Rozmowa
Świątynia Baalszamina. ISIS wysadziło ją w 2015 r. (fot. Bernard Gagnon / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)
Świątynia Baalszamina. ISIS wysadziło ją w 2015 r. (fot. Bernard Gagnon / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Pamiętasz swoje pierwsze wykopaliska?

- Byłam wtedy na studiach, miałam odbyć studenckie praktyki w Nea Paphos na Cyprze. Sam wyjazd do kraju kapitalistycznego stanowił wtedy, w latach osiemdziesiątych, wielką atrakcję. Podróż ciągnęła się jak Odyseja: jechaliśmy pociągiem do Sofii, kolejnym do Salonik, stamtąd stopem do Aten i wreszcie promem na Cypr. Tak było najtaniej.

Ciągle mieliśmy jakieś przygody. Żeby dostać się do Aten, zatrzymaliśmy dwie ciężarówki z arbuzami. Było nas troje, musieliśmy się rozdzielić, ja z koleżanką w jednej, kolega w drugiej. Ta nasza zepsuła się gdzieś w szczerym polu! Nie było wtedy komórek, my nie mówiłyśmy po grecku, a kierowca nie znał słowa po angielsku. Ale udało nam się dotrzeć do Aten i znaleźć kolegę. Czekał na nas na dworcu kolejowym, choć wcale się tam nie umawialiśmy.

Na temat zawodu archeologa krąży mnóstwo wyobrażeń. Jak inne są od tego, co się naprawdę dzieje na wykopaliskach?

- Dramatycznie inne. Zazwyczaj wyobrażamy sobie, że elegancko wystylizowany gość w typie Indiany Jonesa stoi nad wykopem i mówi robotnikom, gdzie mają pracować. Tak było w latach 30. zeszłego wieku, można o tym poczytać na przykład we wspomnieniach Agathy Christie, która była żoną jednego z najsłynniejszych brytyjskich archeologów, Maksa Mallowana. Dziś robotnicy pomagają wyłącznie w ciężkich pracach, takich jak usunięcie zawaliska kamieni. Ale zdarzają się i tacy, którzy przy wykopaliskach pracują od kilku pokoleń i służą cenną radą typu: Ziemia jest tu ciemniejsza, za chwilę coś zacznie wychodzić.

Co to znaczy, że "coś zacznie wychodzić"?

- Że pod warstwą ziemi będzie podłoga, mur albo inny element budowli. Ale ziemia nie zawsze musi być ciemniejsza w takich miejscach, czasem bywa jaśniejsza, czasem bardziej wilgotna, czasem bardziej sypka... Nie ma reguły, dlatego tak cenna jest wiedza ludzi, którzy pracują na wykopaliskach od lat.

Marta Guzowska (fot. Szymon Kobusiński)

Ostatecznie jednak to archeolog sam kopie kilofem, delikatnie zdejmuje dziesięciocentymetrowe warstwy. Ziemię wrzuca się na taczkę łopatą. Po zdjęciu wierzchnich warstw kilof i łopatę zamienia się na szpachelkę i pędzelek. A jeśli wykopujemy starożytny grób, trzeba być jeszcze bardziej delikatnym - kości się omiata, nie wolno ich skrobać, żeby nie wprowadzić w błąd antropologa, który będzie badał ślady na szkielecie. Potem trzeba jeszcze sporządzić dokumentację, wypełnić setki kart, wszystko pomierzyć.

Najbardziej lubię dotykać ziemi i samych zabytków. I ten moment, kiedy uderzam szpachelką i wiem, że tam pod spodem coś jest... To naprawdę ekscytujące.

Wzrusza cię, że znalazłaś coś sprzed tysięcy lat?

- Tak! I że nikt tego nie dotykał przez cały ten czas. Jestem prehistoryczką, nie grzebię w starożytnym Rzymie czy Grecji, tylko w o wiele dawniejszych warstwach, takich sprzed co najmniej trzech tysięcy lat. Ciągle mnie zachwyca fakt, że robię to własnymi rękami.

Skąd wiadomo, gdzie warto kopać?

- To nie jest wiedza tajemna. Jeśli pod ziemią znajduje się stanowisko archeologiczne, na powierzchni zazwyczaj są jakieś jego ślady: drobne narzędzia, skorupy glinianych naczyń, wydobywane z gleby podczas orki albo wymywane przez ulewne deszcze. Na całym świecie prowadzi się tzw. badania powierzchniowe: archeolodzy idą tyralierą i zaznaczają na mapie, gdzie coś znaleźli. Potem sprawdzają, z jakiego okresu są te znaleziska i mają już niezłe pojęcie o tym, co można w danym miejscu wykopać. Sporządza się specjalne mapy, które wraz z postępem nauki uzupełnia się o nowe dane. Każdy kraj ma taką mapę archeologiczną.

