Do dziś pamiętam twój pokaz sprzed czterech lat, zorganizowany w hotelu Hilton. Były tłumy zachwyconych gwiazd, a ja nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jesteś u szczytu.
- Czy liczba gwiazd jest najważniejsza? Chyba nie. Najważniejsze jest to, żeby każda kolekcja wnosiła coś nowego, coś innowacyjnego do świata mody. Przy okazji każdego pokazu staram się wykorzystać maksimum moich możliwości, daję z siebie wszystko. A co do mojego najbardziej spektakularnego pokazu, to uważam, że był nim ten, który odbył się na Torwarze. Ściągnęliśmy dwa i pół tysiąca gości. To było gigantyczne przedsięwzięcie, właściwie spektakl, ze specjalnie zbudowaną scenografią.
Gigantyczne były też wtedy ceny kreacji, które szyłeś. A mimo to były one rozchwytywane.
- Nadal tak jest. Po moim ostatnim pokazie wyprzedało się trzy czwarte kolekcji, co mnie bardzo ucieszyło, bo tworząc kolekcję, nie myślałem o statystykach sprzedaży. Myślałem o tym, co mi w duszy gra, co chcę stworzyć i pokazać.
Chciałeś wszystkim udowodnić, że po roku wracasz z czymś jeszcze lepszym?
- Tak, miałem taką myśl. Poza tym pozbyłem się wreszcie ciężaru, który niesie za sobą prowadzenie firmy. Zatrudnianie sztabu ludzi i obowiązek utrzymania ich powodowały niesamowity stres. Przez ostatnie lata nie mogłem się pozbyć ciążącej na mnie odpowiedzialności za innych. Ograniczało to moją wolność twórczą.
Teraz czujesz się od tego wolny?
- Tak.
W sumie to całkiem niezły chwyt marketingowy - zniknąć, pozwolić za sobą zatęsknić, a potem wrócić z nową kolekcją.
- Tak wyszło, choć to nie było planowane. Wiesz, to nie był żaden zabieg marketingowy. Choć nawet się śmialiśmy ze znajomymi, że muszę znowu wyjechać na rok czy pół, żeby złapać inspirację. Mam poczucie, że ta przerwa wyszła mi na dobre, złapałem oddech. Trzeba zrozumieć specyfikę tego, jak działa moda w Polsce. Pokazy nie są organizowane dla środowiska modowego, tak jak to się odbywa na Zachodzie. Na pokaz do Paryża przyjeżdżają kupcy z całego świata. Zaprasza się jedynie trzy, cztery gwiazdy, które są twarzami domów mody. U nas wciąż jest to wydarzenie towarzyskie, chęć zaznaczenia, że projektant jest na rynku, że umie coś stworzyć. Robi pokaz, bo nie chce dać o sobie zapomnieć. No i jest to napinanie się na pokaz co pół roku.
Oczywiście, jeśli ktoś prowadzi dużą firmę, to musi co pół roku wypuścić kolekcję. Ale jak ktoś chce tworzyć wyłącznie modę haute couture , spokojnie może sobie pozwolić na to, żeby tworzyć kolekcję raz w roku. To w zupełności wystarczy.
Pokaz kosztuje 200-300 tysięcy złotych. Najczęściej jednak koszty pokrywają sponsorzy, prawda?
- Zgadza się. Jak wszystko pójdzie dobrze, to się to może spiąć. Jeśli nie, trzeba dokładać ze swoich.
Ty do ostatniego pokazu dołożyłeś?
- Nie chciałbym mówić o sprawach finansowych.
Ale nie da się tego uniknąć. Zniknąłeś ponad rok temu w atmosferze skandalu . Wspólnicy oskarżyli cię o kradzież pieniędzy i części kolekcji. Ty odpowiedziałeś, że to pomówienia i że wspólnicy zalegają ci z zapłatą za ostatnie 2,5 roku pracy. A potem przeprosiłeś.
- Tyle razy to już wyjaśniałem... Uważam, że temat jest zamknięty.
A gdybyś miał to ostatni raz podsumować? Zamknąć w zdaniu albo dwóch?
