Rozmowa
Vienio (fot. Tomasz Karwiński)
Vienio (fot. Tomasz Karwiński)

"Iść swoją drogą, nie dać satysfakcji wrogom" - głosi słynny cytat Molesty. Zaczynałeś tworzyć w tym legendarnym dla polskiego hip-hopu zespole, z biegiem lat decydując się na coraz więcej eksperymentów z formą. Poza muzyką realizowałeś się jako dziennikarz, autor programu kulinarnego "Ślinotok", a ostatnio nawet jako uczestnik reality show. Jak widzisz swoją życiową drogę i czy ludzi nie drażni przypadkiem jej różnorodność?

- Wytyczam własny szlak. Osoby ze świata hip-hopu może szokować i mierzić, że mam program kulinarny czy byłem w reality show "Agent". Dla mnie aktywności niezwiązane z muzyką są odpoczynkiem od rutyny. Wietrzą mi głowę. Przy tym wszystko robię w ramach pasji, bo trzeba być ze sobą szczerym.

Raperzy na Instagramie pokazują, jak biegają maratony czy chodzą na siłownię. A ja gotuję. Nie zamierzam tego ukrywać, dlatego każdy, kto kupi moją płytę "HORE", dostanie dziesięć przepisów w postaci kart, które znajdują się w pudełku z albumem.

Vienio (fot. Tomasz Karwiński)

Twój wizerunek ucierpiał przez to, że zdecydowałeś się wziąć udział w programach "Agent" i "Top Chef"?

- Niektórzy zarzucają mi, że się sprzedałem, albo że woda sodowa uderzyła mi do głowy. Pamiętajmy jednak, że czasy się zmieniły. Hip-hop stoi logotypem. Każdy teledysk kręci się ze sponsorem. Raperzy robią za lektorów w reklamach telewizyjnych. Product placement w ich życiu jest wszechobecny. Często zdarza się na przykład, że producent obuwia płaci za to, żeby raper pokazał jego produkt w społecznościówkach.

Kogoś może oburzać, że wystąpiłem w "Agencie", ale ja miałem akurat przestój przed premierą płyty i przeżyłem superprzygodę w Afryce, gdzie kręciliśmy. Nie pchałem się nigdzie, nie chodziłem na castingi, po prostu dostałem telefon z propozycją.

 

Z kolei płyta, którą nagrałeś, jest alternatywna, ciężka. Musisz sobie zdawać sprawę z tego, że idąc w taki klimat, tracisz na starcie duże grono słuchaczy.

- Jak postawię kropkę nad tekstem, to znaczy, że jestem w zgodzie z samym sobą. Dla mnie to jest najważniejsze. Nie po to chodzę na siłownię, by śledziły mnie małolatki, a po to, by czuć się lepiej z samym sobą. A odpowiadając bezpośrednio na twoje pytanie - to nie jest takie oczywiste. Zobacz, że taki artysta jak Tyler the Creator przebił się do masowej świadomości, robiąc bardzo alternatywny hip-hop. Ciężko przewidzieć, jak zareaguje słuchacz, dodatkowo wiele zależy od tego, jaką się ma promocję.

Masz wrażenie, że słuchacz chciałby dziś decydować o wyborach artysty?

- Radykalizm w hip-hopie jest mocny. Publika chciałaby widzieć raperów zgodnie ze swoimi wyobrażeniami. Jakby słuchacze nie mogli zaakceptować, że to są normalni, wielowymiarowi ludzie. Jeden łowi ryby, drugi kolekcjonuje buty, a trzeci jeździ na snowboardzie. Słuchacze zaś ciągle chcą etosu "rapera umartwionego", który ma być zanurzony tylko i wyłącznie w sosie tej kultury. Nawet nosa ma nie wystawiać! A najlepiej, żeby jeszcze siedział w więzieniu i handlował narkotykami. To jest "prawdziwy" raper. Jednak ja mam twardy pancerz i nie za bardzo się przejmuję takimi rzeczami. Staram się wybierać drogę środka i ani nie daję się zwariować krytyce, ani nie rozpuszczam się od pochwał.

Powiedziałeś, że radykalizm w hip-hopie jest wyraźny. Często dostaje ci się od słuchaczy za poglądy ? Na twoim fanpage'u przeczytałem skierowany do ciebie komentarz: HORE to są lewackie poglądy "uliczniku". Ulica zawsze była prawa.