U stop wąwozu Ha na Krecie położone jest stanowisko Halasmenos. To właśnie tam archeolodzy zmyli szczotkami dekorację skorup. Po lewej - ceramika (fot. archiwum prywatne)

Gdzie w Polsce jest coś do wykopania?

- Wszędzie! Od morza po góry. Często czytam newsy dotyczące odkryć na terenie Polski - są imponujące. Od neolitu po średniowiecze. Do Polski przyjeżdżają na wykopaliska badacze z europejskich instytutów archeologicznych oraz studenci na wymianę. Ja jednak zajmuję się wschodnią częścią basenu Morza Śródziemnego, kulturą egejską. Chociaż żadna z tych kultur nie istniała w próżni, one w jakiś sposób - nie do końca wiemy w jaki - kontaktowały się ze sobą. Na przykład w Grecji epoki brązu, czyli w drugim tysiącleciu p.n.e.,  pojawia się bursztyn, pochodzący przecież z północy Europy. Ktoś musiał go przewieźć nad Morze Śródziemne. Bursztyn to ogromnie ciekawe znalezisko, będzie o nim więcej w mojej kolejnej powieści.

Dlaczego - co wiem właśnie z twoich powieści - tak wcześnie wstaje się na wykopaliskach? Twoi bohaterowie ciągle oglądają świt - to zabieg literacki?

- To brutalna rzeczywistość. Na wykopaliskach zawsze wstaje się najpóźniej o wschodzie słońca, ale często przed świtem. W Izraelu, na pustyni Negew, w dzień temperatura dochodzi do 60 stopni. Nie da się wtedy pracować. Kiedy tam byłam, zaczynaliśmy prace o czwartej rano, kończyliśmy kopać około południa. Potem można było chwilę się przespać i trzeba było siadać do prac dokumentacyjnych. Albo myć dopiero co wykopaną ceramikę.

Jak się myje starożytne naczynia?

- Zwyczajnie: wodą. Często szoruje się skorupy szczotką, bo ziemia czasem przykleja się mocno. Prowadzi to niekiedy do archeologicznych wpadek. Kiedyś, podczas wykopalisk na Krecie, mieliśmy samą niedekorowaną ceramikę, skorupy bez najmniejszego nawet wzorku. Dopiero podczas drugiego sezonu zorientowaliśmy się, że gdybyśmy nie używali szczotek, zobaczylibyśmy przepiękne dekoracje wymalowane na ceramice.

Zmyliście malowidła?

To nie były malowidła, tylko cieniutka warstwa glinianej dekoracji. Kwasowa ziemia zniszczyła tę warstwę, a my dopełniliśmy dzieła. Takie wpadki też się archeologom zdarzają.

Archeolog w podróży. Zawsze trochę smutno jest opuszczać jakieś miejsce (fot. archiwum prywatne)

Co jest miarą sukcesu w zawodzie archeologa?

- Odkrycie czegoś nowego. Ale nie musi to być całe miasto, wystarczy nieznany element, albo teoria spajająca historie, których dotychczas nic nie łączyło.

A ty odniosłaś sukces?

- Tak. I to nawet spory. W Troi zajmowałam się ceramiką, przez moje ręce przechodziły tony skorup, maleńkich kawałeczków, a nie całych, kompletnych naczyń. Odkryłam, że część tej ceramiki nie pochodzi z Troi, tylko została przywieziona z innych części świata. Żeby to potwierdzić, zjeździłam muzea i wykopaliska w wielu krajach. Szukałam śladów, mozolnie porównywałam kawałeczki skorup. A mówimy tu naprawdę o drobnych ułamkach, rzadko miałam do dyspozycji kawałek, który pozwalał mi określić kształt naczynia. Musiałam badać glinę i jej domieszki, sposób wypalenia... Odkryłam, że w Troi są fragmenty naczyń z Egiptu, Jordanii, z centralnej Anatolii (Turcji) i Krety. Badania zajęły mi kilka lat. Dzięki mojemu odkryciu wiemy, że te wszystkie rejony miały kontakty z Troją. Przedtem nie mieliśmy takiej wiedzy.

Czy dostać się na wykopaliska do Troi może każdy pracownik Uniwersytetu Warszawskiego?