- Wszystko, co się wydarzyło, było efektem współpracy dwóch bardzo silnych charakterów, które w pewnym momencie postanowiły się rozstać. Niespodziewanie sprawa nabrała medialnego charakteru i wynikło z tego zamieszanie większe niż faktyczne.
To powiedz, co robiłeś przez ten rok, kiedy cię nie było w modzie.
- Czy mnie nie było w modzie? Nie udzielałem się medialnie, ale pracowałem. Moje klientki cały czas miały ze mną kontakt, obsługiwałem je u siebie w atelier. Poza tym tworzyłem kolekcje dla Biedronki, Baldowskiego i Tubądzina. Pewnie nie wiesz, ale projektowanie płytek jest i skomplikowane, i czasochłonne. Nie mam poczucia, że wyjechałem i kompletnie zniknąłem.
Gdzie bywałeś poza atelier?
- Pojechałem do Brazylii, potem jeździłem trochę po Europie, byłem też w Afryce. Upajałem się tym, że mogłem sobie pozwolić na urlop dłuższy niż dwa tygodnie.
Nabrałeś dystansu?
- Nabrałem. Złapałem oddech. Myślę, że już dawno powinienem był sobie na to pozwolić. Odzyskałem czystość twórczą, świeżość umysłu. Wypuszczać co pół roku coś nowego, zaskakującego, coś, czego nigdy nie było, to naprawdę trudne zadanie. Powiem szczerze, że nie dziwię się, że ludzie na stanowiskach szefów znanych domów mody regularnie się zmieniają. Projektanci są tak eksploatowani, że po 3-4 latach pracy są wrakami.
Też się tak czułeś?
- Tak. To był właśnie ten moment, kiedy zniknąłem. Mówiąc wprost - moda przestała mi sprawiać przyjemność. Nawet na wakacjach siedziałem na plaży z komputerem na kolanach. Teraz staram się zachować zdrowe proporcje między pracą a odpoczynkiem. W grudniu wyjeżdżam na cały miesiąc. Nie chcę się znów wypalić.
Udaje ci się te proporcje zachowywać?
- Na razie tak, ale nie wiem, czy będzie to możliwe na dłuższą metę. Zakładałem na przykład, że teraz, po powrocie, będę pracował od dziewiątej do siedemnastej, ale nie zawsze mi się udaje. Zderzam się z rzeczywistością, w której nie wszystko da się przewidzieć. Dzisiaj wyjeżdżam na pokaz, ale zanim wsiadłem do samochodu, przyjąłem w atelier trzy stałe klientki, gwiazdy, które mogły przyjść tylko dziś, bardzo im zależało.
Wróciły do ciebie stałe klientki?
- Stałe klientki ciągle u mnie kupują zarówno kreacje wieczorowe, jak i sezonowe. Regularnie zgłaszają się do mnie też nowe klientki, które chcą, abym zaprojektował dla nich suknie ślubne.
Ile kosztuje suknia ślubna od Zienia?
- Od 3,5 tysiąca złotych w górę. Najczęściej wybierane są takie w granicach 7-9 tysięcy. Bardzo rzadko klientki wybierają droższe kreacje. Zresztą moja ostatnia kampania z Biedronką miała pokazać, że projekty Zienia wcale nie muszą być takie drogie.
Powtarzasz tymczasem często, że twój prawdziwy kapitał to przyjaciele. Po aferze jakoś zweryfikowałeś listę znajomych?
- Prawdziwi przyjaciele po prostu przy mnie zostali. Ci, z którymi łączyły mnie powierzchowne znajomości, wykruszyli się, ale to mnie specjalnie nie martwi. Mój ostatni pokaz był kameralny, jedynie dla trzystu pięćdziesięciu osób, więc w naturalny sposób musiałem wybrać, kogo chcę zobaczyć, z kim chcę spędzić ten wieczór.
Nie zaprosiłeś tych, którzy się nie sprawdzili?
- Te znajomości były na tyle powierzchowne, że nie ma sensu na siłę ich kontynuować. Teraz już wiem, że trzeba poświęcić więcej czasu osobom naprawdę bliskim. I na pewno zamierzam zacieśniać znajomości z tymi, których lubię i szanuję.
