Rozmowa
Kadr z filmu "Ostatnia Rodzina" (fot. Hubert Komerski)
Kadr z filmu

Jego sztuka, jak i on sam wzbudzają kontrowersje. Jedni uznają malarstwo Zdzisława Beksińskiego za niezrozumiałe i zbyt mroczne, drudzy dawno okrzyknęli go artystą wyprzedzającym epokę. Jedno jest pewne - Beksiński zaglądał do świata demonów i potworów, fascynowała go atmosfera grozy.

Z Sanoka przeprowadził się wraz z rodziną, żoną Zofią i synem Tomkiem, do Warszawy. Nazwano ich "rodziną przeklętą". Pierwsza zmarła Zofia, następnie samobójstwo popełnił Tomek, Zdzisława zamordowano w mieszkaniu w 2005 roku. Obsypana nagrodami "Ostatnia rodzina" (reż. Jan P. Matuszyński, scenariusz Robert Bolesto) opowiada o 28 latach z życia Beksińskich. Brawurowe role w filmie zagrali: Aleksandra Konieczna, Andrzej Seweryn i Dawid Ogrodnik.

Kadr z filmu "Ostatnia Rodzina" (fot. Hubert Komerski)

Marcin Radomski: Jak ci się podobał film "Ostatnia rodzina" Jana P. Matuszyńskiego nagrodzony Złotymi Lwami na Festiwalu Filmowym w Gdyni?

Magdalena Grzebałkowska: Ze mną trudno ogląda się ten film. Wiem o Beksińskich dużo, wręcz siedzę za sceną ich życia. Film rządzi się swoimi prawami, a książka swoimi. Wolałabym zachować opinię dla siebie.

A rozpoznałaś Zdzisława Beksińskiego w Andrzeju Sewerynie?

- Jest Zdzisławem w 98 procentach. Za to Dawid Ogrodnik jest w 115 procentach Tomkiem. Nie jestem aktorką, nie wiem, jak się pracuje nad rolą, ale prawdopodobnie trzeba wejść w buty bohatera, żeby zagrać jego postać wiarygodnie. Chociaż pan Seweryn w jakimś programie powiedział, że kiedyś wydawało mu się, że grając postać, musi wiedzieć o niej wszystko, a teraz doszedł do wniosku, że to jednak nie jest konieczne. Ten film nie jest kopią życia Beksińskich, ale wiele scen jest bliskich ich życiu.

(źródło: archiwum Muzeum Historycznego w Sanoku)

Scenariusz do filmu napisał Robert Bolesto. Mówił w wywiadach, że nie czytał twojej książki. Myślisz, że rzeczywiście tak było?

- Wszystko jest możliwe. Nie znam Roberta Bolesty, ale wiem, że ktoś pracował nad Beksińskimi równolegle ze mną. Czasem w archiwach trafiałam na ślad człowieka, który był tam chwilę przede mną. Mógł to być scenarzysta "Ostatniej rodziny".

Słyszałam, że zainspirował go reportaż "Leży we mnie martwy anioł" Wojciecha Tochmana. Oczywiście też czytałam ten tekst w 1999 roku. Ale nie nosiłam go w sobie przez dziesięć lat, zanim podjęłam się tematu.

Powiedz mi, czemu to ostatnia rodzina?

Beksińscy umierają. Nie ma kolejnych pokoleń.

- Bardziej ostatni w rodzinie, ale rozumiem, że tytuł ma głębię.

Czy w takim razie sądzisz, że rodzina jest źródłem cierpień?

- Nie, ja w ogóle nie widzę Beksińskich jako rodziny szczególnie cierpiącej czy naznaczonej fatum. Film też to pokazuje. Jest taka scena, gdy Piotr Dmochowski (propagator i wielki entuzjasta sztuki Beksińskiego - przyp. red.) odwiedza rodzinę. Jest zaskoczony, że nie wszedł do mrocznego zamku, ale do normalnego mieszkania w bloku. Beksińscy to dla mnie zwykła, choć niezwykła rodzina, bo w końcu ojcem jest tam słynny malarz, a synem charyzmatyczny dziennikarz i tłumacz.

Kadr z filmu "Ostatnia Rodzina" (fot. Hubert Komerski)

Beksińscy dziwnie wychowali dziecko, które prawdopodobnie od urodzenia cierpiało na pogłębiającą się depresję. Zdzisław oddał życie sztuce. Jeden popełnił samobójstwo, drugi został zamordowany. To się może zdarzyć w każdej rodzinie. To tragiczne, ale życie Beksińskich nie składało się z samego smutku. Tomek miał niebywałe poczucie humoru, a Zdzisław słynął z inteligentnego dowcipu. Lubili rozmawiać ze sobą, żartować. Ich relacja była specyficzna, ale proszę, pokaż mi rodzinę, gdzie relacje dzieci z rodzicami są niespecyficzne.

