Rozmowa
Kadr z filmu ''Creative Control'' (fot. materiały prasowe)
Kadr z filmu ''Creative Control'' (fot. materiały prasowe)

Czy technologia najpierw przejmie nad nami kontrolę, a potem nas zniszczy? Czy wręcz przeciwnie - uczyni nasze życie lepszym? Po której opowiada się pani stronie: optymistów czy pesymistów?

- Jestem technooptymistką. Zdaję sobie sprawę z konsekwencji i problemów, które stwarza technologia, ale jednocześnie wiem, że rozwiązuje wiele naszych kłopotów. Jeśli spojrzymy na historię ludzkości i to, jak żyliśmy 1000, 500, a nawet 100 lat temu, okazuje się, że dzisiaj żyje nam się dużo lepiej, żyjemy też dłużej.

Niesamowity jest postęp w medycynie. Dzięki rozwojowi technologii coraz częściej możemy leczyć nowotwory, wady serca u niemowląt, kiedy jeszcze są w brzuchu matki, pomagać osobom po kontuzjach, które kiedyś wykluczyłyby je z życia. Wszyscy znamy Janka Melę, który nie ma ręki i nogi, a w zeszłym roku, ze specjalnymi protezami, wystartował w bardzo trudnych zawodach "Iron Man".

Z kolei przez internet możemy się komunikować, nie wychodząc z domu, mamy nieograniczony dostęp do wiedzy, informacje otrzymujemy natychmiast, a dzięki smartfonom możemy być bardzo szybko informowani o zagrożeniach terrorystycznych albo kataklizmach pogodowych, np.  huraganach. Technologia nam pomaga.

Kadr z filmu ''Creative Control'' (fot. materiały prasowe)

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Dlaczego artyści i filmowcy kreślą pesymistyczne wizje naszej przyszłości? Ostatnio w filmie "Creative Control", który właśnie wchodzi do kin.

- Dobro jest nudne. Pesymistyczne scenariusze są dużo ciekawsze. Ale jednocześnie nawet technooptymiści muszą przyznać, że rozwój technologii stwarza także problemy. Z nią jest jak z przysłowiowym młotkiem, za pomocą którego można zbudować dom albo zabić człowieka. Ludzie uzależniają się od gier i internetu. Okulary do wirtualnej rzeczywistości (VR - virtual reality), które za chwilę staną się bardzo popularne, nie są zalecane do użytku dla dzieci poniżej trzynastego roku życia. Ostatnie badania pokazują, że połowa dzieci, które testowały VR, nie potrafiła oddzielić fikcji od rzeczywistości. One twierdziły, że to, co wyświetliło im się na okularach, wydarzyło się naprawdę.

Nie wiemy też, jakie będą konsekwencje upowszechniania się nowych technologii dla naszego zdrowia, jak wpłyną na rozwój oka i mózgu.

W 2011 r. dwustu naukowców zaapelowało do ONZ o interwencję w związku z zagrożeniem stwarzanym przez telefony komórkowe. Badania pokazują, że mogą powodować raka, choroby układu oddechowego, problemy ze snem. Producenci telefonów nic z tym nie zrobili.

- Myślę, że nie ma co zrzucać całej winy na producentów, choć oczywiście ich rola jest tu ogromna. Ale to konsumenci głosują swoimi portfelami. Podam przykład - Michał Kiciński, jeden z założycieli CD Projekt, wspólnie z ludźmi z Politechniki Gdańskiej i inżynierami z Intela, pracował nad pierwszym na świecie projektem telefonu o niskiej radiacji. Głównym założeniem tego przedsięwzięcia miała być dbałość o zdrowie użytkownika. Nie wiem, co się dziś z nim dzieje, czy nie zostało to zupełnie zarzucone. Najwyraźniej wybierając telefon, klienci kierują się innymi kryteriami niż zdrowie. Inna kwestia, że na rynku telefonii komórkowej przestrzegane są jednak pewne regulacje - to nie jest tak, że mamy do czynienia z wolną amerykanką. Jednak normy ustalane w Europie i w USA są inne, w Europie emisja musi być niższa, w USA może być wyższa. Aktualnie najniższy wskaźnik emisji mają telefony Samsunga, ale nigdzie nie spotkałam się z tym, żeby sama firma to aktywnie komunikowała. Czytałam też wyniki badań, według których poziom radiacji nie ma znaczenia, czyli tak naprawdę nie chodzi o dawkę promieniowania, ale o to, jak często używasz telefonu. Jeśli nawet dawka jest niska, a z telefonu korzystasz często, to konsekwencje mogą być krytyczne.

