Wstydzisz się, że zagrałaś w "Smoleńsku"?
- Jeśli ktoś oczekuje ode mnie, że będę się wstydziła swojej pracy, to nie ten adres. Jak już się do czegoś biorę, to staram się to zrobić jak najlepiej. I nie mam w zwyczaju się tego wstydzić. Od początku miałam świadomość, że biorę udział w kontrowersyjnym filmie.
Ale kierowało mną przede wszystkim to, że jestem aktorką, że uwielbiam grać. To jest mój zawód, z tego żyję. Poza tym dawno nie miałam okazji grać w filmie. A dla mnie kamera filmowa ma magię, której kamerze telewizyjnej po prostu brak. Trochę trwało, zanim podjęłam ostateczną decyzję. Bardzo chciałam pracować z Antonim Krauze, jednym z wybitniejszych reżyserów starszego pokolenia - być może już takiej okazji mieć nie będę.
I wreszcie - wkurzało mnie, że niektórzy mówili: "Nie możesz tam zagrać".
Kto tak mówił?
- Nazwiska nie są istotne. Dość powiedzieć, że jak próbowałam konsultować się ze znajomymi, to mi odradzali. A mnie mierzi, gdy ktoś mi mówi, co ja mogę, a co nie. Poza tym, mimo własnych ugruntowanych poglądów, daję innym prawo myślenia po swojemu. Denerwuje mnie skrajność zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Takie wzajemne oszczekiwanie się. Uważam też, że artysta, reżyser ma prawo do wyrażania swoich emocji, swojej wizji rzeczywistości.
I nie czujesz dyskomfortu?
- Nie. Przecież nie zagrałam w spocie reklamowym PiS. To byłoby dla mnie wyrażeniem poglądów. Ja przecież prawicową dziennikarkę zagrałam, a nią nie jestem. W "Smoleńsku" jestem aktorką i wykonuję dokładnie takie samo zadanie aktorskie, jak wyrażenie miłości w serialu partnerowi, do którego, poza sympatią koleżeńską, nie żywię głębszych uczuć. Każdy, kto zagrał w tym filmie, wiedział, na co się decyduje. Tytuł od początku był znany, założenia również. Co prawda Antoni Krauze dopisywał jakieś sceny, niektóre ostatecznie nie weszły do filmu, jak to czasem bywa, ale pierwotne założenia były mniej więcej znane. Myślę, że jest wiele znacznie gorszych filmów w polskiej kinematografii. To nie znaczy, że mam gardzić ich twórcami czy w jakikolwiek sposób ich poniżać.
Jakich na przykład?
- Nie będę nikogo wytykać palcami. Myślę, że każdy ma swoją listę filmów, których nikomu nie poleci... Byłam na premierze "Smoleńska", pozowałam na ściance. Wiem, że Joasia Racewicz się na tę ściankę bardzo obruszyła. Rozumiem jej ból, ale ja poszłam na premierę filmu, a nie świętowanie rocznicy katastrofy w Smoleńsku. Mimo wszystko premiera to dla artystów radosny moment. Być może niektóre osoby wykorzystały tę ściankę do autopromocji, ja stałam na niej jako jeden z twórców tego filmu.
Recenzje "Smoleńska" są bardzo spolaryzowane. A twoim zdaniem to dobry film czy nie?
- Trudno mi oceniać coś, w czym sama brałam udział. Nie chcę też się bawić w krytyka filmowego. Ale dzwonili do mnie znajomi, po których bym się nie spodziewała, że pójdą na "Smoleńsk". I powiedzieli, że to ważny film i że dobrze, że powstał. Zarzuty mieli głównie wobec Beaty Fido. Też mi się wydaje, że gdyby główną rolę zagrała aktorka o charyzmie Agaty Kuleszy czy Magdy Cieleckiej, to film byłby dużo lepszy. Ale uważam, że trzyma w napięciu, jest utrzymany w konwencji ciągłego niepokoju, zagrożenia. Są świetne zdjęcia i muzyka. W sumie jest lepszy, niż bym się spodziewała na podstawie wcześniejszych komentarzy.
W weekend otwarcia miał 108 tysięcy widzów. Według niektórych to mało. Ja uważam, że - biorąc pod uwagę ciężki temat, nieprzychylne komentarze i słoneczną wakacyjną pogodę - to i tak niezły wynik. I zgadzam się z opinią, że dobrze, że "Smoleńsk" powstał. Choć przydałby się też taki dla wszystkich, niekoniecznie ukierunkowany na teorię o zamachu, lecz pozostawiający otwarte pytania. Bo myślę, że tych, którzy w zamach nie wierzą, ten film mimo wszystko nie przekona.
Ale powiedz konkretnie - podoba ci się "Smoleńsk" czy nie?
