Rozmowa
Julia Kijowska i Klara Kochańska (fot. materiały prasowe)
Julia Kijowska i Klara Kochańska (fot. materiały prasowe)

Mieszkam w kamienicy na Woli, w której kręciłaś film "Lokatorki", i mam wrażenie, że ta historia naprawdę mogłaby się tam wydarzyć. Sporo tam biedniejszych ludzi, ale powoli zaczynają się wprowadzać młodzi, skuszeni niskimi cenami w samym centrum.

- Szukałam budynku, który byłby takim wielkomiejskim potworem, przytłaczającym bohatera, w którym panuje pełna anonimowość. Ale nie na blokowisku, bo mnóstwo było już filmów na blokowiskach. Chciałam, żeby budynek był w centrum miasta, żeby w tle widać było wieżowce. To jest takie niby warszawskie city , ale spośród tych biurowców przeziera stara Wola, obciążona trudną historią: getto, powstanie i tak dalej. Czuć tu taki pozorny rozdział na ludzi z biurowców, którym się powodzi, i tych z kamienic, którym się nie powodzi.

Pozorny?

O tym przynajmniej chciałam opowiedzieć w moim filmie, zresztą zainspirowanym prawdziwą historią. Kasper (Bajon - przyp. red.), scenarzysta, przeczytał albo zasłyszał gdzieś historię o kobiecie - 35-letniej singielce na dorobku, która jest takim słoikiem, przyjeżdża z mniejszego miasta do Warszawy do pracy. Od lat pracuje w korporacjach na niższych stanowiskach, ale wciąż nie stać jej na własne mieszkanie. Nie ma odpowiednio dużych oszczędności ani wystarczającej zdolności kredytowej. Nie może też liczyć na męża ani pomoc rodziców. Musi wynajmować pokoje albo mieszkania. Po 10 latach pracy jest to dla niej frustrujące.

Julia Kijowska (kard z filmu "Lokatorki")

I ta kobieta podejmuje desperacki krok, żeby coś zmienić w swoim życiu - kupuje mieszkanie na aukcji komorniczej. A nuż to będzie interes jej życia? Opieka społeczna zapewnia ją, że nikt tam już nie będzie mieszkał, bo przydzieliła dotychczasowej lokatorce lokal socjalny. Kobieta idzie do tego mieszkania, spotyka się z lokatorką, która obiecuje, że na pewno się wyprowadzi. Kiedy jednak przyjeżdża już z rzeczami, zastaje zmienione zamki. Nie ma gdzie mieszkać, bo wszystkie pieniądze wydała na to mieszkanie. Stoi pod oknami, czeka na klatce. Nic. W końcu się do tego mieszkania włamuje. A w środku widzi zabarykadowaną kobietę w histerii z chorym dzieckiem, która właśnie wezwała policję, zgłaszając włamanie.

I co teraz? Albo wyrzuci tę kobietę na ulicę własnymi rękoma, a to przecież nie jest takie proste, albo jakoś się dogadają - ona przez jakiś czas jeszcze tam zostanie. Więc zamieszkują razem.

Julia Kijowska (kard z filmu "Lokatorki")

Brzmi jak scenariusz na dobry film społeczny.

Krzyżują się tu różne polskie problemy. Z jednej strony jest dziewczyna na dorobku, której nie stać na mieszkanie, mimo że pracuje w dobrej firmie, z drugiej kobieta z marginesu społecznego, której opieka społeczna nie gwarantuje nawet koniecznego minimum. Spotykają się w tej samej beznadziejnej sytuacji.

Jednak nie chciałam, żeby to był typowy dramat społeczny, który będzie budził wyłącznie rozważania o trudnej sytuacji w Polsce. Takie filmy źle mi się kojarzą. Jest nawet takie określenie "łódzki film" - bieda, alkoholizm i beznadzieja. To filmy, które są skrajnie realistyczne, nie ma w nich warstwy kreacyjnej. Moja babcia, która jest takim zwykłym widzem, zawsze mówi, że nie może chodzić na polskie filmy, bo to ją tylko przygnębia. Więc ogląda niewymagające myślenia seriale, które pokazują rzeczywistość bez żadnych ostrych kantów.

Dlatego chciałam, żeby mój film igrał z różnymi gatunkami. Historia od razu skojarzyła się nam z paryskimi filmami Polańskiego: obie kobiety mają sprzeczne interesy, jedna chce się drugiej pozbyć, a muszą żyć razem na 40 metrach, w bardzo małej, intymnej przestrzeni oddzielonej cienką ścianą, co jest bardzo krępujące.