- Pewnie nie. U mnie zadecydował czysty przypadek. Wszystko zaczęło się dosyć dramatycznie. Rozstałam się z ważnym dla mnie mężczyzną, co było bardzo bolesnym przeżyciem. Czułam, że muszę wyrwać się z Warszawy, zmienić klimat, i to szybko. Poszłam do biura współpracy z zagranicą na UW i powiedziałam, że chcę wyjechać na dwa tygodnie do jakiejś dobrej światowej biblioteki, bo mam do skończenia artykuł. Tak znalazłam się w Tybindze, małym, ale ważnym niemieckim miasteczku uniwersyteckim, gdzie znajduje się centrum badań na starożytną Troją. Któregoś dnia naukowiec, który się mną tam opiekował, spytał, czy nie chciałabym poznać słynnego profesora Manfreda Korfmanna, szefa wykopalisk w Troi. Oczywiście że chciałam. W archeologii Korfmann był jak prezydent Obama w świecie polityki.

Kiedy archeolog nie pracuje, na pewno siedzi w knajpie. Tu Marta Guzowska z przyjacielem Ivanem Gatsovem, po którym imię (ale nie charakter!) dostał jeden z bohaterów "Chciwości" (fot. archiwum prywatne)

Przedstawiłam mu się, wypytał, czym się zajmuję i nagle spytał: Umie pani rysować? Jego rysowniczka była w ciąży i nie mogła jechać do Troi w następnym sezonie. Zaproponował mi zastępstwo. Rysownik to mało prestiżowe zajęcie, ale ja byłam gotowa myć podłogi, byle w Troi. Kiedy przyjechałam, okazało się, że Korfmann znalazł jednak kogoś innego do rysowania i chce, żebym ja opracowywała ceramikę, czyli robiła dokładnie to, czym się zajmowałam. Czysty przypadek, wielkie szczęście.

Czyli gdybyś nie przeżyła zawodu miłosnego, nie odkryłabyś, że między starożytną Troją i Kretą kursowały statki?

-  Słuszna teza. Już po pierwszym sezonie prac wpadłam na pomysł z tymi importami ceramicznymi, chociaż wtedy nie potrafiłam tego jeszcze udowodnić. To tak, jak w kryminałach: już wiedziałam, kto jest podejrzany, ale nie miałam dowodów, które mogłabym przedstawić w sądzie. Tuż przed powrotem do domu pokazałam Korfmannowi te niepasujące do trojańskich skorupy, opowiedziałam o mojej teorii, a on zaproponował, żebym na stałe została w jego ekipie.

Bardzo się później zaprzyjaźniliśmy, często w weekendy jeździliśmy oglądać okoliczne stanowiska albo siedzieliśmy godzinami w knajpie. Korfmann traktował swoich stałych współpracowników jak rodzinę. Do dziś żałuję, że nie zdążył poznać moich dzieci: przyjechałam na wykopaliska w ciąży, ale on był już wtedy bardzo chory, kilka tygodni później zmarł.

Mieszkałaś w Turcji, Grecji, Izraelu, w Niemczech, w Danii, na Węgrzech. Gdzie najbardziej lubiłaś żyć?

- W Grecji. Mieszkałam w Atenach i na Krecie. To tam za każdym razem wysiadając z samolotu czy schodząc z promu czuję, że jestem w domu. Może w którymś z poprzednich wcieleń miałam coś wspólnego z kulturą egejską?

Troja - mury obronne (fot. Radomil / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Przez te wszystkie lata nie miałaś potrzeby, żeby gdzieś osiąść?

- Nie. Ja to kochałam. Do tej pory to kocham. Kiedy ze względu na dzieci musiałam w końcu zamieszkać w jednym miejscu, poczułam się uwięziona. Ale nadal pamiętam, jak bardzo lubiłam poczucie obcości, odkrywanie nowych miejsc. Może brzmi to nieco bezdusznie, ale takie życie ma swoje plusy: bez najmniejszych przeszkód asymiluję się w nowym miejscu. Archeolodzy są kosmopolitami, pracujemy w międzynarodowych ekipach i wszędzie mamy kontakty. Mieszkamy tam, gdzie akurat jest praca, teraz w Wiedniu.

Urodziłaś dzieci późno, jesteś związana z o 11 lat młodszym mężczyzną - życie zawsze miałaś pod kontrolą, czy zdawałaś się na to, co przyniesie?

