zdrowe, trzeba bardzo z tym uważać. Tego jednak nie wykluczam, bo bardzo mi się to podoba. Należy pamiętać, że zmiana wizerunku nie tworzy automatycznie roli. To wyłącznie narzędzie, które może mi pomóc w pracy. Nigdy nie myślę o granicach na zapas, reaguję na bieżąco.

Niedawno skończyłem zdjęcia do nowego filmu, międzynarodowej produkcji "The Last Witness" Piotra Szkopiaka, gdzie zupełnie zrywam z wizerunkiem twardziela. Miałem przyjemność zagrać razem z Robertem Więckiewiczem i brytyjskimi aktorami - Alexem Pettyferem, Michaelem Gambonem i Talulah Riley. To opowieść o zbrodni katyńskiej z perspektywy Brytyjczyków. Dziadek reżysera i scenarzysty zginął w Katyniu.

Ten projekt to kolejny krok do zrealizowania twojego marzenia o Hollywood? Pierwszym był udział w "Prawdziwych zbrodniach" u boku Jima Carreya.

- Wierzę w afirmację. Jeżeli o czymś myślisz i naprawdę tego chcesz, to do ciebie przychodzi. To nie jest żadna magiczna sztuczka, tylko takie nastawienie sprawia, że podświadomie zaczynasz wykonywać pewne kroki, które zbliżają cię do wymarzonego celu. To jest niesamowite.

Kadr z filmu ''Pitbull. Niebezpieczne kobiety'' (fot. materiały prasowe)

Nie planowałem, że zagram w "Prawdziwych zbrodniach". Po prostu poszedłem na casting i go wygrałem. Producenta "The Last Witness" spotkałem na festiwalu filmowym w Gdyni przez przypadek. A nie dalej jak kilka dni temu dostałem maila od reżysera castingu dużego amerykańskiego projektu z informacją, że są zainteresowani kontaktem. Oczywiście nie wiadomo, czy cokolwiek z tego wyjdzie, ale i tak jestem w szoku (śmiech ). Zabawne, że do tej pory zagrałem w sześciu filmach, z czego aż w trzech po angielsku.

Podoba mi się twój optymizm. Wiele aktorów myślących o pracy w Hollywood nie przyznaje się otwarcie do tych marzeń. Polacy z jednej strony trzymają kciuki za artystów próbujących sił za granicami kraju, ale z drugiej są wobec nich szalenie uszczypliwi.

- To prawda. To jest chyba część naszej polskiej mentalności. Mamy głęboko zaszczepione przekonanie, że się nie uda, że jest beznadziejnie. Jak ktoś się wychyla i myśli pozytywnie, to patrzy się na niego jak na wariata. Najważniejsze, żebyśmy wszyscy mieli jednakowo źle, bo jak ktoś wychodzi przed szereg, to zaczynamy się niepokoić. Przestałem się już tym przejmować.

Wcześniej się przejmowałeś?

- Pewnie, że tak. Pamiętam, jak jeszcze w szkole powiedziałem, że chciałbym zagrać w Hollywood i spotkałem się z falą negatywnych komentarzy w stylu "to jest trudne", "a wiesz, ile osób już próbowało?". Ja to wszystko wiem, ale czy nie mogę marzyć? Mówię tylko, że tego chcę, nie wiem, czy cokolwiek z tego wyjdzie.

Piotr Stramowski jako Majami w filmie ''Pitbull. Niebezpieczne kobiety'' (fot. materiały prasowe)

Marzenia to jedno, ale ja widzę, że te twoje plany nabierają konkretnego kształtu.

- Powiem ci, że zanim pojechałem do USA, miałem bardzo konkretne wyobrażenie tego kraju. Myślałem o Hollywood, ale w pierwszej kolejności trafiłem do Nowego Jorku. Zakochałem się w tym mieście. Czuję się tam jak w domu, co jest dziwne, bo byłem tam raptem trzy razy. Za pierwszym razem poświęciłem trzy miesiące na powolne odkrywanie miasta, potem wróciłem tam w tym roku dwa razy na krótszy okres. Dobrze mi tam jest, znam to miejsce. I na pewno chciałbym tam kiedyś pomieszkać.