- Obejrzałam go z zaciekawieniem, wiele rzeczy mnie zaintrygowało. Brakowało mi chyba momentu prawdziwego wzruszenia. Może przez mocne osadzenie polityczne i religijne. Ja nie wierzę w duchy, w wędrujące dusze, bo wywodzę się z nurtu protestanckiego. Zatem scena spotkania duchów ofiar katastrofy z duchami zamordowanych w Katyniu nie robi na mnie wrażenia. Wręcz przeciwnie. Poza tym do końca nie rozumiałam, czemu oni wszyscy się tak cieszą...
Zabrakło mi prawdziwego, prywatnego życia głównych bohaterów. Tak pokazanego, bym czuła, kim są. Nie wiem jednak, czy to kwestia scenariusza, czy charyzmy aktorów, ich doświadczenia w budowaniu postaci. Bardzo mi się za to podobała Halina Łabonarska, która w niezwykle delikatny, nienachalny sposób zagrała mocno zaangażowaną osobę. Leszek Łotocki też, o dziwo, nie zagrał postaci pomnikowej, choć rola do tego prowokowała. Po obejrzeniu filmu miałam jednak nieodparte wrażenie, że w katastrofie zginęły tylko dwie osoby - Maria i Lech Kaczyńscy. No, może jeszcze generał Błasik. Nie czułam dramatu innych rodzin.
Wspomniałaś, że nie znałaś całego scenariusza. To powszechne?
- Wiesz, ja grałam tylko epizod, więc to zrozumiałe. Często tak jest, że aktor dostaje wtedy tylko swoje sceny, a nie cały scenariusz. Choć bywa i tak, jak u Konrada Niewolskiego, u którego grałam jakiś czas temu. Do zagrania miałam trzy sceny, a dostałam cały materiał. Szczerze? Wolę tak. To pomaga w budowaniu postaci. W tworzeniu tego, co jest poza słowami.
Gdybyś dziś, znając efekt końcowy, dostała propozycję zagrania w tym filmie, przyjęłabyś ją?
- To zależałoby od konkretnej konfiguracji życiowej. Gdybym w tym samym czasie miała do wyboru pięć innych scenariuszy z bardzo ciekawymi rolami, u reżyserów, o których marzę, to pewnie bym się zastanawiała. Ale tak jak ci powiedziałam - nie mam poczucia wstydu, że zagrałam w "Smoleńsku".
Antoni Krauze powiedział w jednym z wywiadów, że "to nie on był dyrygentem" "Smoleńska". Tak było?
- Dla mnie pan Antoni absolutnie był na planie dyrygentem. I to takim, który mimo podeszłego wieku potrafił huknąć, gdy coś się rozłaziło. Spotkałam się z nim przed pracą, rozmawialiśmy o roli, o tym, jak widzi ją on, a jak ja. Nieczęsto się zdarza, żeby reżyser rozmawiał z aktorem od epizodu, za co bardzo go szanuję. Po zdjęciach pan Antoni mnie chwalił, dziękował i całował po rękach. Znasz takich mężczyzn?
Ja akurat nie przepadam za całowaniem po rękach.
- Mogę się tylko domyślać, że na pewne rzeczy pan Antoni nie miał do końca wpływu, o czym sam zresztą mówi w wywiadach. Wielu aktorów odmówiło udziału. A sądzę, że pan Antoni ma świadomość, że ten film byłby inny, gdyby główna bohaterka miała większe doświadczenie w budowaniu dużych filmowych ról. Albo gdyby to była świeża, młoda osoba, która wniosłaby do filmu młodzieńczy temperament. Ale będę broniła pana Antoniego, bo zrobił coś, w co szczerze wierzy. I widzę jak "stopniał" od wiosny zeszłego roku, kiedy miałam zdjęcia. Jest umęczony przez jedną i drugą stronę, a myślę, że sobie na to nie zasłużył. Zresztą na planie widziałam, że całym sercem chce oddać hołd tym, którzy zginęli w Smoleńsku. Nie miał w tym interesu politycznego. Podziwiam go za odwagę i determinację, bo przecież zaczynał film, jeszcze zanim PiS doszło do władzy. Pokonywał spore opory.
Ty się nie boisz, że po tym filmie będziesz kojarzona z jedną opcją polityczną?
- W zasadzie chciałam zacząć naszą rozmowę od tego, że jestem mocno zaskoczona tym, jakie zainteresowanie budziła moja epizodyczna rola, i to już na kilka miesięcy przed premierą. Dostaję dziesiątki propozycji wywiadów. To budzi u mnie raczej wesołość niż strach...
A wracając do mojego pytania...?
- Mam nadzieję, że nie. Jeśli ktoś mnie oceni przez pryzmat polityki, będzie to świadczyło o jego braku profesjonalizmu. Wierzę, że dla dobrych reżyserów ma znaczenie to, jaką jestem aktorką, jaki mam warsztat, a nie takie proste i puste schematy. Nie boję się stygmatyzacji. Niech się boją ci, co stygmatyzują. To oni będą to mieli na sumieniu, a nie ja.
