Rozmowa
Róża Rzeplińska (fot. Piotr Wójcik)
Róża Rzeplińska (fot. Piotr Wójcik)

Ustawa o powołaniu Narodowego Instytutu Wolności ma dziś trafić pod obrady Sejmu. "Przedstawiciele NGO-sów obawiają się, że nowa instytucja ma zwiększyć kontrolę rządu nad pieniędzmi, które dotąd ministerstwa rozdzielały w otwartych konkursach.

Nadzór nad Instytutem ma sprawować ma jeden z wicepremierów wskazany przez szefową rządu. On też powoła dyrektora instytucji" - pisze " Gazeta Wyborcza ". - Ewidentnie PiS chce wesprzeć swoje organizacje zgodne z linią partii - mówi Joanna Schmidt z Nowoczesnej. Dlaczego organizacje pozarządowe powinny być niezależne od władzy? W zeszłym roku rozmawialiśmy o tym z Różą Rzeplińską ze Stowarzyszenia 61.

Została pani bohaterką głównego wydania "Wiadomości". Negatywną.

- Bez przesady. To chwilowe zainteresowanie kilku pań i panów, którzy akurat mają dostęp do anteny. Materiał uderzał w sędziów i organizacje pozarządowe.

Co pani myśli o takich akcjach?

- "Wiadomości" pokazały kilka twarzy, połączyły je strzałkami i deszczem banknotów. Te opowieści nie wyjaśniały, czym są organizacje pozarządowe, miały tylko zburzyć zaufanie do nich. Nie zgadzam się na to. W tysiącach polskich fundacji i stowarzyszeń pracują ludzie, którzy codziennie - za niewielkie pieniądze albo wolontariacko - działają na rzecz wspólnego dobra. Na tym m.in. polega przecież społeczeństwo obywatelskie. Po tym materiale pojawił się drugi - o "dobrych" fundacjach. Tylko że to są niuanse, przekaz jest jeden.

Jaki?

- Taki, że w fundacjach i stowarzyszeniach jest coś podejrzanego.

Fragment materiału "Wiadomości" dot. organizacji pozarządowych (fot. TVP 1)

A tymczasem...

- Część z tych organizacji zajmuje się działalnością charytatywną. Pomaga dzieciom i dorosłym z różnymi schorzeniami czy dysfunkcjami. Wartość tej działalności jest olbrzymia. Przykładem może być choćby wspomniana w "Wiadomościach" fundacja "A kogo?". Ponieważ Polacy bywają ofiarni, Jerzy Owsiak może przenosić góry w polskiej służbie zdrowia, a Janina Ochojska wierci studnie na pustyniach. Warto powiedzieć, że Caritas Polska chce stworzyć tzw. korytarze humanitarne dla uchodźców, apelują o to biskupi, ale napotykają na opór MSW i MSZ.

Tyle o organizacjach charytatywnych. Poza tym jest ogromna liczba osób, które nie zajmują się pomaganiem, ale działają na przykład na rzecz nowego boiska czy przeciw przebudowie drogi. Wśród takich obywatelskich inicjatyw istnieje kilka, jak prowadzone przeze mnie Stowarzyszenie 61, które działa na rzecz przejrzystości życia publicznego. Efekty naszej pracy publikujemy w serwisie MamPrawoWiedziec.pl.

Czy to może komuś przeszkadzać?

- Organizacje pozarządowe z definicji powinny być niezależne od władzy i nie muszą się jej podobać, a MamPrawoWiedziec.pl chce trzymać równy dystans wobec wszystkich partii i polityków. Współpracują z nami osoby o różnych poglądach. Ci ludzie zdejmują swoje polityczne maski, siadają przy stole i prześwietlają polityków w ramach restrykcyjnej metodologii.

Możemy dziś powiedzieć, że w ostatniej kampanii prezydenckiej lepiej nam się współpracowało z otwartym i energicznym sztabem Andrzeja Dudy niż ze sztabem Bronisława Komorowskiego. W 2007 roku był na nas nacisk, żebyśmy utrudnili wejście do Sejmu Samoobronie. To było bardzo nieprzyjemne, bo ten nacisk trwał tydzień, a ja byłam tuż przed porodem. Powiedzieliśmy sobie wtedy: "Słuchajcie, jeśli wygra Samoobrona, to znaczy, że tak zdecydowali obywatele. My ich mamy tylko bezstronnie informować". Tak działamy.