Nowy Jork albo się kocha, albo nienawidzi. Wiesz dlaczego? On przyciąga ludzi poszukujących, nie lubiących rutyny, spontanicznych. Tam jest niesamowity luz. To miasto przyjezdnych, prawdziwy młyn kulturowy. Można tam spotkać ludzi z wszystkich zakątków świata - od totalnych wariatów po ugrzecznionych profesorów. Każdy jest tolerowany i może się tam czuć jak u siebie. Idziesz ulicą i widzisz faceta w staniku, który mamrocze coś pod nosem - i nikogo to nie dziwi. Na początku mnie to szokowało, ale po kilku dniach przyzwyczaiłem się do tego i w Polsce bardzo mi tego brakuje. Brakuje nam tolerancji. Boli mnie to szczególnie teraz, kiedy dzieją się takie straszne rzeczy w naszej polityce. Obecne podejście nowej władzy do wielu spraw nie wygląda dobrze. Robimy duży krok w tył i jest mi przykro obserwować, dokąd ten kraj zmierza.

Stąd te plany o Nowym Jorku?

- Teraz, przez to, co dzieje się w kraju, zacząłem się poważnie nad tym zastanawiać. Czuję się Polakiem, ale dla mnie polskość nie oznacza odgrodzenia się do reszty świata i przekonania, że są równi i równiejsi.

Kadr z filmu ''Po prostu przyjaźń'' (fot. materiały prasowe)

Mam na myśli narodowców zasłaniających się patriotycznymi hasłami, których prawdziwego znaczenia moim zdaniem nie rozumieją. Dlaczego dziś patriotyzm kojarzy się przede wszystkim ze ślepym powtarzaniem gestów, agresją i prześciganiem się w ocenianiu, kto jest "prawdziwym Polakiem"? Dlaczego dziś coraz więcej osób podziela ksenofobiczne przekonanie, że każdy, kto nie urodził się w tym kraju, każdy, kto z niego wyjechał, jest obywatelem drugiej kategorii? Nie rozumiem tego.

"Pitbull" zapewnił ci rozpoznawalność, ale sprawił też, że straciłeś anonimowość. Czułeś się kiedyś przytłoczony popularnością?

- Oczywiście, że to się zdarzało. Miałem etap czytania komentarzy na swój temat. To jest naturalne, że pracując w tym zawodzie, chcesz wiedzieć, co ludzie o tobie myślą. Nie będę się wypierał, że nigdy nie ciekawiło mnie, jak jestem odbierany. W pewnym momencie uznałem jednak, że nie należy się tym sugerować.

Można się od tego szumu medialnego odciąć?

- Na początku to strasznie boli. Pamiętam, jak kiedyś jedna z moich koleżanek rozpłakała się przy mnie, pokazując, co ludzie napisali o niej po premierze pierwszego odcinka serialu z jej udziałem. Sześć stron komentarzy pełnych wulgaryzmów, najgorsze obelgi, jakie istnieją w języku polskim. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby napisać coś takiego?

Mnie to już specjalnie nie rusza, ale zdarza się, że na przykład dzwoni do mnie moja mama i mówi: - Piotrek, nie powinieneś się już tak pokazywać, za dużo tego, to niepotrzebne . Słyszę w jej głosie, że jest przejęta czymś, co zobaczyła w jakimś kolorowym magazynie. Ludzie, przestańcie to czytać! Ja się nie czuję kretynem i aktorskim drewnem, czy co tam jeszcze w sieci można znaleźć na mój temat. Przykro mi, że ludzie się tym sugerują. Staram się tego nie czytać i mieć do tego dystans.

Twoje życie prywatne jest jednak obecne w mediach. Wspólnie z żoną, aktorką Katarzyną Warnke, udzieliliście kilku wywiadów o waszym związku, zrobiliście ślubną sesję zdjęciową.