Julia Kijowska i Beata Fudalej (kard z filmu "Lokatorki")

Ale te kobiety są też zabawne - jedna już planuje, na jaki kolor przemaluje ściany, druga ukrywa, że ciągle używa pokoju współlokatorki, kiedy ta jest w pracy. Według mnie dobrze by było, gdyby film czerpał z rzeczywistości, ale jednak powinna być ona w nim przetworzona przez indywidualny język artysty, który sprawia, że historia zostaje wzięta w nawias i przez to staje się uniwersalna.

To chyba ci się udało. Film wygrał Warszawski Festiwal Filmowy, ale zdobył też nagrodę na festiwalu w Chinach, a ostatnio dostał "studenckiego Oscara", nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej dla studentów szkół filmowych z całego świata. Filmy wyróżnione w studenckim konkursie mają szansę na prawdziwą statuetkę.

Najbardziej się bałam, że zagraniczna publiczność nie zrozumie sytuacji z mieszkaniem. Nie wiem, czy w każdym kraju jest możliwość wykupienia zadłużonego mieszkania. W Warszawie to chleb powszedni - kamienicznicy, komornicy, mieszkania zadłużone, mieszkania odebrane po wojnie przez komunistów. Czasem wydaje mi się, że można by opowiedzieć historię Polski przez historię jednego mieszkania. Pradziad przed wojną wybudował dom, a potem przyszła komuna i mu ten dom zabrano, podzielono wśród robotników, a teraz jego rodzina stara się go odzyskać. To są raczej nasze lokalne problemy.

Ale okazało się, że publiczność gładko przechodzi do porządku dziennego nad tym początkowym faktem, bo najważniejsza jest dla nich przypowieść o tym, że bardzo chcesz coś zmienić w swoim życiu, ale masz pecha. Musisz przyjąć swój los, mimo że jest on nieudany. I to jakoś zbliża te kobiety w ich trudnej sytuacji.

Na Global Chinese Universities Student Film and Television Festival w Hong Kongu "Lokatorki" zdobyły Złotą Nagrodę dla filmu zagranicznego (fot. materiały prasowe)

Ciągle studiujesz?

Oficjalnie wciąż jeszcze jestem studentką Szkoły Filmowej w Łodzi. Muszę do końca grudnia napisać pracę magisterską. Żeby skończyć szkołę, trzeba zrobić film dokumentalny i fabularny oraz napisać pracę.

Jak wygląda praca nad filmem studenckim?

U nas w szkole budżet na film jest dość spory, choć oczywiście nieporównywalny ze zwykłym filmem fabularnym, gdzie w grę wchodzą pieniądze rzędu 4-5 milionów złotych. Na czwartym roku pracujemy nad scenariuszami, które biorą potem udział w konkursie - kilku najlepszym projektom przyznawane są dodatkowe środki. Ja na produkcję filmu miałam w sumie 70 tysięcy, ale oczywiście to było za mało. Producentka Anna Kasińska musiała się nagimnastykować, żeby ten budżet chociaż pozornie zamknąć.

Reżyser, operator i kierownik produkcji to zwykle studenci szkoły, a resztę ekipy - m.in. aktorów, scenografa, kostiumografa, makijażystę - trzeba znaleźć samemu. Pracują za symboliczne stawki. Na takim filmie nikt z ekipy kreatywnej nie zarabia.

Klara Kochańska (fot.materiały prasowe)

A jak produkcja filmów wygląda w szkołach za granicą?

- Spotkałam innych studentów na festiwalach w Chinach i Karlowych Warach, m.in. z USA, i doszłam do wniosku, że w Łodzi mamy bardzo komfortową sytuację. Oni muszą sami szukać pieniędzy na swoje filmy dyplomowe. Albo zaciągają długi, albo ktoś inwestuje w produkcję. A u nas w szkole jest też wielki dział montażu, w którym pracują szkolne montażystki, mamy sprzęt, dźwiękowców, nawet halę, gdyby ktoś miał pomysł, żeby nakręcić coś w hali.

Myślę jednak, że film studencki zawsze powstaje w większym chaosie niż zwykła produkcja. Sami mieliśmy kilka wypadków na planie i śmialiśmy się, że mamy takiego samego pecha, jak bohaterka filmu. Rekwizytor skręcił nogę, kierowniczka produkcji uderzyła się w głowę, zwierzak, który występuje w filmie, akurat miał efekt poszczepienny, winda się zepsuła. I w takich sytuacjach, jeżeli nie masz budżetu, nic nie możesz zrobić. Przecież nie weźmiesz innej osoby. Pod koniec zdjęć plan wyglądał tak, że sama robiłam klapsa i sprzątałam.

