Rozmowa
(fot. Jędrzej Nowicki / Agencja Wyborcza.pl)
(fot. Jędrzej Nowicki / Agencja Wyborcza.pl)

Rozruszał pan już Poznań?

- Dopiero się rozkręcam.

A co to oznacza?

- Otwarcie na kulturę i zmianę wizerunku miasta, który został wykreowany kilkoma niefortunnymi decyzjami, jak na przykład głośne odwołanie spektaklu "Golgota Picnic" na Festiwalu Malta. Uważam, że działania w sferze symbolicznej są w mieście tak samo ważne jak inwestycje infrastrukturalne. Moja zgoda na wywieszenie tęczowych flag z okazji Marszu Równości ma podobnie istotne znaczenie, jak rozwijanie transportu publicznego czy remontowanie ulic.

Wszystko to jest już od dawna standardem w zachodniej Europie i chciałbym, żeby było także u nas - w Poznaniu i w Polsce. Chcę, żebyśmy żyli w mieście nowoczesnym, przyjaznym, kosmopolitycznym, a nie w ksenofobicznym zaścianku. I nie zamierzam na to czekać kolejnych dziesięciu lat. Niech to się dzieje już teraz.

Pańska partyjna koleżanka i prezydentka mojego miasta, Hanna Gronkiewicz-Waltz, ma w tej sprawie zgoła inny pogląd. Odmawia od lat patronatu nad Paradą Równości w Warszawie.

- Mój poprzednik Ryszard Grobelny kiedyś w ogóle nie wyraził zgody na paradę. Ja działam inaczej. Zupełnie obce jest mi kalkulowanie, że zrobię albo powiem coś, co nie spodoba się części wyborców i zaszkodzi mi w reelekcji. Pani prezydent ma oczywiście prawo do swojego podejścia, ja mam prawo do mojego. Takie są uroki demokracji i pluralizmu. Proszę ode mnie nie oczekiwać, że zawieszę własne poglądy na kołku i zacznę rządzić Poznaniem, kierując się słupkami poparcia. Mnie sondaże nie bardzo interesują.

Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz i prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak podczas Konwencji Krajowej Platformy Obywatelskiej (fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)

Nie wierzę. Nie ma takich polityków.

- Ja nie jestem politykiem, przynajmniej się nim nie czuję. W partii jestem zaledwie od trzech lat. Gdy mnie zaproszono na spotkanie do siedziby PO, myślałem, że po to, by pozyskać fundusze na kampanię. Tymczasem zaproponowano mi kandydowanie na prezydenta Poznania. Podjąłem się tego zadania, choć nikt nie dawał mi szans w starciu z Ryszardem Grobelnym, rządzącym miastem od lat. I proszę, taka niespodzianka. Okazało się, że niemożliwe jest możliwe. Wygrałem. A skoro tak, to przystąpiłem energicznie do realizacji tego, co obiecałem. Tak działałem w biznesie, tak działam i teraz.

Ale zarządzanie miastem nie jest tym samym, co kierowanie firmą.

- Ma pan rację, choć w wielu sferach jest bardzo podobne. Jest zadanie i trzeba je zrealizować. Kropka. Jeśli dostaję w wyborach narzędzia, mam zamiar ich używać, by zmieniać miasto na lepsze. Mało tego, robię to szybko, bo kadencja trwa tylko cztery lata. Nie ma czasu na ociąganie się.

Jak to się stało, że w mieszczańskim i ceniącym święty spokój Poznaniu w ogóle wybrano pana na prezydenta?

- Czemu się pan tak dziwi? Przecież ja robię to, co w zachodniej Europie jest działaniem standardowym.

My, przypominam, jesteśmy w Polsce.

- Ale blisko Zachodu, przynajmniej Poznań. Pana zadziwienie jest w mojej opinii spowodowane tym niesprawiedliwym postrzeganiem naszego miasta, o którym mówiłem na początku. Postrzeganiem przez pryzmat osoby prezydenta. Mój poprzednik był konserwatywny i tak z zewnątrz jawiło się miasto. A ja nie uczestniczę w procesjach i innych uroczystościach religijnych, bo jestem zwolennikiem rozdziału państwa od Kościoła, co w Polsce w 2016 roku nadal uważane jest za egzotyczne. Czy Poznań stał się nagle bardziej liberalny? Nie, taki był zawsze. Od 27 lat szliśmy mentalnie w kierunku Zachodu i to jest nadal nasz cel.