Kadr z filmu ''Creative Control'' (fot. materiały prasowe)

A jeśli chodzi o przyszłość i upowszechnienie VR, to dość łatwo można zbadać jego wpływ na nasze oczy, trudniej będzie przewidzieć konsekwencje psychologiczne. Ludzie mogą chcieć zanurzyć się tylko w świecie wirtualnym, nie będą potrzebowali, albo wręcz nie będą umieli tworzyć relacji w świecie rzeczywistym. Często mówi się o tym w kontekście młodych ludzi, szczególnie generacji Z, czyli pokolenia, w którym najstarsze osoby mają 20 lat, a najmłodsze właśnie się rodzą. W prasie znalazłam stwierdzenie, że to ludzie, których interesuje tylko wirtualny świat, że ograniczają relacje z innymi w realu, a świat fizyczny jest dla nich szarym, smutnym miejscem. Ale to stereotypy. Jedna z amerykańskich badaczek przez pięć lat analizowała relacje z technologią osób z tego pokolenia. Okazało się, że one nie chcą cały czas funkcjonować w wirtualnym świecie. Wolałyby mieć kontakty w świecie fizycznym. To samo wyszło w moich badaniach, w których przepytałam kilkadziesiąt dzieci. Pytałam je, czy wolą grać na komputerze, czy bawić się z innymi dziećmi na podwórku. Tylko jeden chłopiec odpowiedział, że woli komputer.

To dlaczego tak często dzieci i młodzież jednak wybierają gry?

- To nasza wina. Wychowujemy dzieci w kulturze strachu. Nie chodzą same do szkoły, przywożą i odbierają je rodzice. Po lekcjach mają zajęcia dodatkowe i brak im czasu na to, żeby siedzieć na podwórku i nawiązywać przyjaźnie. Zresztą rodzicom się wydaje, że podwórko to strata czasu. I że jest niebezpieczne. W związku z tym organizują im czas i nie pozwalają wychodzić na dwór. A ponieważ dzieci mają potrzebę budowania społeczności, to budują ją w internecie. Więc to nie jest ich wina, tylko nasza, dorosłych.

 

I efekt jest taki, że mają kłopoty z budowaniem relacji w świecie rzeczywistym. W filmie "Creative Control" dorosły facet nie potrafi stworzyć normalnego związku.

- Rozmawiałam kiedyś z psycholog, która zajmuje się dziećmi ciężko chorymi, często i długo przebywającymi w szpitalach. Kiedyś takie dzieci, jak tylko trochę się podleczyły, robiły żarciki personelowi, np. strzelały wodą ze strzykawki. Dzisiaj na sali leży troje dzieci i każde jest zanurzone w swoim świecie - smartfonie albo tablecie. Ale wystarczy je zachęcić, ułatwić im kontakt, żeby weszły w relację miedzy sobą. One też wolą kontakt fizyczny od wirtualnego.

Wracając do VR - dlaczego to jedna z najważniejszych technologii przyszłości?

- Z mojej perspektywy to jest niesamowita technologia. Dzisiaj rozwój VR napędza rynek gier i pornografii. Ten drugi jest nawet większy. Ale dużo ciekawsze jest to, jak możemy VR wykorzystywać w edukacji. Google ma projekt Google Expeditions, do którego mogą się zgłaszać szkoły z całego świata. Dzięki VR dzieci w nim uczestniczące mają zajęcia na Marsie albo dnie oceanu. Są też np. aplikacje historyczne, które pozwalają uczniom brać udział w bitwach, obserwować ich rozwój lub po prostu patrzeć, jak wojska Hannibala przechodzą przez Alpy.