Kiedyś kręciłam próbną scenę do innego, profesjonalnego już filmu i jak się skończył plan, to kierownik powiedział do mnie: "Idź już na kawę!". Bo ja tam stałam i zwijałam kabelki. Na planie studenckim większość osób pracuje za darmo, więc masz poczucie, że nie możesz innych zostawić z bałaganem. Na koniec musieliśmy odmalować mieszkanie, w którym kręciliśmy, więc w sylwestra do godziny 19 malowaliśmy. Ale to i tak jeszcze nie był mój najtrudniejszy plan.

W Karlowych Warach (fot. materiały prasowe)

Bywało gorzej?

- Ostatnio zrobiliśmy inny film fabularny, częściowo z tą samą ekipą, co "Lokatorki", bo brali w nim udział też Julia Kijowska, Zuzanna Kernbach, Kasper Bajon. Dołączyli do nas Julian Kernbach i Piotr Borowski. Obraz opowiada historię młodego małżeństwa, które jedzie na granicę grecko-macedońską, do Idomeni. Ich szlak krzyżuje się ze szlakiem uchodźców, którzy idą z południa. Jest to opowieść o różnych przyczynach wędrówki, migracji i o "barbarzyńcach", którzy już zaraz mają wejść, jak pisał Kawafis, a których już nie ma. A może byli dla nas jakimś rozwiązaniem?

Ponadto bardzo nam zależało, żeby wprowadzić do polskiego kina nowy typ bohatera, który nie byłby "białym" Polakiem, tylko miał inny kolor skóry. Jeszcze za komuny do Polski na uniwersytety i akademie przyjeżdżali studenci z krajów arabskich, których dzieci żyją obok nas i są Polakami. I też mają prawo mieć w kinie polskim swojego bohatera. Dlatego jedną z głównych ról gra Piotr Borowski, który ma inne emploi i szczególną historię życia.

Klara Kochańska na planie filmowym (fot. materiały prasowe)

Jak wyglądał plan tego filmu?

Pojechaliśmy tylko w sześć osób na osiem dni na Bałkany busikiem w składzie: dwóch reżyserów, dwóch operatorów i dwóch aktorów, ale pełniliśmy najróżniejsze funkcje. Dotarliśmy do Grecji przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię i Macedonię. W jedną z ról epizodycznych wcielił się aktor znany z filmów Kusturicy Bajram Severdzan.

Podczas tego wyjazdu nakręciliśmy dużo materiału. Mieliśmy scenariusz, ale liczył tylko 40 stron, zakładaliśmy, że to będzie jedynie rama, chcieliśmy, żeby aktorzy dużo improwizowali. Kręciliśmy ten film z otwartością na proces, a nie na efekt - uważni na to, co się dzieje, co spotykamy po drodze. Nie udajemy w nim świata, a "przyłapujemy świat na gorącym uczynku" - w danym czasie, w danej przestrzeni. Chcieliśmy się też przez ten film skonfrontować z obecną sytuacją w Europie, bo tutaj w kraju mamy jej wykrzywiony i zapośredniczony przez media obraz. Producentką filmu jest Agnieszka Kurzydło z MD4, która miała na tyle fantazji i siły, by nam zaufać. Natomiast finansowo poza nią wsparli nas jeszcze prywatni inwestorzy. Ale zrobiliśmy te zdjęcia za minimalne pieniądze.

Julia Kijowska i Klara Kochańska na planie filmowym (fot. materiały prasowe)

Musiało ci bardzo zależeć na tym filmie.

To jest film w jakimś sensie w poprzek systemowym rozwiązaniom. Nie chciałam czekać miesiącami na dofinansowanie, "przepychanki" z komisjami... Poza tym wydawało nam się niesmaczne branie grubej kasy na film dotykający tematu ludzi, którzy umierają z pragnienia na granicach Europy, którzy uciekają z bombardowanych miast, a my ich nie chcemy wpuścić do kraju i dać im kawałka chleba. Poza tym ten film musiał powstać teraz. Był też twórczym odreagowaniem na odrzucenie mojego innego scenariusza przez PISF.

Co to za scenariusz?