Na co dzień prowadzimy bazę danych o politykach i wyjaśniamy, jakie prawo powstaje w Sejmie. W kilkunastu miastach w Polsce działają lokalne oddziały MamPrawoWiedziec.pl. Dokumentują, jak pracują lokalni radni. W naszych tekstach i wideo dajemy głos władzy, opozycji i ekspertom. Przedrukowują nas i "Fronda", i "Wyborcza". Nie mamy się z czego tłumaczyć.

Co się dzieje w organizacjach pozarządowych po serii takich materiałów?

- W organizacjach buzuje. Pracownicy NGO, działacze i wolontariusze, poczuli się dotknięci tym, co zobaczyli w telewizji. Nawet ci, których nie pokazano w materiale "Wiadomości", pomyśleli: "Zaraz, to jest o nas". Niektórzy pomyśleli, że propaganda przeciw niezależnym instytucjom sektora pozarządowego to kolejny punkt w planie: po sparaliżowaniu Trybunału Konstytucyjnego i po wymianie kadr w mediach publicznych. Jeśli nie będzie organizacji, które patrzą władzy na ręce, kto to będzie robił? Coraz słabsze media?

Dlatego należy bronić organizacji. Jestem zwolenniczką tego, aby każdy mógł działać na rzecz wyznawanych przez siebie wartości. Po jednej stronie niech będą ci, którym są bliższe idee narodowe, po drugiej ci, którym są bliższe idee szerokiej otwartości światopoglądowej. Warunkiem działania powinno być tylko przestrzeganie prawa. Ale zdrowy ekosystem dla organizacji pozarządowych wymaga jeszcze społecznego zaufania. A ono zostało podważone.

Myśli pani, że ten materiał powstał, bo jest pani córką profesora Andrzeja Rzeplińskiego?

- Gdybym była mężczyzną, to też by mnie pani o to zapytała?

Nie chodzi mi o pani płeć, ale o nazwisko.

- Kolejne materiały "Wiadomości" o organizacjach pozarządowych powstają w taki sposób, żeby pokazać osobiste powiązania między osobami publicznymi, czasem z udziałem członków ich rodzin. Tylko że to jest z dwóch powodów absurdalne. Po pierwsze, byłam aktywną założycielką stowarzyszenia, gdy mój ojciec był profesorem prawa, a nie ważnym sędzią. Nie byłam wtedy "córką" kogokolwiek, tylko Różą Rzeplińską. I nadal nią jestem. A po drugie, nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że organizacje i osoby publiczne są ze sobą powiązane. Tak to niestety jest, że osób, które się angażują jako obywatele, jest mało i siłą rzeczy funkcjonują w środowiskach bardziej odpowiedzialnych za życie publiczne. Stowarzyszenie, w którym działam, zakładały osoby popierające dalekie od siebie opcje polityczne, a dzisiaj są aktywne, również w życiu publicznym. Pokazanie w "Wiadomościach" kilku zdjęć połączonych strzałkami jest śmiesznie nierzetelne.

Jak to jest być córką prezesa Trybunału Konstytucyjnego, zwłaszcza teraz?

- Nie muszę chodzić na terapię z powodu tego, że mam rodziców, jakich mam. I chciałabym, żeby moje dzieci miały do mnie taki stosunek, jaki ja mam do moich rodziców. Fakt, że ojciec jest prezesem TK, sprawia, że bardziej się kontroluję, zależy mi, aby nikt nie podważał wiarygodności pracy zespołu MamPrawoWiedziec.pl. Bo przypominam, że za mną stoi dziesięcioosobowy zespół oraz aktywiści prowadzący lokalne serwisy.

Uważam, że jako społeczeństwo powinniśmy być dumni z braku oligarchizacji życia publicznego. Generalnie - politycy nie dorabiają się gigantycznych majątków na pełnieniu funkcji. A dzieci osób publicznych mogą ich uwiarygadniać. Ja uwiarygadniam mojego ojca, bo jeżeli moi rodzice wychowali kogoś, kto czuje się odpowiedzialny za jakiś drobiażdżek życia publicznego, to chyba dobrze.

Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Bo się pani czasem o niego?

- Jeśli się obejmuje wysoką funkcję państwową, to się jest przygotowanym i na czasy pokoju, i na wojnę atomową. I jeżeli ktoś nie daje rady, to znaczy, że się do tego nie nadawał.

Ojciec ma żonę, dwie córki, wnuki, psa. Musi wrócić do domu, skosić trawę, dać psu zastrzyk, bo zwierzak ma chore stawy. A potem pojechać autobusem po zakupy - bo żadne z moich rodziców nie ma prawa jazdy. Zdarza się, że po drodze odbiera wnuki ze szkoły. Normalne życie.