Powiem tak - doświadczyłam już tylu stygmatyzacji, tylu problemów, które wpływały na moją karierę w związku z prywatnymi wydarzeniami, że się na to uodporniłam. W przypadku "Smoleńska" miałam pełne poczucie, że mam to zrobić. I nie zamierzam się tego wypierać, ani pluć na ten film czy jego twórców. Nie zamierzam go też wynosić pod niebiosa, bo mam świadomość jego mankamentów.
Wspomniałaś, że wizja z filmu nie jest twoją wizją rzeczywistości. Jaka jest zatem twoja? Wierzysz w zamach czy wypadek lotniczy?
- Takie pytania do aktorów uważam za nieuprawnione. To tak, jakby mnie pytać, czy kocham Adama Fidusiewicza, bo w "Na Wspólnej" namiętnie wyznaję mu miłość. Mówiłam już publicznie, że nie wierzę w zamach, ale to nie ma żadnego znaczenia. Nie fiksuję się na nic, staram się być bacznym obserwatorem rzeczywistości z otwartym umysłem. Nauczyłam się już w życiu, by nigdy nie mówić nigdy.
"
Na Wspólnej" to serial TVN. Nie masz tam teraz problemów?
- Nie. Gram w tym serialu od lat, więc producenci są chyba ze mnie zadowoleni. I nie podziękowano mi także wtedy, gdy miałam czarny PR, za co jestem produkcji serialu bardzo wdzięczna. Dostaję kolejne scenariusze "Na Wspólnej", zagrałam też, jak wspomniałam, u Konrada Niewolskiego, a film zapowiada się bardzo ciekawie.
Wracając do "Smoleńska" - rozmawiałaś z Antonim Krauze po premierze?
- Nie, uścisnęliśmy się tylko, choć nosiłam się z telefonem do niego po tym, jak znajoma zadzwoniła do mnie, by podziękować za ten film. Żal mi go jako człowieka. Uważam, że zwyczajnie nie zasłużył na tę całą jatkę.
W filmie grasz prawicową dziennikarkę. Jakie masz poglądy?
- Na pewno nie prawicowe, bliżej mi chyba do lewicy. Odrzuca mnie wszystko, co ogranicza moje poczucie wolności.
A uważasz, że dziennikarz powinien wyrażać swoje poglądy polityczne?
- Nie czuję się kompetentna, by to oceniać. Każdy człowiek ma prawo do posiadania swoich poglądów. Myślę, że nawet niezawisły sędzia, poza przesłankami prawnymi, w jakimś stopniu ulega osobistym odczuciom. Dziennikarz na pewno powinien słuchać. Zachować szacunek wobec wszystkich, z którymi rozmawia. Dać im możliwość wypowiedzenia się. Co do mediów publicznych utrzymywanych z abonamentu: oczekuję pełnego obiektywizmu i rzetelnych informacji.
Którego dziennikarza cenisz szczególnie?
- Podoba mi się Eliza Michalik z Superstacji. Co prawda akurat u niej o obiektywizmie nie ma mowy, ale wyraża swoje poglądy w sposób niezwykle dynamiczny i autentyczny.
Powiedz mi na koniec - cieszysz się, że cię nie wycięto ze "Smoleńska"?
- No widzisz, prawda jest taka, że w ogóle nie było takiej kwestii. Czytałam gdzieś, że umieram ze strachu, że mnie wytną, tymczasem ani przez moment nawet o tym nie pomyślałam. Miałam raczej wątpliwości, czy w ogóle dojdzie do premiery, bo były problemy finansowe i nie było wiadomo, czy to się zepnie. Wracając do mnie - niejeden raz wycięto sceny, w których grałam. To w kinie normalne, nie tylko w moim przypadku. Jak większość aktorów "ja tu tylko sprzątam". Nie pytaj mnie więc też o szczegóły postprodukcyjne filmu, bo nie mam o nich pojęcia. Wykonałam swoją pracę i koniec.
Myślisz, że teraz całe szkoły powinny chodzić do kin, żeby oglądać efekty pracy twojej i tej ekipy?
- Uważam, że nikt nie powinien być przymuszany do chodzenia do kina na jakikolwiek film. Jestem temu przeciwna. Czy to jest film, który dzieciaki koniecznie muszą obejrzeć? Nie jestem przekonana. Wydaje mi się, że to raczej film dla dorosłych, którzy potrafią bardziej wnikliwie oceniać pewne rzeczy.
Anna Samusionek. Absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie. Zadebiutowała rolą Zosi w "Darmozjadzie polskim", za którą dostała nagrodę na festiwalu w Gdyni. Za grała m.in. w " Och, Karol 2", w " Pitbullu" i w " Plebanii". Obecnie możemy ją oglądać w serialu TVN Na Wspólnej". W filmie " Smoleńsk" wcieliła się w rolę prawicowej dziennikarki.
Angelika Swoboda. Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.
r e me de la cr e me