- Mamy do tego z Kaśką zdrowe podejście. Zabieramy głos tylko w takich sprawach, w których chcemy się wypowiadać.

Piotr Stramowski z żoną, Katarzyną Warnke, w filmie ''W spirali'' (fot. materiały prasowe)

Nie uważamy, że aktor powinien ograniczać się tylko do grania. Czujemy się osobami publicznymi, a prasa chce o nas pisać. Byłoby coś sztucznego, nieszczerego w unikaniu tego i snobowaniu się na niedostępną parę, która udziela wywiadów tylko ekskluzywnym periodykom. Wszyscy czytają kolorowe magazyny, to bardzo dobre medium do dzielenia się naszymi przekonaniami.

Bardzo lubię fotografię, zwracam dużą uwagę na obraz. Dlatego kiedy decydujemy się na wspólną sesję, upewniam się, że będzie zrobiona ze smakiem.

Dla niektórych taka sesja to sprzedawanie swojej prywatności.

- Nie zarabiamy na tym ani grosza. Chcemy się dzielić częścią naszej prywatności na naszych warunkach. Pokazując na przykład zdjęcia z naszego ślubu, tak naprawdę nie zdradziliśmy żadnych kulisów uroczystości. Nie zgodziliśmy się na zdjęcia z krojeniem tortu i z gośćmi. Samo udzielanie wywiadów, sesje zdjęciowe bardzo mi się podobają. Mają w sobie coś z performance'u. Bardzo zależało nam na uchwyceniu klimatu miejsca, w którym odbył się ślub, i uważam, że Zuza Krajewska [fotografka - przyp. red.] świetnie sobie z tym poradziła.

W waszym związku sztuka zawsze przeplatała się z życiem prywatnym. Poznaliście się na planie filmu "W spirali", opowiadającym o kryzysie w małżeństwie dwójki filmowców. Od tamtej pory graliście razem jeszcze w "Na noże" i "Prawdziwych zbrodniach".

- Kiedy mamy coś do zrobienia, nie wchodzimy sobie w drogę. Zarówno ja, jak i Kasia traktujemy każdy projekt bardzo osobiście. Emocje, jakie wtedy przeżywamy, rezonują nie tylko na planie czy w teatrze, ale i w życiu prywatnym. Zdaję sobie sprawę, że kiedy jedno z nas jest w trakcie zdjęć, to będzie się trochę inaczej zachowywało także w domu. Obserwowanie siebie nawzajem w trakcie pracy pozwala nam wciąż odkrywać siebie na nowo, ciągle uczymy się nowych rzeczy o sobie. Dajemy sobie przy tym przestrzeń, bo rozumiemy, przez co druga osoba przechodzi.

Kadr z filmu ''Pitbull. Niebezpieczne kobiety'' (fot. materiały prasowe)

A co, kiedy postać kreowana na ekranie wdziera się także do prywatnego życia? Tak podobno było, kiedy przygotowywałeś się do "Pitbulla: Nowych porządków".

- Emocje przeżywane w pracy schodzą z nas przez wiele dni. Zdarza się, że na przykład budzę się rano i czuję się okropnie, bo poprzedniego dnia musiałem zagrać na planie wyczerpującą emocjonalnie scenę. Wtedy wiem, że zawsze mogę liczyć na Kasię. Niedawno podczas zdjęć do "The Last Witness" miałem totalnego doła. Zgoliłem brodę i miałem wrażenie, jakbym razem z nią wymazał też część siebie (śmiech ). Pojechałem na zagraniczny plan, gdzie nikogo nie znałem, czułem się, jakbym wszystko robił po raz pierwszy. Grałem tam bardzo wrażliwą postać, musiałem więc zakopać gdzieś w sobie twardziela. Stałem się bardzo nerwowy. Rozmawiałem z Kasią przez telefon i ona wyczuła moją niestabilność. Bazując wyłącznie na moich emocjach, nie znając scenariusza filmu, napisała dla mnie historię mojej postaci, bezbłędnie odgadując moje lęki i obawy. Niby drobiazg, ale bardzo mi to pomogło.