Wracając do pani stowarzyszenia - pojawiły się sugestie, że jego finansowanie nie jest do końca jasne.

- Organizacje pozarządowe mają obowiązek publikowania sprawozdań finansowych w określonych terminach. A także sprawozdań merytorycznych, łącznie z tym, że coś na przykład zrobiliśmy za późno. Stowarzyszenie 61 swoje sprawozdania publikuje. Nasze finanse są przejrzyste.

To prawda, że 60 proc. wpływów idzie na pensje?

- A na co ma iść? Na ksero? Większość kosztów stowarzyszenia to koszty wynagrodzeń.

Dlaczego?

- Naszego serwisu nie tworzą roboty. Pracują u nas badacze i analitycy, poza tym osoba od promocji, księgowy, informatyk, zamawiamy grafiki i wideo. Gdybyśmy mieli inne, nieuzasadnione koszty, to by było dopiero dziwne. Teraz pracujemy dodatkowo nad nową stroną internetową, od wewnątrz jest skomplikowana, więc wymaga czasu i pieniędzy.

Z kolei podobno państwo Elbanowscy przeznaczają na wynagrodzenia 90 procent.

- No i? Kiedy zaczęto o tym mówić, razem z innymi organizacjami stanęliśmy w ich obronie. W materiale w TVP jedna pani "ujawnia", że dwie osoby z jakiejś organizacji zarobiły w rok 200 tys. No dobrze, ale zastanówmy się: 200 podzielić na 2 to 100. 100 podzielić na 12 to 8 tys. z hakiem brutto. Daje to miesięcznie około 5 tys. zł na rękę. Czy to dużo jak na prezesa organizacji pozarządowej w Warszawie? Żeby była jasność, nie dotyczyło to naszego stowarzyszenia.

Po co założyliście Stowarzyszenie 61?

Po to, żeby jakość polskiej polityki była lepsza. Rządzącym zależy na tym, żebyśmy oddali głos. Walczą o niego w kampanii wyborczej, ale potem jesteśmy im już w demokratycznym systemie niepotrzebni. Oczywiście politycy powiedzą, że to nieprawda, bo wyborcy są najważniejsi. Ale jeżeli w ostatnich wyborach parlamentarnych kandydowało prawie osiem tysięcy osób i spróbowalibyśmy dziś zweryfikować ich obietnice wyborcze, to okazałoby się, że połowa z nich nie istnieje w przestrzeni publicznej. A ich odpowiedź na pytanie, po co idą do parlamentu, jest płytka i nie dotyka żadnej ze spraw, które dotyczą obywateli. Dotyczy to również tych, którzy mandat zdobyli.

Tymczasem my chcemy, by przed wyborami nasi przyszli posłowie jasno wypowiedzieli się w kilkunastu kluczowych kwestiach, o które ich pytamy w specjalnej ankiecie. Dzięki temu każdy wyborca może się dowiedzieć, jakie poglądy i kompetencje ma dany kandydat. Niestety, z samej kampanii się tego nie dowiadujemy.

Na przykład?

- Na przykład obywatele obawiają się o swoją sytuację materialną i zastanawiają, czy grozi im wojna. W obietnicach wyborczych nie znajdą odpowiedzi na te pytania Pojawią się jedynie slogany, że "musimy uczynić Polskę bezpieczną" albo "Polacy muszą więcej zarabiać".

Ja szczególnie lubię to ich "chciałbym, żeby...".

- No właśnie. Tymczasem politycy muszą nam dać poczucie sprawczości. Muszą znać system państwa, w którym żyją, i wskazać, co ich zdaniem sprawi, że "Polacy będą więcej zarabiać". Niestety, dobór na listy wyborcze we wszystkich partiach jest taki, że ostatecznie osoba, która wchodzi na listę, a potem zostaje posłem, ma do tego niewielki mandat kompetencji. Widać to chociażby wtedy, kiedy rozmawiamy z posłami zajmującymi się w Sejmie tą samą sprawą, przy czym jeden jest dodatkowo wiceministrem.

Jaka jest różnica?

- Weźmy choćby umowę CETA. Wiceminister, który jest posłem, potrafi ją przedstawić z wielu stron, wiedząc o tym, że ta kwestia nie jest czarna albo biała. Że jest w niej cały wachlarz szarości, który polityk może przesuwać w jedną lub drugą stronę. Inna sprawa, że część z nich świadomie przesuwa go za bardzo w jedną lub w drugą. Albo bierze pod uwagę głównie relacje zagraniczne w kontekście handlu, a mniej bierze pod uwagę pogorszenie sytuacji polskich rolników.