To historia o takiej współczesnej "Pannie Nikt". Bohaterka to jakby Justyna z "Lokatorek" dziesięć lat później, kiedy zaczęło jej się powodzić. Pracuje w korporacji na bardzo wysokim stanowisku w marketingu. Dostaje awans i nagle bez większej przyczyny zwalnia swoją koleżankę, z którą siedzi w pokoju, a którą zna jeszcze z dzieciństwa. Jest typem prymuski, która chce zawsze podejmować najbardziej właściwe decyzje, a od tego momentu w jej perfekcyjnie poukładanym życiu wszystko zaczyna się sypać. Im bardziej się stara, tym jest gorzej.

Chciałabym, żeby film był w klimacie Paula Thomasa Andersona albo Davida Cronenberga. Takie zimne, cyniczne, nie do końca poważne kino, pełne drobnych tragikomicznych sytuacji.

Ten scenariusz spodobał się w większości młodszym filmowcom i ekspertom, ale nie starszej gwardii. Może dlatego, że współcześni bohaterowie przedstawieni w tej historii nie mają wyrazistego kręgosłupa moralnego, ich motywacje nie zawsze są logiczne, a ja ich nie usprawiedliwiam. Spotkałam się nieraz z przekonaniem, że jeśli bohater nie postępuje szlachetnie, powinniśmy wiedzieć dlaczego, zrozumieć go. Ja uważam, że nie każdego bohatera da się lubić i nie do każdego filmu ten schemat można przyłożyć. Skrajnym takim przypadkiem jest np. film "Funny Games".

Julia Kijowska (kard z filmu "Lokatorki")

W tym scenariuszu, tak samo jak w "Lokatorkach" i w twoim dokumencie "Królowa śniegu", przewija się motyw singielki z wielkiego miasta, która pracuje w korporacji. Dlaczego ta postać tak cię pociąga?

- Większość ludzi w miastach pracuje dzisiaj w firmach, w bankach, usługach. Korporacje są na każdym kroku, nawet tam, gdzie ich pozornie nie widać - sieciowe salony fryzjerskie, hotele, kawiarnie. Człowiek korporacji to typowy człowiek miejski naszych czasów. A ja opowiadam o klasie średniej, bo sama się w niej wychowałam, mój tata jest prawnikiem. Nie będę w tej sytuacji robić filmów o górnikach ze Śląska. Nic o nich nie wiem. A dlaczego singielka? Człowiek skupiony na sobie, który pozornie sam jest sobie sterem i okrętem, do niedawna był mi bardzo bliski. Jestem jedynaczką i dopiero jak zostałam mamą, życie zmusiło mnie do tego, żebym wyszła bardziej do świata, podzieliła się sobą.

Młodzi filmowcy pracują przy reklamach albo serialach, a w wolnej chwili realizują autorskie filmy. A ty?

Większość z nas chciałaby kręcić głównie rzeczy ambitne, ale często tak się nie da. Dopóki jesteś sama, możesz jechać na kredycie, ale jak masz rodzinę i dzieci, to prace, które nie przynoszą dochodów, zaczynają być bardzo frustrujące i przestajesz je lubić, bo więcej ci sprawiają problemów, niż przynoszą pożytku. Ja nie miałam na razie możliwości regularnie pracować - studiowałam, kręciłam etiudy, teledyski, miałam drobne fuchy i zajmowałam się dzieckiem. Kto wie, może "studencki Oscar" spowoduje, że zacznę dostawać zlecenia.

Film "Lokatorki" będzie można zobaczyć na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. Pokazy zostały przewidziane w dniach: 21 września (o godzinie 17.30) i 22 września (o godzinie 15.00).

 

Klara Kochańska . Urodzona w 1984 r. w Krakowie. Studiowała pięć lat na Uniwersytecie Warszawskim w Kolegium Międzywydziałowych Interdyscyplinarnych Studiów Humanistycznych. Od 2009 r. studentka reżyserii w PWSFTviT w Łodzi. Jest autorką krótkich filmów pokazywanych i nagradzanych na festiwalach w Polsce i zagranicą oraz emitowanych w telewizji. Jej fabularny film dyplomowy "Lokatorki" zdobył m.in. główną nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Krótkich Metraży na 31. Warszawskim Festiwalu Filmowym, główną nagrodę na Festiwalu Studenckim w Hong Kongu, Grand Jury Prize w Xining i był prezentowany na 51. Międzynarodowym Festiwalu w Karlowych Warach. 22 września film otrzyma w Los Angeles prestiżową nagrodę Student Academy Award od Amerykańskiej Akademii Filmowej w kategorii Foreign Narrative.

Urszula Jabłońska . Reporterka współpracująca z "Dużym Formatem" i "Wysokimi Obcasami". Współzałożycielka stowarzyszenia reporterów "Rekolektyw".

(fot. Publio.pl)