Muszę przyznać, że czuję się trochę dziwnie, rozmawiając z panem. "Miasteczko Twin Peaks" było dla mnie i wielu moich rówieśników przepustką do "dorosłego" kina. Po każdym odcinku śniła mi się własna wersja. Nie mogę uwierzyć, że w którymś momencie po prostu wymyślił pan agenta Coopera czy Laurę Palmer. Przecież oni istnieli od zawsze!
- (śmiech) A wie pan, że czuję się podobnie? Od czasu, kiedy pracowaliśmy nad oryginalnym serialem, minęło ponad ćwierć wieku. I kiedy dzisiaj patrzę wstecz, też mam wrażenie, że nie mogliśmy ich wymyślić. Oni tam już byli, my ich tylko odkryliśmy i wypchnęliśmy przed kamerę.
W latach 90. znany polski poeta Marcin Świetlicki przyznał się w jednym z wierszy, że to on zabił Laurę Palmer. Czy może pan potwierdzić lub zaprzeczyć, że brał w tym udział?
- Naprawdę? (śmiech) Pierwsze słyszę, ale z pewnością przekażę tę informację odpowiednim władzom. Jeśli pojawiłyby się podstawy, żeby uznać go za podejrzanego, być może należałoby otworzyć śledztwo na nowo!
Jak po tylu latach tłumaczy pan fenomen "Miasteczka Twin Peaks"? Nie tylko w USA, ale i w Japonii czy w Polsce?
- Dużo o tym myślałem, szczególnie ostatnio, przy okazji pracy nad nowym cyklem. Mogę powiedzieć jedno: kiedy tworzyliśmy pierwsze odcinki, było dla nas jasne, że nie chcemy zrobić po prostu kolejnego serialu telewizyjnego.
Trzeba pamiętać, że w tamtym czasie w USA były tylko trzy sieci telewizyjne. Wszystkie pokazywane w nich seriale były niesłychanie konwencjonalne i schematyczne. Zwłaszcza w latach osiemdziesiątych. Większość to produkcje jednorazowego użytku. Nie przychodzi mi do głowy żadna, która wciąż żyłaby w wyobraźni widzów z taką intensywnością jak "Miasteczko Twin Peaks".
Byłem kiedyś świadkiem zaciętego sporu o to, kiedy w zasadzie dzieje się akcja "Miasteczka Twin Peaks".
- Osadzając akcję w małym miasteczku, dążyliśmy do swego rodzaju ponadczasowości. Obaj z Davidem Lynchem znaliśmy takie miejsca - gdzie ludzie nie korzystają wyłącznie z najnowszych sprzętów, nie urządzają mieszkań najnowszymi meblami, nie ubierają się zgodnie z najnowszą modą. Jakby żyli poza światem z czasopism, telewizji i magazynów lifestyle'owych. Jakby tam, gdzie są, byli od zawsze.
Więc z jednej strony mamy takie miasteczko, ale z drugiej - postacie. Wiele z nich to znajome archetypy. Ludzie zamieszkujący Twin Peaks są specyficzni, mają swoje dziwactwa, ale to jednak archetypy. Dlatego, jak sądzę, widzowie tak dobrze na nich reagowali.
Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni, że serial telewizyjny może wyglądać jak produkcja kinowa. Ale i tu "Miasteczko Twin Peaks" było prekursorem.
- Byliśmy bardzo stanowczy, jeśli chodzi o jakość filmowej roboty. Zatrudniliśmy najlepszych ludzi, zachęcaliśmy, żeby dali z siebie wszystko. Nie musieliśmy walczyć ze studiem, które mówiłoby nam, co mamy robić albo próbowałoby dorzucić coś od siebie. "Miasteczko Twin Peaks" powstało w duchu kreatywności i wolności, który jest czymś bardzo rzadkim w przypadku seriali produkowanych przez sieci telewizyjne, zarówno wtedy, jak i dzisiaj.
Na polski rynek właśnie trafiła pańska książka "Sekrety Twin Peaks". Jak czuł się pan, wracając do Twin Peaks po tak długim czasie? A może nigdy go pan nie opuścił?
- Tak, myślę, że jakaś część Twin Peaks nigdy mnie nie opuściła, ani ja jej nie opuściłem.