Prezydenci Poznania - od lewej były Ryszard Grobelny i obecny Jacek Jaśkowiak (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Tak nam się wydawało do zeszłej jesieni, kiedy nastąpił radykalny polityczny zwrot. Polacy wybrali władze, które mentalnie są na Wschodzie.

- Ten nieszczęsny dla naszego kraju wybór był wynikiem splotu kilku niefortunnych okoliczności: odejścia lidera formacji rządzącej, bardzo słabej kampanii prezydenta Bronisława Komorowskiego, którego uśpiły sondaże, świetnego ruchu marketingowego PiS-u w postaci wynalezienia kandydata Andrzeja Dudy, "schowania" Antoniego  Macierewicza, do tego kompromitacji lewicy w wykonaniu Leszka Millera i Janusza Palikota. W tej sytuacji nie dziwi, że PiS wygrało, ale nie jest to z pewnością formacja popierana przez większość Polaków, co najlepiej pokazują marsze KOD-u czy Czarny Protest. W obu zresztą brałem udział. Ludzie nie są zachwyceni tymi rządami.

Sondaże mówią co innego. PiS trzyma się mocno, państwo są w ogonie.

- Sondaże sondażami, poczekajmy na wyniki wyborów, jeśli będą. Na razie działa program 500+ i inne prezenty, ale przeciętny obywatel nie wie, że w czasie rocznych rządów PiS-u zadłużenie Polski wzrosło już o 50 miliardów złotych. Gospodarka tak długo nie pociągnie. Nie wspomnę nawet o wizerunku naszego kraju za granicą - to już zupełny dramat. Opozycja jest w ogonie, bo się jeszcze nie ogarnęła i jest podzielona, ale to się zmieni.

Czyli pan nie podziela dość powszechnego poglądu, że mamy w Polsce zwrot konserwatywny i że to jest długofalowy trend?

- Nie, nie ma żadnego konserwatywnego zwrotu.

Kiedy dwa lata temu został pan wybrany na prezydenta Poznania, prasa pisała o "powiewie świeżości". Jak jest z tą świeżością dzisiaj?

- Ocenę zostawiam wyborcom. Ja realizuję wszystko, co przedstawiłem w programie. Taką mam umowę z poznaniakami. Póki co na jedną kadencję.

Jest plan na drugą?

- Chcę wystartować w następnych wyborach, bo uważam, że zrobienie w mieście czegoś znaczącego wymaga dwóch kadencji, czyli ośmiu lat. Zmiany tak dużej struktury jak miasto i zależne od niego spółki to mozolna robota. I choć dużo już się udało, sporo jest jeszcze do zrobienia. Po drugiej kadencji, jeśli takowa będzie, wracam do biznesu.

Jacek Jaśkowiak podczas pikniku rowerowego (fot. Łukasz Ogrodowczyk / Agencja Gazeta)

Taksówkarz wiozący mnie z dworca powiedział - a dodam, że na pana głosował - że pan jest dobrym PR-owcem, ale już niekoniecznie dobrym gospodarzem.

- Cóż, dostaję za swoje, bo z taksówkarzami mam niestety na pieńku. A wszystko za sprawą strefy Tempo 30, którą wprowadziłem w centrum Poznania. Taksówkarze nie są nią zachwyceni.

Delikatnie powiedziane. Oni pana za to nienawidzą.

- Bo nie rozumieją, że moim celem nie jest - jak dotychczas - przepuszczanie ulicami Poznania jeszcze większej liczby samochodów, ale żeby ruch w centrum wyciszać. Nie rozumieją, dlaczego z dwupasmowej ulicy robimy jeden pas dla aut, a drugi przeznaczamy na ścieżkę rowerową.

Może należałoby im to wytłumaczyć?