- Szczerze? Do tej pory nie wiem, co znaczy być "lewakiem". Staram się przepchnąć ludziom ideę, że nie z "prawa czy lewa", a "z serca". Próbuję być humanistą, osobą, która myśli przede wszystkim o innym człowieku. Nie widzę muzułmanina, lesbijki, czarnoskórego; widzę człowieka. To jest moje podejście.

(fot. Tomasz Karwiński)

"Wolny umysł jest mi opoką" - takie zdanie wypowiadasz na "HORE".

- Jest też tutaj zaczerpnięcie z filozofii wolnomularstwa - oceniajmy się z poziomu człowieka. Jeśli zaś będziemy sobie wypominać rasę, pochodzenie, wiarę, orientację seksualną - wtedy sobie nie pogadamy. Co, jeśli na siłę będziesz chciał zmienić moją wiarę? Nie znajdziesz we mnie przyjaciela. Ale jeśli mnie wysłuchasz i zaakceptujesz, to pomimo różnic możemy się dogadać.

Smutne jest w naszym kraju to, że wszyscy tak walczyli o demokrację, a teraz chcą niektórych z niej wykluczać. Utwór "Manifest Normalsów" z mojej nowej płyty jest o wykluczeniach. Skomentuję teraz postawę Kościoła katolickiego odnośnie do prawa do aborcji: łapy precz od kobiet! Kto żyje w celibacie, nie może opowiadać mi, jak traktować kobietę.

Szanuję nauki Chrystusa, ale do instytucji polskiego Kościoła mam poważne zarzuty.

Czemu twoim zdaniem obecna władza tak mocno trzyma się Kościoła?

- Wszystko ma swoje podstawy. Najpierw PiS prosił o poparcie w wyborach, a teraz spłaca długi. Zarówno sprawy aborcji, jak i ziemi [w kwietniu Sejm uchwalił ustawę, wedle której obrót prywatnymi gruntami rolnymi jest ograniczony, ale nie dotyczy to Kościoła - przyp. red.] jasno to pokazują. Władza - zamiast zająć się naprawą służby zdrowia czy systemu edukacji - zabiera się do propagandowych projektów projekty. Politycy chcą się upoić władzą.

Gdzie jeszcze widzisz wypaczenia?

- Zobacz, ile wartościowych i rzetelnych osób straciło pracę w mediach czy instytucjach kultury. W NCK był to dyrektor Krzysztof Dudek, w Programie I Polskiego Radia Kamil Dąbrowa, Max Cegielski. Co tu się kur**a dzieje? A pani w PiSF, która będzie teraz przyznawała dotacje, podobno zagrała stewardesę w filmie "Smoleńsk". Co to za autorytet, by mówić, że jakiś scenariusz jest dobry? Krew się gotuje.

(fot. Tomasz Karwiński)

Skoro jesteśmy przy tematyce filmowej... Jakbyś miał przełożyć swoją nową płytę "HORE" na ekran, to jaki twórca najlepiej oddałby jej klimat?

- Lars von Trier, Darren Aronofsky, może David Lynch? Myślę, że jednak jest tu trochę reportażu charakterystycznego dla polskiej szkoły dokumentu. Tak kręcił Krzysztof Kieślowski. Bohatera filmu dokumentalnego się nie reżyseruje, on zawsze jest prawdziwy, co sprawia, że narracja jest wiarygodna.

Koncept narracji albumu opiera się na tym, że mówisz głosem ludzi skrajnie doświadczonych przez życie, m.in. chorych psychicznie, bezrobotnych. Bliżej tutaj do dokumentu niż do fabuły?

- Nie, bo ja się zabawiłem w reżysera. Depresji nie przechodziłem, leków psychotropowych nie brałem oraz nie byłem nigdy bezrobotny. W "Chorych Myślach" czy "Niepełnosprawnych emocjonalnie" wczuwam się w postacie dotknięte tego typu tragediami. To nie są moje emocje i odczucia, choć je opowiadam.

 

Ten sposób pisania dał ci wolność?

Tak, pierwszy raz zrezygnowałem z formy "ja". Narracja w hip-hopie często jest podobna: jestem stąd, to mnie dotyczy, moja zajawka etc. Wszystko kręci się wokół ciebie. Tym razem postanowiłem pomyśleć czyjąś głową, połazić w nie swoich butach i zobaczyć, jak to będzie. Forma filmu dokumentalnego jest tutaj kluczem. Obrazy Tomasza Wolskiego czy wspomnianego już Kieślowskiego są zawsze o niecodziennych postaciach, lekko "połamanych" przez życie. Wszystko doprawia obserwacja czasów dzisiejszych, która składa się na tło opowiadanych przeze mnie historii.