VR nie da się pokazać filmem albo opowiedzieć. Trzeba to przeżyć. Pamiętam, jak pierwszy raz testowałam Okulusa, którego działanie polega na tym, że człowiek zakłada gogle i ogląda rzeczywistość stworzoną przez kogoś innego. Ja mam chorobę lokomocyjną, a podczas tego testu koledzy włączyli mi symulację jazdy kolejką wysokogórską. Wiedziałam, że to jest świat wirtualny, a jednak bodźce były na tyle realne, że mój organizm zareagował tak, jakby to była rzeczywistość: zachciało mi się wymiotować. Ostatnio natomiast miałam okazję testować Microsoft Hololens, które różnią się od VR tym, że to nie jest rzeczywistość wirtualna, ale zmiksowana: połączenie tego, co realne, z tym, co wirtualne. Jak się zakłada Hololens na głowę, to pierwszym, o co prosi system, jest, abyśmy spojrzeli na sufit, ściany i podłogę wnętrza, w którym się znajdujemy. W czasie rzeczywistym system skanuje pomieszczenie i nakłada obraz na tę przestrzeń. Grałam w grę, w której miałam strzelać do robaków i te robaki wychodziły ze ściany mojego domu albo wózka mojej córki. Odwróciłam się, a na mojej podłodze leżał człowiek. To już było dla mnie na tyle przerażające, że obudziło autentyczny lęk. Musiałam przerwać grę i zdjąć okulary, żeby odetchnąć i złapać dystans.

Kadr z filmu ''Creative Control'' (fot. materiały prasowe)

Problem z tą i innymi technologiami jest taki, że wykorzystujemy tylko dwa zmysły - wzrok i słuch. Reszta jest niepotrzebna. Technologia zamiast wzbogacać, zubaża nas. Ogranicza nasz świat.

- Faktycznie jest tak, że ludzie np. nie czują faktur: sierści kota, ściany, drewna itd. Ale od kilku lat Disney pracuje nad rozwiązaniem, które sprawi, że stanie się to możliwe dzięki elektroimpulsom. Na prezentacji pokazano to na przykładzie żuka: jeśli dotkniemy obrazu owada na ekranie, poczujemy jego pancerz pod palcami. Tak więc mamy technologię, która stwarza problemy, ale z drugiej strony pojawia się i taka, która stara się je rozwiązać. Inna firma dla branży gier stworzyła kostium, który wkłada gracz i czuje się tak, jakby latał.

Rozumiem, że można zastąpić wszystkie zmysły, tylko po co? Jeśli chcesz przeżyć seks - idź z kimś do łóżka. Chcesz się z kimś spotkać - idź do kawiarni. Chcesz latać - skocz ze spadochronem. Nie widzę sensu udawania tych przeżyć.

- Jeśli chodzi o kwestie seksu, to tym stwierdzeniem zakwestionował pan cały przemysł porno. Jeżeli człowiek miałby wyłącznie potrzebę kontaktu z drugim człowiekiem, ten przemysł by nie istniał. A skoki ze spadochronem? Nie każdy ma na tyle odwagi albo pieniędzy, żeby to zrobić. Technologia stworzy nową szansę.

Zgadza się, ale ciągle mam wrażenie, że to niepotrzebne budowanie alternatywnego, udawanego życia. Funkcjonowanie w tym prawdziwym świecie może wymagać pracy, wyrzeczeń, ale trudno. Taki jest koszt życia. Stąd między innymi bierze się jego wartość.

- To podam inny przykład. Mnie bardziej interesuje wykorzystanie VR w kontekście biznesu. Spójrzmy na rynek handlu: 90 proc. zakupów jest robionych w zwykłych sklepach, tylko 10 proc. online. Dlaczego? Bo sklepy online przegrywają tym, że ludzie nie mogą dotknąć produktu, a mają taką potrzebę. VR daje tę możliwość - zakładam okulary i mogę zdjąć produkty z półki, obejrzeć, zobaczyć, co jest na nich napisane, być może nawet poczuć ich fakturę. To mi nie zastępuje świata, ale pozwala przenieść doświadczenia ze świata fizycznego do wirtualnego.

Kadr z filmu ''Creative Control'' (fot. materiały prasowe)

W trendbooku na 2016 r., który pani wydała, pisze pani, że jednym z najważniejszych trendów będzie: "Be a better human" ("Bądź lepszym człowiekiem"). O co chodzi?