Kiedy pracowaliśmy nad oryginalnym serialem, wydaliśmy kilka książek; niektóre z nich miały nawet niezły odbiór. W tym samym czasie stawiałem pierwsze kroki jako powieściopisarz. Bardzo mnie kusiło, żeby zająć się samemu kolejnymi publikacjami, ale nie dałem rady, praca nad serialem całkowicie mnie pochłaniała. Więc kiedy podjęliśmy decyzję o powrocie i David stwierdził, że bardzo chce wyreżyserować wszystkie odcinki, dotarło do mnie, że mam w końcu okazję spełnić swoje pragnienie związane z Twin Peaks, to znaczy cofnąć się w czasie i umieścić miasteczko, ten region i tych ludzi, w dużo szerszym kontekście historycznym i mitologicznym. I to był główny impuls, który popchnął mnie do pisania. Zacząłem szukać właściwej formy dla tej historii i w ten sposób wpadłem na pomysł zagadkowego zbioru dokumentów.
No właśnie, książka ma bardzo specyficzny układ - to zbiór notatek, dokumentów, zdjęć, przypisów. Słyszymy różne głosy, odkrywamy kolejne warstwy historii. Dlaczego wybrał pan taką formę? Dlaczego nie ma jednego narratora, jednej perspektywy?
- Chyba dlatego, że sam serial to niezwykły kolaż, mozaika bohaterów. W ciągu dwóch sezonów w " Miasteczku Twin Peaks" przewija się około siedemdziesięciu pięciu postaci! Czułem, że byłoby błędem, gdybym próbował sprowadzić to wszystko do jednego głosu. Chciałem rozpisać historie z książki na cały chór, pozwolić niektórym postaciom mówić we własnym imieniu. To sprawiło, że pisanie było większym wyzwaniem, ale też większą zabawą. Pozwoliło mi zanurkować w przeszłości i rozwinąć wątki, które pojawiły się, kiedy tworzyliśmy postacie.
Dodatkowo, tak jak miało to miejsce w serialu, mogłem stworzyć serię tajemnic, które zawierają się jedna w drugiej, i oddzielną, tajemniczą narrację, które biegnie przez sam środek. W ten sposób chciałem dochować wierności duchowi oryginalnego "Miasteczka Twin Peaks".
Mamy jednak dwa głosy, które mocno się wyróżniają - agenta FBI, który ma przejrzeć i ocenić zawartość zagadkowych dokumentów, i tajemniczego Archiwistę, który zebrał i skomentował te dokumenty w nieokreślonej przeszłości. Pomyślałem, że tych dwóch narratorów - Agent i Archiwista - reprezentuje dwa pokolenia fanów "Miasteczka Twin Peaks". Archiwista to pierwsze pokolenie, pokolenie wyznawców i entuzjastów, które w Twin Peaks spędziło całe lata, zna wszystkie fakty, teorie, sekrety itd. Z drugiej strony Agent to nowe pokolenie, które dopiero odkrywa Twin Peaks - jest sceptyczne, nieco zblazowane, bo sporo już widziało, ale ze strony na stronę, z sekretu na sekret wciąga się coraz bardziej. Czy takie było pana zamierzenie?
- Tak, to bardzo trafne spostrzeżenie! Myślał pan kiedyś o karierze w FBI? (śmiech) Oczywiście, jest całe pokolenie, które odkrywało serial w kolejnych latach, nierzadko długo po pierwszej emisji. Miałem okazję rozmawiać z wieloma takimi osobami na spotkaniach autorskich w zeszłym miesiącu.
I rzeczywiście: Archiwista to w pewnym sensie głos starego serialu, który wiele razem z nim przeszedł. Tymczasem Agent jest nowy, na początku nie wie o Twin Peaks prawie nic. Próbuje spojrzeć na wszystko obiektywnie, krytycznie, sceptycznie. W ten sposób przechodzi taką samą drogę, co czytelnik czy czytelniczka, którzy po raz pierwszy wchodzą w ten świat. Agent zmienia się w toku historii. To, co czyta, wciąga go coraz bardziej, aż w końcu zaczyna kwestionować swoje poczucie rzeczywistości.
Pomyślałem, że wprowadzenie Agenta i Archiwisty to znakomita okazja do zabawy z narracją. Wychodzi z tego rodzaj dialogu między dwiema osobami, które nigdy faktycznie się nie spotkały.
Gdy czytałem pańską książkę, przypomniała mi się "Libra" Dona DeLillo. Tam też pojawia się agent, tyle że CIA, który przedziera się przez akta dotyczące zamachu na JFK i próbuje odłowić fakty z teorii spiskowych, poskładać skrawki informacji w jedną spójną historię. "Sekrety Twin Peaks" to również kalejdoskop teorii spiskowych.