- Staramy się to robić. Z kampanią informacyjną w tej sprawie wystartujemy niebawem, choć przyznaję, że powinniśmy wcześniej. Dla taksówek wprowadzimy spore udogodnienia, na przykład możliwość zatrzymywania się w strefie ograniczonego postoju.

Wie pan, łatwo jest zakrzyknąć, że Jaśkowiak nienawidzi samochodów i wszystkich chce przesadzić na rowery. To wpada w ucho. Nie chodzi jednak o nienawiść do kogokolwiek. Chodzi o to, że Poznań niedługo zostanie zaduszony przez samochody, bo mamy 350 tys. zarejestrowanych aut osobowych, 60 tys. dostawczych i 100 tys. codziennie wjeżdżających do miasta! Pojemność Poznania jest przekroczona kilkukrotnie. Czas to zrozumieć i przesiąść się na komunikację publiczną, którą nieustająco rozwijamy, oraz na rowery.

A wracając do taksówkarza, który pana wiózł i twierdził, że jestem dobrym PR-owcem, ale gorszym gospodarzem, to chciałbym mu uświadomić, że udało mi się doprowadzić do komunalizacji Międzynarodowych Targów Poznańskich, dzięki czemu majątek miasta wzrósł o ponad miliard złotych. Że dokończyłem budowę ronda Kaponiera, kluczowego centrum przesiadkowego (a nie było to proste, bo umowy skonstruowano tak, że przyprawiały o zawał), oraz przebudowę ulicy Dąbrowskiego, jednej z naszych ważniejszych arterii. Oddaliśmy też do użytku nowoczesną spalarnię śmieci. Nie wspomnę już o szeregu drobnych rzeczy ułatwiających życie przedsiębiorcom, jak choćby zniesienie opłaty targowej.

I co? Ludzie o tym nie wiedzą?

- Chyba nie zawsze, co pokazuje, jak działają dziennikarze. Kiedy postanowiłem pójść po raz pierwszy w Marszu Równości, w mediach się dosłownie zagotowało. Kiedy ogłosiłem tak wielki sukces, jak powiększenie majątku miasta o Targi, pojawił się może jeden tekst.

Widzę to zresztą też na Facebooku. Wpisy dotyczące spraw merytorycznych mają kilkutysięczny zasięg, szału nie ma. Ale kiedy opublikowałem post o tym, że odwiedziłem w szpitalu pobitego Syryjczyka, zasięg wynosił ponad 150 tys. odbiorców. Być może stąd taki obraz mojej osoby w oczach pana taksówkarza.

Syryjczyk George Mamlook został napadnięty w centrum Poznania. Nikt mu nie pomógł. Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak odwiedził go w szpitalu i przeprosił w imieniu mieszkańców (fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Pan lubi wsadzać kij w mrowisko?

- Lubię bardzo.

Dlaczego?

- Dlatego, że wtedy dyskusja staje się ciekawsza, fermentuje, uruchamia myślenie, szukanie kontrargumentów. Czy to jest na dłuższą metę skuteczne? Zobaczymy. Może mają rację ci prezydenci, którzy się raczej nie wychylają i wolą święty spokój.

Żałował pan czegoś, co pan zrobił lub powiedział?

- Pewnie, jak każdy człowiek. Żałuję, że w ubiegłym roku nie poszedłem na obchody rocznicy powstania wielkopolskiego i media mi wytknęły, że zamiast na uroczystości, jestem na urlopie. Chociaż bardzo go potrzebowałem, bo przez rok nie miałem wolnego dnia, powinienem być obecny na obchodach.

Wygłupiłem się też na początku jakimiś małymi rzeczami. Kiedy wszedłem do mojego gabinetu w urzędzie, wyglądał jak zakrystia: stare meble, ciężkie zasłony. Był depresyjny i niefunkcjonalny. Zapytany, jak mi się podoba, odpowiedziałem zbyt ekspresyjnie, że w ogóle mi się nie podoba. Mogłem to wyrazić nie tak dosadnie.

A propos zakrystii, jak się panu dzisiaj układają stosunki z Kościołem, który na początku prezydentury kazał pan podliczyć?