- To trend związany z rozwojem technologii, które pozwalają na "poprawianie" siebie, głównie w aspekcie fizycznym. Dzisiaj mówi się, że obecne pokolenie jest ostatnim, w którym spotykamy osoby głuche. Teoretycznie każda z nich może mieć implant, dzięki któremu będzie słyszeć.

Jednak trend "Be a better human" dotyczy nie tylko ciała, ale i psychiki, np. poprawiania pamięci czy koncentracji za pomocą tzw. smartdrugs, czyli mądrych leków, które nie wywołują skutków ubocznych. Jest też cały obszar związany ze starzeniem się społeczeństwa. Kiedy spojrzymy na historię człowieka, to okaże się, że zawsze staraliśmy się usunąć przyczynę śmierci. Gdy byliśmy myśliwymi, były to przede wszystkim urazy zewnętrzne. Ktoś poszedł na polowanie, zwierzę odgryzło mu rękę, nie potrafił zatamować krwotoku i umierał. W społeczności rolniczej natomiast prym wiodły zarazy: epidemie dżumy, ospy czy cholery trzebiły Europę. Poradziliśmy sobie z tym za pomocą szczepionek. W społeczeństwie przemysłowym główną przyczyną śmierci były choroby układu krążenia, z którymi zaczynamy sobie radzić [według GUS w Polsce w 2013 r. choroby układu krążenia były powodem prawie 46 proc. wszystkich zgonów, podczas gdy w pierwszej połowie lat 90. stanowiły ok. 52 proc. ogółu - przyp. red.] . Dzisiaj jesteśmy w epoce hi-tech i największy problem stanowią  nowotwory. Ale ostatnie badania pokazują, że nawet jeżeli udałoby nam się całkowicie wyeliminować choroby serca i nowotwory, to człowiek przedłużyłby swoje życie tylko o trzy lata. Natomiast gdybyśmy wyeliminowali proces starzenia, moglibyśmy żyć nieokreślenie długo.

Bardzo wiele start-upów i prywatnych firm inwestuje teraz w badania nad powstrzymaniem starzenia. W Europie znanym naukowcem jest Aubrey de Grey, który mówi, że wszystkie nasze choroby starcze wynikają ze zużycia komórek. Uważa, że zamiast leczyć człowieka, kiedy "zepsuje się", jak robimy to obecnie, powinniśmy go leczyć, zanim do tego dojdzie - przeciwdziałać starzeniu się komórek. Naukowcy odkryli, że za ich starzenie odpowiadają telomery, końcówki chromosomów, które w trakcie życia się skracają. Istnieje bezpośrednia korelacja między długością telomerów i śmiertelnością organizmów. Jak przeciwdziałać skracaniu się telomerów? To pytanie, z jakim zmagają się dziś publiczne instytucje i prywatne spółki, np. Calico należące do Google.

Kadr z filmu ''Creative Control'' (fot. materiały prasowe)

W trendzie "Be a better human" mieści się też ingerencja w ludzkie DNA. To już jest naprawdę niebezpieczne. Stąd pytanie: kto to kontroluje?

- W zeszłym roku naukowcy zaapelowali o moratorium dotyczące stosowania tej technologii na ludzkich zarodkach. Ingerencja w DNA daje ogromne szanse na leczenie chorób genetycznych, ale powinno się ją stosować, kiedy człowiek już na daną chorobę zapadł, gdy możemy "chory" gen zastąpić "zdrowym". Ale w Chinach i Wielkiej Brytanii zaczyna się, na razie tylko w ograniczonych projektach, eksperymentalnie, używać tej technologii na ludzkich zarodkach, czyli zanim powstanie człowiek w swojej ostatecznej postaci. To jest ogromne zagrożenie, bo ludzki organizm jest tak skomplikowaną jednostką, że jeżeli dokonamy zmian w kodzie DNA na bardzo wczesnym etapie jego rozwoju, nie wiemy, jakie to będzie miało konsekwencje. Co się stanie z tym człowiekiem? Teraz i w przyszłości. Nawet jeśli urodzi się zdrowy, nie potrafimy przewidzieć, jakie będą konsekwencje dla jego dzieci, wnuków i kolejnych pokoleń. Naukowcy apelują, aby państwa podpisały ugodę, w której zagwarantują, że nie będą zezwalać na takie doświadczenia.