Tworząc hip-hop od samych początków tej kultury w Polsce, też spotykałeś się z wykluczeniem. "Media nie chciały z nami relacji, my nie chcieliśmy ich akceptacji / Głos akceptacji naszego pokolenia, był najważniejszy w procesie tworzenia" - nawijałeś w 2003 roku. Opowiedz proszę o tym kontraście towarzyszącym początkom rapu w Polsce, kiedy to media ignorowały kulturę, którą żyły setki tysięcy dzieciaków.

- To był ciekawy czas. Myślę, że ta stygmatyzacja była motorem napędowym biznesu hip-hopowego. Podziwiam przedsiębiorców hip-hopowych. W przeciwieństwie do ogółu, mnie cieszy sukces innych. Spójrz na Sokoła: założył swoją wytwórnię , konsekwentnie ją prowadził i teraz firmy ustawiają się w kolejce, by z nim współpracować.

Pamiętam, jak parę lat temu z Pelsonem graliśmy w Nowym Jorku koncert i byliśmy umówieni z legendarnym DJ-em Premierem (producent i DJ, którego brzmienie uznaje się za esencję klasycznego hip-hopu - przyp. red.). Przyszliśmy do jego studia z naszymi gadżetami oraz dobrze wyprodukowanym studyjnym albumem i wiem, że dla niego to było imponujące, że pojawiają się koledzy po fachu z Europy Wschodniej, którzy działają prężnie i profesjonalnie. A jak jeszcze pochwalił, że nasza płyta brzmi dobrze - to było przeżycie. Dla hip-hopowca wizyta w studiu Premiera jest jak audiencja u papieża w Watykanie (śmiech ).

Widziałem cię rok temu na premierze "Antologii Polskiego Rapu" wydawanej przez Narodowe Centrum Kultury, gdzie podkreślałeś, jak długą drogę przebyła kultura hip-hop w naszym kraju.

- Rozumiem, że przez pierwszych parę lat, gdy rodził się nowy prąd, instytucje kulturowe mogły tego nie zauważać. Przez kolejnych parę lat ich przedstawiciele zastanawiali się, czym jest ten cały hip-hop. Choć już miałem wrażenie, że jakiś szacunek się nam należał. Po dwudziestu latach te same poważne instytucje dają nam pieniądze na robienie płyt. To jest jednak normalna droga, jak w naturze. Na początku są korzenie, potem gleba i ściółka, młode łodygi, a na końcu spadają owoce z drzewa.

(fot. Tomasz Karwiński)

Twoje korzenie to uliczna stylistyka Molesty, ale mnie ciekawi, kiedy odezwał się w tobie humanista, jak sam się wcześniej określiłeś.

- Molesta zaczynała, tworząc jako tzw. "głos ulicy". To jeszcze było tak, że w tamtym okresie mało klubów chciało zapraszać nasz zespół, więc graliśmy po domach. Zawsze coś zginęło albo ktoś dostał w mordę. Zaczęło mnie to męczyć, nie było to fajne.

W międzyczasie zacząłem obserwować, jak scena obrasta w kolejne zespoły, które serwują słuchaczom odmienne podejście. Pojawił się rap intelektualny, balangowy, sentymentalny. Zupełnie inny niż nasz. Zauważyłem, że jest pełno pól na tej planszy, po których można się poruszać, że nie muszę tkwić na polu z napisem "ChWDP". Dodatkowo zawsze słuchałem bardzo różnorodnego rapu z USA. No bo jak się mają ekwilibrystyczne i szalone rymy Busta Rhymes do nauczającego Guru? Świadomy przekaz i jazz Tribe Called Quest do bandziorki i hard core'u Mobb Deep? Zrozumiałem wtedy, że "na tej scenie dzieciak jeszcze miejsce zostało" i mogę robić taki hip-hop, jaki mi w duszy gra.

Bolesne było to przejście od uwielbienia słuchacza dla Molesty do ostracyzmu związanego z twoimi eksperymentami?