I tu wrócę do pani pytania - dlaczego to wszystko robimy? Bo chcemy, żeby polscy politycy byli odpowiedzialni i tłumaczyli ludziom, co oznacza dla nich podpisanie umowy CETA. I dlaczego to robią. Niech przyznają, że umowa może być niekorzystna dla rolników, ale decydują się na jej podpisanie, bo jest dobra z punktu widzenia usługowej pozycji Unii Europejskiej na gospodarczej mapie świata. Obywatele zasługują, by polityk poświęcił im nieco czasu. By wyjaśnił im skomplikowane kwestie gospodarcze czy społeczne. A nie, by ich tylko straszył. I to dotyczy polityków wszystkich opcji.

Nasi rządzący przespali ostatnie 27 lat, jeśli chodzi o edukację obywatelską.

To znaczy?

- Nie wiemy, jakie mamy prawa i jakie obowiązki. Czego ja mogę od konkretnego polityka oczekiwać? Jakie on ma kompetencje? Obywatele nie powinni na przykład oczekiwać od ministra edukacji, że da pieniądze na likwidowaną właśnie szkołę. To tak prosto nie działa. Po drodze jest samorząd, najpierw lepiej porozmawiać z radnymi. A może powołać grupę obywateli, która będzie działać na rzecz ratowania tej szkoły. Dopiero na samym końcu jest minister, który może sprawić, że być może szkoła nie będzie zlikwidowana.

Róża Rzeplińska (fot. Piotr Wójcik)

Czy przypadkiem nie wyręczają państwo mediów?

- Na kolekcjonowanie danych i wskazywanie, co z tego wynika, media nie mają czasu. Coś się wydarzyło i trzeba to szybko opisać. Dziennikarz nie ma czasu, by się w temat zagłębić. Dlatego my gromadzimy informacje, po które przychodzą do nas najróżniejsze media. Szczegółowo opisujemy 460 posłów, senatorów, prezydentów miast: zbieramy ich biografie, obietnice, poglądy i oświadczenia majątkowe. Dane udostępniamy za darmo, ale specjalne zestawienia dla redakcji przygotowujemy odpłatnie.

Jest pani pewna, że jesteście ludziom potrzebni?

- Wie pani, czasem ktoś do nas pisze: "Informacje o tej posłance są niepełne, bo niedawno wstąpiła ona do tej partii". To jest świetne. Właśnie o to nam chodzi, żeby obywatele zaczęli się przyglądać posłom. W interesie rządzących jest to, żeby obywatele w jak najlepszy sposób kontrolowali władzę. Jeżeli pensje tych ludzi są płacone z moich podatków, to jako pracodawczyni mam prawo powiedzieć "sprawdzam". Tyle tylko, że my jako obywatele nie potrafimy się w takiej sytuacji postawić. A każdego dnia jesteśmy przełożonymi posłów czy senatorów.

Ważna jest też obywatelska sprawczość, a ta zaczyna się od tego, że mam wpływ na swoją wspólnotę mieszkaniową czy swojego sołtysa. Idę do niego i mówię: "Chłopie, załatw tę drogę, bo inaczej kolejny rok będziemy się taplać w koleinach". Albo idę do wspólnoty i pytam: "A może byśmy pomalowali klatkę schodową?". To się tu zaczyna. Czy na przykład idę do dyrektorki szkoły i pytam, czemu kolejny nauczyciel się zwalnia. A nie chodzę po kątach i narzekam: "Boże, co to za beznadziejna szkoła".

Nie narzekam, tylko próbuję coś zmienić.

- Tak. Po prostu musimy zacząć od siebie. Jak nam się coś podoba, to w tym uczestniczmy, wspierajmy działania władzy. Jak nam się nie podoba, idźmy do decydenta i mówmy mu to. Władza na każdym szczeblu, jeśli nie usłyszy krytyki, będzie niezmienna. I to nie jest tylko polska przypadłość.

Róża Rzeplińska . Szefowa serwisu MamPrawoWiedziec.pl , który wydaje Stowarzyszenie 61. Badaczka terenowa (skończyła etnografię), stara się, by to dane były podstawą do podejmowania decyzji wyborczych. Autorka audioprzewodników. Ma troje dzieci, mieszka w Warszawie.

Angelika Swoboda . Dziennikarka weekend.gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.