- Teorie spiskowe wynikają z odrzucenia nowoczesnego, racjonalnego myślenia. Zakładają, że rzeczywistością rządzą jakieś ukryte, mroczne siły; że pod tym, co widać na powierzchni, skrywa się coś innego, i to niekoniecznie dobrego. Ludzie uciekają się do teorii spiskowych, gdy nie są w stanie powiązać tragicznego zdarzenia z najbardziej oczywistym wyjaśnieniem.
Na przykład jak jakiś cienias, jakiś leszcz, Lee Harvey Oswald, mógł sam jeden zmienić bieg historii? Ze strzelbą, którą zamówił pocztą? To jakoś nie pasuje. Taki mały Oswald i tak niesłychane konsekwencje. Ludzie doświadczają dysonansu poznawczego - to przecież nie może być prawda, bo popatrz, co on zrobił, do czego to doprowadziło! Musiało być coś jeszcze, musiał być ktoś więcej! Albo zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, które doprowadziło do I wojny światowej. To nie może być takie proste - że jakiś szaleniec podbiegł do samochodu i go zastrzelił. Trzeba szukać dalej!
Myślę zatem, że mamy do czynienia z logiczną, a przynajmniej bardzo dobrze udokumentowaną, tendencją ludzkiego umysłu do poszukiwania donioślejszych i znacznie bardziej egzotycznych wyjaśnień dla tego, czego nie chcemy zaakceptować takim, jakim nam się jawi. To typowo amerykańska cecha, a może - po prostu cecha ludzka.
W Polsce też występuje.
- Nie da się ukryć, że sporo przeszliście, więc macie mnóstwo spraw, które możecie roztrząsać i wyjaśniać. To robota na lata!
W "Sekretach..." widać, że coś pana fascynuje w teoriach spiskowych.
- Tak, fascynuje mnie obserwowanie, jak się rozrastają, jak zataczają coraz szersze kręgi, jak zmieniają się z czasem. Ale uwierzę dopiero, kiedy zobaczę dowody.
(śmiech) Nawet Doug Milford, który wyrasta na jednego z głównych bohaterów książki, zaczyna jako absolutny sceptyk, przechodzi przez różne etapy, raz i drugi zmienia zdanie. Teorie spiskowe bardzo trudno zdefiniować, ale zdają się dodawać ludziom otuchy, więc nie sądzę, żeby szybko przestali je uprawiać.
Jednym z głównych tematów książki jest różnica między sekretami a tajemnicami. Jedna z postaci mówi: "Sekret jest sekretem tylko tak długo, jak go dochowasz. Kiedy go komuś zdradzisz, traci całą swoją moc (...) staje się po prostu zwykłą informacją. Ale prawdziwej tajemnicy nie da się całkowicie rozwikłać. Zawsze pozostaje tuż poza twoim zasięgiem".
- Najbardziej wnikliwie pisał o tym Joseph Campbell [amerykański mitoznawca, religioznawca, pisarz i myśliciel - przyp. red.]. W ujęciu Campbella mity i mitologia to synonim tego, co kiedyś nazywaliśmy doświadczeniem religijnym. Poczucia łączności z czymś większym od nas samych. Poczucia, że poza tym, co widzimy, jest coś jeszcze, może nawet coś boskiego. Tego właśnie dotyczy tajemnica. Czujemy to, ale nie możemy przedstawić ostatecznych dowodów.
A sekrety?
- Sekrety do ścisłe przeciwieństwo tajemnic. Sekrety ukrywają informacje, umacniają władzę, zamieniają informację w broń; służą realizacji prywatnych interesów albo wykorzystywaniu innych ludzi. Sekrety kontra tajemnice - to dla mnie współczesna odsłona odwiecznej walki między dobrem i złem. Dlatego umieściłem ją w centrum książki.
"Miasteczko Twin Peaks" ma bardzo liczną i dobrze zorganizowaną grupę fanów. Przez cały ten czas, bez widoków na kolejny sezon serialu, wielu z nich tworzyło własne teorie, historie czy choćby wyobrażenia dotyczące przeszłości i przyszłości postaci. Niektórzy z nich publikowali je na stronach internetowych czy w formie półamatorskich wydawnictw. Jaki jest pana stosunek do fandomu "Twin Peaks"?
- Niestety, znam go słabiej, niż bym chciał. Może dlatego, że sam nie mógłbym się nazwać fanem serialu! Nie zdarza mi się pomyśleć: Co bym dzisiaj obejrzał? O, ekstra, może "Miasteczko Twin Peaks"? (śmiech) .