- Nie. Sokół kiedyś powiedział, że zazdrości nam tego, że mogliśmy zejść z tego piedestału ulicznego hip-hopu i sobie nic z tego nie robić. Trzeba jednak pamiętać, że tylu fanów, ilu straciliśmy, tylu zyskaliśmy.

Pamiętam też pretensje słuchaczy, gdy pojawiły się pierwsze płyty z Pelsonem (trylogia "Autentyk" - przyp. red.) i nasłuchałem się, że nie tworzę już ulicznego rapu. Chciałbym przy okazji zauważyć, że to my z Pelsonem jako pierwsi wychodziliśmy na scenę z żywym zespołem! Teraz każdy raper (Ten Typ Mes, Łona, Eldo) gra z instrumentalistami. Jak widać na moim przykładzie, pionier ma zawsze najgorzej.

Z kolei ty pionierów lubisz doceniać. Parę lat temu całą płytę "Profil Pokoleń" poświęciłeś na interpretowanie utworów takich zespołów jak Kapitan Nemo, Dezerter czy Brygada Kryzys. A jak doszło do nagrania rapowej wersji "Naszej Klasy" Jacka Kaczmarskiego?

- Na kanwie utworu śp. Jacka dopisałem dalszą część tekstu. Zawsze byłem typowym "kaczmarofilem", więc naturalnie przyszedł mi pomysł, który przedstawiłem Pelsonowi. Ten nie czuł się zbyt mocny z twórczości Kaczmarskiego, ale powiedziałem mu: - To nie ma znaczenia, patrz na tekst. Byłeś w szkole? Miałeś swoją klasę? Rozeszliście się w swoje strony? Każdy mógłby się do tego odnieść, każdy był kiedyś uczniem w szkolnej ławce. Później te drogi się rozchodzą i ciekawie się nad tym zastanowić. Tekst Kaczmarskiego jest genialny i aż prosił się o dopowiedzenia w kontekście następnego pokolenia.

 

A co się obecnie dzieje z Molestą? Niedawno w wywiadzie powiedziałeś, że zespołu już nie ma. Wydaje mi się, że rozwiązanie grupy z taką historią mogłoby odbyć się z większą klasą. Jeszcze dwa lata temu z pompą świętowaliście kolejną rocznicę istnienia, a teraz...

- Od dawna każdy z nas miał własny pomysł na siebie. Wyraźne były brak wspólnoty i rozbieżność w inspiracjach. Rozeszło się to jakoś wszystko w ostatnich latach; miałem wrażenie, że zespół ledwo się trzyma. Nie było fajnego klimatu. Nie mam do kolegów urazy, chyba naturalnie się to wypaliło. Smutne jest jednak to, że historia takiego zespołu skończyła się nagle. Widać, że nie było chęci do dalszego dialogu.

Piotr "Vienio" Więcławski. Raper, DJ, producent, dziennikarz, reżyser i aktor. Urodzony w 1977 roku w Warszawie. Przez wiele lat współtworzył hip-hopowy zespół Molesta Ewenement, w którym zaczynał karierę w połowie lat 90. Debiut grupy pt. "Skandal" z 1998 roku uznawany jest za jedno z najważniejszych wydawnictw w polskim rapie. Razem z kolegą z Molesty, Pelsonem, wydał eklektyczną trylogię "Autentyk", na której znaleźli się m.in. Novika, Tomek Lipiński, Andrzej Smolik, Gutek z zespołu Indios Bravos. Raper wystąpił w filmach Xawerego Żuławskiego "Chaos" oraz "Wojna polsko-ruska", wyreżyserował krótkometrażowy dokument "Przeblaski" poświęcony Sławomirowi Gołaszewskiemu. W 2013 roku artysta wydał album pt. "Profil Pokoleń vol.1", na którym interpretował nagrania z ostatniej dekady PRL, odświeżając utwory m.in. Dezertera, Lecha Janerki czy Apteki. Vienio współpracował z takimi wykonawcami, jak: O.S.T.R, Kapela ze Wsi Warszawa, Cool Kids of Death, Maleo Reggae Rockers, Izrael, Łona.

Bartek Strowski. Aspirujący scenarzysta, fanatyk NBA, kolekcjoner płyt i ciężkostrawnych przyzwyczajeń. Przeprowadzał wywiady dla CGM.pl, Enter the Room.pl oraz na antenie Trójki Polskiego Radia w audycji "Soul Muzyka Duszy" Hirka Wrony. Prowadzi fanpage Discmen.

(fot. Publio.pl)