Koledzy po fachu cię wspierali, czy cieszyli się, że powinęła ci się noga?
- Osoby, z którymi się koleguję, odnosiły się do mnie życzliwie, bez względu na to, co się działo. Łukasz Jemioł dzwonił i pytał, co słychać. Gosia Baczyńska napisała, że mnie rozumie. Że sama by sobie chętnie zrobiła taką przerwę, gdyby tylko mogła. Myślę, że ludzie ze świata mody doskonale wiedzą, ile jest w tym fachu nieprzespanych nocy. Taka przerwa marzy się chyba każdemu.
Przyznaj, nie tęskniłeś trochę za tymi wielkimi pokazami?
- Na początku absolutnie nie. Wręcz cieszyłem się, że nie muszę w nich uczestniczyć. Najzwyczajniej w świecie byłem zmęczony. Pracą, modą, wszystkim. Ale gdy tak sobie odpoczywałem, w mojej głowie pojawiało się coraz więcej rysunków. Gdy wróciłem z Afryki, sterta projektów na moim biurku rosła i rosła. No i zacząłem się zastanawiać, gdzie chcę mieć pokaz. Zapomniałem, jak się zaklinałem wcześniej, że już nie chcę mieć więcej żadnego pokazu.
Ja jednak nie mogę żyć bez mody. Czułem się tak, jakby w pewnym momencie zabrakło mi kawałka siebie. Swój pierwszy pokaz zrobiłem w wieku 17 lat. Za rok będę obchodził dwudziestą rocznicę. Była u mnie na przykład dziś Kasia Kowalska, która mówi: "Wiesz, zaśpiewanie piosenki to pestka. Ale żeby się umieć ubrać, to jest dramat ". Druga klientka na to: "Ja to mogę się przebierać kilka razy dziennie, ale zaśpiewać bym nie potrafiła ". Wiesz, każdy jest do czegoś stworzony.
Do czego jesteś stworzony poza modą?
- Poodnawiałem sobie kursy programów komputerowych. Zastanawiałem się, czy nie zająć się także grafiką komputerową. Kiedyś bardzo ją lubiłem... Ale wiem już, że na pewno nie widzę się w innej dziedzinie niż moda i sztuka.
Dobrze ci się też wiedzie w miłości.
- Jestem bardzo szczęśliwy i bardzo spełniony w miłości. Moje małżeństwo daje mi w życiu całkiem inną perspektywę. Mam drugi dom w Brazylii, w centrum Rio. Mam tam małpy, papugi i kawałek dżungli. Mam też atelier w Warszawie. Właśnie przygotowuję nową kolekcję sukien ślubnych, planuję też udział w targach ślubnych i pokaz mody w Trójmieście. A potem wyjeżdżam na miesięczne wakacje.
Ale wracasz z nich?
- Oczywiście. Na szczęście mam ten komfort, że mogę wyjechać na miesiąc, a potem wrócić i ponownie zająć się pracą. Na tym polega wolność.
Wolność wolnością, ale wygląda na to, że Zień jest niezatapialny.
- Dopóki wciąż mam głowę pełną pomysłów, to chyba tak.
Maciej Zień. Projektant mody i wnętrz, najbardziej znany z sukien ślubnych. Urodził się w 1979 roku w Lublinie, mieszka i tworzy w Warszawie. Zadebiutował z kolekcją jako 17-letni uczeń liceum plastycznego. Jego klientkami od lat są m.in. Aneta Kręglicka, Grażyna Torbicka, Małgorzata Kożuchowska, Edyta Górniak i Małgorzata Socha. W zeszłym roku wziął ślub z Anthone Candido Rio Copacabana. Zniknął z Polski oskarżany przez wspólników o kradzież pieniędzy i części kolekcji z butiku w Warszawie. Na zarzuty odpowiadał, że to pomówienia i że spółka zalega mu z płatnościami. Później jednak przeprosił wspólnika za "bezpodstawne i nieprawdziwe" zarzuty "formułowane pod wpływem impulsu, wynikającego ze znalezienia się w bardzo trudnej sytuacji życiowej i zawodowej".
Angelika Swoboda . Dziennikarka weekend.gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.