Tak wygląda chyba życie aktora. Nie wyobrażam sobie być z kimś, kto nie rozumie mojego zawodu. Strasznie się cieszę, że związałem się z kobietą, która mnie rozumie. Obydwoje kochamy ten zawód, który daje nam możliwość dotykania różnych nieistniejących światów.

Pamiętasz moment, w którym postanowiłeś, że chciałbyś zająć się zawodowo eksplorowaniem tych światów? Kiedy zdecydowałeś, że zostaniesz aktorem?

- Konkretnego momentu nie, ale marzyłem o tym od dziecka. Oglądałem mnóstwo filmów, wygłupiałem się, parodiowałem aktorów. Uwielbiałem rozśmieszać moich rodziców, ciotki i wujków. Szybko dostrzegłem, że potrafię to robić, ale brakowało mi odwagi. Zresztą kiedy przyznałem się, że chciałbym kiedyś grać, rodzicie powiedzieli mi, że aby to osiągnąć, musiałbym być lepszy z języka polskiego.

Kadr z filmu ''W spirali'' (fot. materiały prasowe)

Byłem bardzo przekorny, kiedy ktoś mi mówił, żebym się uczył, to tego nie robiłem. A że byłem przeciętnym uczniem i nie miałem piątek z polskiego, dałem sobie spokój z marzeniami o aktorstwie. Nie wiem dlaczego wbiłem sobie to do głowy, bo bardzo długo mnie to ograniczało.

Tak było do momentu, kiedy w klasie maturalnej przygotowywaliśmy na studniówkę parodię nauczycieli. Koleżanka mnie namówiła, żebym naśladował nauczyciela od PO. Gdy zobaczyłem, jak bardzo całą szkołę bawią moje wygłupy, po raz pierwszy pomyślałem, że może mógłbym faktycznie zająć się tym na poważnie. Postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej. Przy okazji zaraziłem tym pomysłem mojego kolegę i razem pojechaliśmy na egzaminy, ale nie dostaliśmy się. Bardzo się wtedy wkurzyłem.

Ale nie poddałeś się. Z przekory?

- Pomyślałem sobie: ja wam jeszcze pokażę. Wspólnie z kumplem zaczęliśmy studia aktorskie w Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia w Warszawie. Przez cały semestr zasuwaliśmy jak osły, żeby podreperować warsztat i przygotować się do egzaminów wstępnych do Akademii Teatralnej. Tak jak w szkole zawsze się obijałem, tutaj nabrałem nagle wiatru w żagle. Rok później dostałem się do Krakowa, a mój kolega do Warszawy.

Sebastian Fabijański i Piotr Stramowski na planie filmu ''Pitbull. Niebezpieczne kobiety'' (fot. materiały prasowe)

Utrzymujecie ze sobą kontakt?

- Może cię zaskoczę. Ten kolega to Sebastian Fabijański, z którym teraz, po latach, spotkaliśmy się na planie nowego "Pitbulla". Jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się to naprawdę zabawne, że dwóch chłopaków, którzy znają się od 14. roku życia, po tylu latach spotkało się przy tym samym projekcie. Karma? Chyba tak (śmiech ).

Książka ''Po prostu przyjaźń'' jest dostępna w promocyjnej cenie w Publio.pl>>

Zobacz wideo

Piotr Stramowski. Aktor, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Popularność przyniosła mu rola policjanta "Majamiego" w filmach Patryka Vegi: "Pitbull: Nowe porządki" i "Pitbull: Niebezpieczne kobiety". Oprócz tego wystąpił m.in. w filmach "W spirali", "Po prostu przyjaźń", "Prawdziwe zbrodnie" i serialach "2XL" i "Na noże". Prywatnie mąż Katarzyny Warnke, aktorki.

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.