Kiedy coś robisz, zwykle nie wracasz do tego dla własnej przyjemności. Odkąd powstał serial, obejrzałem może kilka odcinków od początku do końca. To po prostu tak nie działa. Tak samo jak nie czytam od nowa swoich książek, oczekując, że coś mnie zaskoczy. Cała przyjemność polega dla mnie na tworzeniu, a nie oglądaniu czy czytaniu efektów swojej pracy.
Ale świadomość, że "Miasteczko Twin Peaks" wzbudzało i wzbudza tak ogromne zainteresowanie, że wiąże się z takim zaangażowaniem czy nawet poświęceniem, jest dla mnie czymś niezwykłym.
Taki rodzaj odzewu to najlepsza nagroda, jaką można sobie wyobrazić. Nie przywiązuję wielkiej wagi do nagród czy wyróżnień, którymi żyje show-biznes. Przyjęło to dość absurdalne rozmiary. Liczy się dla mnie, czy to, co robię, trafia do ludzi i inspiruje ich do własnej twórczości. A zatem fakt, że istnieje cały sektor fanowskich wytworów inspirowanych serialem, jest dla mnie czymś po prostu wspaniałym. Cieszę się ogromnie, że tak się stało, to naprawdę najlepsze, co może cię spotkać w tym zawodzie.
Sprawdziłem wyniki wyborów prezydenckich w stanie Waszyngton. Wygląda na to, że okolice Twin Peaks głosowały wyraźnie za Donaldem Trumpem!
- Widzi pan, rozmawialiśmy o teoriach spiskowych, a właśnie wybraliśmy na prezydenta kogoś, kto jest specjalistą w tym temacie. Tak, Trump zdecydowanie wygrał w mniej zaludnionych hrabstwach, to znaczy tam, gdzie jest mniej dużych miast. Różnica była bardzo wyraźna.
Jakoś mnie to nie zdziwiło. Mam wrażenie, że Trump - a raczej persona, jaką stworzył: głośna, hiperaktywna, nadekspresyjna - mógłby się dobrze odnaleźć wśród postaci z "Miasteczka Twin Peaks". Wyobrażam sobie, jak ubija interes z Benjaminem Hornem!
- Dokładnie. Cóż, Ameryka ma długą i... już chciałem powiedzieć "chlubną", ale nie, zdecydowanie niechlubną tradycję ulegania oszustom. Od Josepha Smitha i mormonizmu do L. Rona Hubbarda i scjentologii, od telewizyjnych ewangelistów do sprzedawców wężowego oleju i objazdowych spektakli z uzdrowieniami. Jakbyśmy byli narodem frajerów, którzy tylko czekają, aż pojawi się kolejny cwaniak, który opróżni nam kieszenie w zamian za jakiś złoty pył. A Trump stanowi apoteozę tego zjawiska. To kanciarz, któremu właśnie udał się największy przekręt w historii.
Wie pan, jeśli spojrzeć na narodziny najgorszych autorytarnych reżimów ostatniego stulecia, szczególnie tych, które miały rys faszystowski, to widać, że każdy z nich miał swój lokalny koloryt. Napuszony jak paw Mussolini, mroczne, romantyczne elementy niemieckiego faszyzmu... Wobec tego wydaje się czymś bardzo na miejscu, że wersja amerykańska to telewizyjny akwizytor i sprzedawca nieruchomości. Czy to nie doskonałe amerykańskie wcielenie tego samego, niesławnego archetypu?
Czy na koniec mógłby pan powiedzieć coś na temat nowej odsłony serialu? Będzie bezpośrednią kontynuacją "starego" "Miasteczka Twin Peaks"?
- Nie chcę niczego zdradzać. Powiem tylko, że dążyliśmy do tego, żeby się nie powtarzać. Żeby zrobić coś, co będzie równie zaskakujące i wciągające, ale na swój własny sposób.
Mark Frost. Amerykański pisarz, scenarzysta, reżyser i producent filmowy. Razem z Davidem Lynchem stworzył serial "Miasteczko Twin Peaks" (1990-1991) i sitcom "On the Air" (1992). Opublikował powieści "List siedmiorga" (1993, wyd. polskie 1996), "Sześcioro mesjaszy" (1995, wyd. polskie 1999), "Drugi cel" (2009, wyd. polskie 2009) i trylogię "Paladyn" (2012-2015, tom pierwszy wyd. polskie 2014).
Kuba Mikurda. Krytyk filmowy, filozof, wykłada w Szkole Filmowej w Łodzi. Specjalizuje się w psychoanalizie i surrealizmie. Pracuje nad filmem dokumentalnym o Walerianie Borowczyku.