Bardziej namacalną bolączką współczesnego świata jest brak edukacji - i dzieci, i dorosłych - jak korzystać z technologii, jakie niesie ona ze sobą korzyści, jakie zagrożenia.

- Mówi się, że przedstawiciele generacji Z doskonale znają się na technologii. Ale badania pokazują, że istnieje coś takiego jak "analfabetyzm informacyjny": dzieci znają technologie, ale kiedy mają ich użyć do rozwiązania konkretnego problemu, nawet prostego - np. znalezienia czegoś w Wikipedii - nie potrafią tego zrobić. Polska w tym badaniu wypadła poniżej średniej dla krajów OECD. A więc owszem, młodzi ludzie korzystają z technologii, ale bardzo pobieżnie. W tym rola szkoły i rodziców, by nadrobić braki.

Zagrożenie, o którym musimy pamiętać, stanowią fałszywe newsy i kwestia filtracji informacji. Każda osoba, która wpisuje jakieś hasło do wyszukiwarki, ma własną historię wyszukiwania. Pan wpisze to samo hasło co ja, ale oboje będziemy mieli różne wyniki wyszukiwania. Prywatna firma i jej algorytm decyduje o tym, co zobaczę, a czego nie, a więc ogranicza mi dostęp do pełnej informacji. I to jest bardzo duże zagrożenie. Trzeba uświadomić ludziom, że informacja, którą dostają w internecie, jest nie tylko niepełna, ale często może być nieprawdziwa.

Kadr z filmu ''Creative Control'' (fot. materiały prasowe)

Czy nasz system edukacji jest na to gotowy?

- W Polsce system edukacji musi przejść gruntowną reformę, bo jest żywcem wyciągnięty z XIX w., w którym miał "hodować" posłusznych pracowników fabryk. Dzisiaj jesteśmy w zupełnie innym miejscu, w zupełnie innej gospodarce i czego innego wymaga się od ludzi. A mimo że żyjemy w XXI w., dzieci w szkole nadal nie mają możliwości kwestionowania tego, czego się dowiadują, indywidualnego rozwoju, dbania o własną kreatywność. Druga sprawa to dostosowanie szkół do rozwoju technologii i związanych z tym niebezpieczeństw. Na tym polu też trzeba wykonać ogromną pracę.

Mówiła pani na początku, że jest technooptymistką. Że dzięki rozwojowi technologii żyje nam się lepiej. A czy jesteśmy dzięki niej szczęśliwsi?

- I znów odpowiedź na to pytanie jest złożona. Z jednej strony tak - jestem szczęśliwa, że mam zdjęcia swoich dzieci, filmy z ważnych momentów ich życia. Nie byłoby ich, gdyby nie aparat fotograficzny, kamera. Jestem szczęśliwa, kiedy w Boże Narodzenie mój tato, który jest gdzieś na drugim końcu świata, może do nas zadzwonić za pomocą telefonu satelitarnego. Jestem szczęśliwa, że mogę włożyć naczynia do zmywarki, a nie tracić czas i myć je ręcznie. Jestem szczęśliwa, że przed świętami, zamiast biegać po sklepach, mogę zamawiać zakupy online, bezpośrednio do domu. Ale mimo mojej fascynacji technologią wiem, że człowiek nie jest w stanie żyć tylko nią. Potrzebuje równowagi - w tym także kontaktu z naturą. Tego nam, niestety, często brakuje.

Natalia Hatalska (fot. hatalska.com)

Film "Creative Control" w kinach od 2 grudnia

Natalia Hatalska. Specjalizuje się w marketingu i nowoczesnych technologiach. W 2016 r. założyła "Infuture Hatalska Foresight Institute", który ma się zajmować analizą trendów, które w przyszłości będą miały decydujący wpływ na gospodarkę, społeczeństwo i konkretne marki. Od kilku lat wydaje trendbook, w którym analizuje najważniejsze trendy. Więcej na hatalska.com

Łukasz Długowski . Absolwent filozofii, podróżnik, dziennikarz. Pisze m.in. o mikrowyprawach - proponuje, jak wcisnąć przygodę między pracę a zabiegane życie rodzinne. Wydał książkę "Mikrowyprawy w wielkim mieście", której partnerem jest The North Face. Swoje przygody relacjonuje na Facebooku i Instagramie: Mikrowyprawy