- Bardzo dobrze, panie redaktorze, bardzo dobrze. Zrobiliśmy od tego czasu wiele wspólnych rzeczy, na przykład noclegownię dla osób bezdomnych. Byłem też na przyjęciu opłatkowym u arcybiskupa i podarowałem mu pieśni bożonarodzeniowe napisane przez ateistę Jacka Kaczmarskiego.

Pan jest osobą wierzącą?

- Zaskoczę pana - w młodości chciałem zostać jezuitą, ale intensywna lektura Biblii i moja generalna skłonność do zgłębiana wiedzy sprowadziły mnie na manowce. Dzisiaj powiedziałbym o sobie, że mam dużo wątpliwości. Nieraz chodzę do kościoła, ale Boga nadal szukam.

Obraźliwe napisy na pańskim domu nadal się pojawiają?

- Ostatnio mniej, chyba zadziałało zamontowanie kamer.

A co pan poczuł, kiedy zobaczył pan na murze swojego domu napisy "Zdrajca" i "Pedał"?

- Ja, proszę pana, jestem bokser z Dębca [Jacek Jaśkowiak ćwiczył boks, gdy mieszkał na Dębcu, dzielnicy Poznania o złej reputacji  - przyp. autora], więc radosna twórczość disco-polo-patriotów nie robi na mnie większego wrażenia.

To akurat da się zauważyć. Niedawno odmówił pan dalszego finansowania przez miasto dowozów przyjezdnych kiboli na stadion Lecha.

- Nie jest rolą samorządu opłacanie transportu agresywnych kibiców. Policja musi sobie z nimi poradzić, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczymy choćby na wsparcie treningów sportowych dzieci i młodzieży.

 

Zostanie prezydentem było dobrą decyzją?

- Zarabiam mniej, a pracuję więcej, więc można by powiedzieć, że niekoniecznie dobrą. Ale ja jej nie żałuję i chcę wykorzystać czas w ratuszu na to, być zrobić coś dobrego dla mojego miasta i jego mieszkańców. Gdyby nie pełniona funkcja, nie poznałbym też pewnie wielu wspaniałych ludzi, jak Lech Wałęsa albo Agnieszka Holland. To szczególnie miłe momenty w pracy prezydenta.

Na koniec mam dla pana pytanie, które wzbudza zawsze przerażenie wśród polityków: co pan ostatnio czytał?

- "Życie to jednak strata jest" - rozmowę Doroty Wodeckiej z Andrzejem Stasiukiem i "Jednego z nas. Opowieść o Norwegii" Asne Seierstad - książkę o Breiviku. Obie lektury bardzo polecam. Dostałem też wspaniałe książki na niedawnym jubileuszu Wydawnictwa Poznańskiego. Wśród gości była profesor Anna Wolff-Powęska. Opowiedziała historię dziewczynki adoptowanej po wojnie z sierocińca. Wtedy potrafiła powiedzieć tylko: "Bojem Niemca". Tym dzieckiem była właśnie pani profesor, od 20 lat żona Niemca. Dostałem od niej "Małą Zagładę" Anny Janko. Zacznę ją czytać jeszcze dziś wieczorem.

Czytający książki polski polityk. Jestem w szoku.

- Chodzę też regularnie do teatru. Opowiedzieć panu, na czym ostatnio byłem?

Jacek Jaśkowiak. Rocznik 1964. Przedsiębiorca i polityk. Urodził się, wychował i mieszka w Poznaniu. Z wykształcenia prawnik, absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Niemal całe życie zawodowe zajmował się biznesem. Był też menedżerem Jacka Kaczmarskiego i dwukrotnym współorganizatorem Pucharu Świata w biegach narciarskich. Kandydat ruchów miejskich w poznańskich wyborach prezydenckich w 2010 r. Cztery lata później - już jako kandydat PO - pokonał Ryszarda Grobelnego i objął rządy w ratuszu. Jest jednym z najbardziej liberalnych prezydentów - pierwszym, który wziął udział w Marszu Równości.

Mike Urbaniak. Dziennikarz kulturalny i krytyk teatralny, stały współpracownik "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl. Prowadzi blog panodkultury.com .