Zofia Beksińska była oddana swoim chłopakom. Zrobiła prawo jazdy, obsługiwała ich całą dobę.

- Najbardziej krzywdzący jest stereotyp, że Zosia była nieszczęśliwa. Moim zdaniem ona była zadowolona ze swojego życia, jakkolwiek nie było łatwe. Ja bym takiego nie chciała mieć, ale nie ma jednej recepty na szczęście.

Oczywiście próby samobójcze syna były dla niej tragedią, ale znajdowała spełnienie w związku ze Zdzisławem. Podkreślała, że jest z artystą. Napisała w liście: nie dorastam mu do pięt.

Beksińscy, wszyscy, bardzo się kochali. O tym nie wolno zapominać.

Kadr z filmu "Ostatnia Rodzina" (fot. Hubert Komerski)

"Ostatnia rodzina" to film o portrecie Beksińskich jako rodziny we wnętrzu. Przestrzeń, w której mieszkali, była dla nich niezwykle ważna.

- Film świetnie oddaje klaustrofobię ich mieszkania. Moja ulubiona scena to wigilia pokazana z korytarza. Oni siedzą przy stole, kobiety próbują się modlić. Nawet kamera się nie mieści. Jednocześnie - jak powiedział Dmochowski - mieszkanie urządzone było w słabym guście. Uważał, że Beksiński miał fatalne poczucie estetyki, zwłaszcza po śmierci Zosi.

 

Każdy miał w nim swoje miejsce - Zdzisław pracownię, Zofia kuchnię. Tomek miał z kolei własną kawalerkę w pobliżu rodziców.

- Uważam za błąd, że Tomek mieszkał tak blisko rodziców. Powinni kupić mu mieszkanie daleko od siebie, na Grochowie lub Bemowie. To by go usamodzielniło. A tak pozostawali w klinczu. Tomek przychodził, a matka stawiała wentylator w stronę talerza, żeby wystudzić ziemniaki. To wydaje się śmieszne, ale pewnie innych bawią mamy, które dzieciom pakują jedzenie do słoików na tydzień.

Beksiński kręcił dziennik codzienności. Nawet Zofia wzięła kamerę do ręki. Czemu służyło nagrywanie? Chyba nie ma drugiej rodziny tak sfilmowanej.

- Zofia została poniekąd przez Zdzisława do tego zmuszona. Kamera drżała jej na ramieniu, więc mąż kupił specjalny stabilizator. Potrzebował tego, żeby go filmowano. Jest scena w filmie, która dokładnie wyraża Beksińskiego. - Skręć mnie tutaj. Bo czuję niedosyt siebie - mówi.

Nagrywał, bo interesowała go technika. Bardzo chciał, aby coś po nim pozostało, dlatego nie oddał wszystkich obrazów do muzeum i Dmochowskiemu, chciał, żeby były rozproszone. Miał wizję, że płonie całe muzeum i nic po nim nie zostanie. Non omnis moriar - to była jego idea. Temu służyło filmowanie.

Kadr z filmu "Ostatnia Rodzina" (fot. Hubert Komerski)

Jak szukać prawdy o Beksińskich?

- Nie ma jednej prawdy. Na przykład Tomek Beksiński składał się z wielu kawałków. Jedni mówili mi, że był szują i diabłem, a inni, że był ich najlepszym przyjacielem. To była skomplikowana postać.

W filmie trzeba wybrać fragmenty i złożyć je w całość. Taki sam problem mam jako reporterka, która pisze o kimś artykuł i wysyła mu go do wglądu, a ktoś mówi, że to nieprawda, choć nie napisałam nic ponad to, co powiedział mi rozmówca. Każdy z nas widzi siebie inaczej, niż go opiszemy.

Magdalena Grzebałkowska, "Beksińscy. Portret podwójny", wyd. Znak (fot. Agnieszka Traczewska / materiały prasowe / wyd. Znak)

Magdalena Grzebałkowska. Reportażystka. Od 1998 roku współpracuje z "Gazetą Wyborczą". Jest autorką bestsellerowej biografii ks. Jana Twardowskiego "Ksiądz Paradoks", biografii Tomasza i Zdzisława Beksińskich "Beksińscy. Portret podwójny". Jej najnowsza książka jest opowieścią o najbardziej dramatycznym roku XX stulecia "1945. Wojna i pokój". Finalistka nagrody Nike 2016. Uważa, że biograf musi być bezwzględny. Mieszka w Sopocie. Mama Tosi.

Marcin Radomski. Dziennikarz. Ukończył kulturoznawstwo na UW. Studiował również na Uniwersytecie w Amsterdamie i w Collegium Civitas. Robi wywiady, pisze o polskim i zagranicznym kinie m.in. dla Onet.pl. Uwielbia festiwale filmowe i rozmowy z twórcami. Współpracuje z TVP Kultura.

(fot. Publio.pl)