- Zawsze towarzyszyło mi wrażenie, że kompletnie nie mam wpływu na to, co mnie spotyka. Ale jestem za to wdzięczna losowi, czasem sama się zastanawiam, jak to możliwe, żeby tyle mi się zmieściło w jednym życiu. Wcześniej byłam żoną Izraelczyka, więc to życie rzuciło mnie do Izraela. Na wykopaliskach na Krecie wylądowałam, bo znalazłam się na bankiecie w domu słynnej greckiej archeolożki Metaxii Tsipopoulou i stanęłam obok niej akurat, kiedy mówiła, że kompletuje ekipę i szuka nowych współpracowników. Tyle pięknych przypadków prowadzących w piękne miejsca.

Praca archeologa to nie tylko ekscytujące odkrycia. Trzeba jeszcze sporządzić dokumentację, wypełnić setki kart (fot. archiwum prywatne)
Marta Guzowska przyznaje, że w jej życiu wiele było szczęśliwych zbiegów okoliczności (fot. archiwum prywatne)

Wydaje mi się, że kiedy pyta się dzieci, kim chciałyby zostać, jak dorosną, archeolog jest jednym z częściej wymienianych zawodów. Ty też jako dziecko chciałaś zostać archeologiem?

- Nie. Chciałam zostać astronautką i polecieć w kosmos. Potem wymyśliłam, że zostanę matematyczką, to już był serio plan. Ale w trzeciej klasie liceum poszłam do kina na "Poszukiwaczy zaginionej arki". Wychodząc z kina wiedziałam, że nie będę zdawać na żadną matematykę. Wiem, że to brzmi egzaltowanie, ale w moim przypadku nie skończyło się na deklaracjach nastolatki. Jestem uparta. Skoro wymyśliłam, że zostanę archeologiem, zostałam nim. A teraz wymyśliłam, że moją książkę sfilmują w Hollywood i pewnie tak będzie. Nie uznaję rzeczy niemożliwych.

Nie wierzę w talent, poza matematycznym i muzycznym. Całej reszty można się nauczyć. Wszystko jest kwestią pracy. A ja pracuję naprawdę ciężko.

Nie wierzysz w talent, ale piszesz świetne kryminały.

- Bo też sobie tak postanowiłam. A potem weszłam na stronę Amazona i wyszukałam amerykańskie podręczniki do pisania kryminałów. Przeczytałam je i zrobiłam sumienne notatki. Pomysł na powieść to jeden procent sukcesu. Pozostałych dziewięćdziesiąt dziewięć procent to techniki pisarskie, których można się nauczyć.

A dlaczego miałaś potrzebę pisania kryminałów? Nie wystarczyło ci to, co przeżyłaś jako archeolog?

- W okresie wczesnego macierzyństwa bardzo cierpiałam na brak przygód, adrenaliny. Jeszcze w ciąży podróżowałam, pracowałam na Krecie, w Troi, później na uniwersytecie w Kopenhadze. I nagle zostałam przesunięta do stanu przymusowej bezczynności. Bardzo mi to dokuczało. Miałam maleńkie dziecko, zajęte ręce, ale w głowie pustkę. To prawda, że w ciąży i w połogu się głupieje. Chciałam wyciągnąć się z tego stanu bezmyślności. Można rozwiązywać sudoku albo pisać powieści.

Tak łatwo pisze się powieści?

- No właśnie, okazuje się, że nie. Pisanie to dla mnie akt wysiłku fizycznego, dosłownie. Po napisaniu kilku stron jestem zmęczona, jak po przerzucaniu przez pół dnia ziemi na wykopie. A do tego wymyślanie akcji powieści jest dla mnie taką udręką, że muszę być sama w domu, przeszkadzają mi nawet śpiące dzieci. To prawda, co mówią o pisaniu: krew, pot i łzy. Nie mogłabym też jednocześnie pracować na wykopaliskach i pisać. Na wykopaliskach za dużo się dzieje, a do pisania trzeba mieć pustą głowę i pozwolić, żeby historie do niej wskakiwały.

Marta Guzowska (fot. Szymon Kobusiński / STUDIO_BANK)

W twoich książkach trup ściele się gęsto i to nie tylko taki sprzed tysięcy lat. Skąd bierzesz te historie?

- Kiedy piszę kryminał, nie wiem, jak skończy się historia, dopiero muszę ją odkryć. Moim zdaniem wszystkie opowieści istnieją w jakieś przeznaczonej dla nich przestrzeni, w jakimś innym wymiarze. Muszę się dobrze skoncentrować, żeby którąś z nich ściągnąć stamtąd, usłyszeć ją i zapisać. Kiedy jestem w ciągu - albo jak to się modnie mówi, we "flow" - mam wrażenie, że ktoś mi dyktuje tę historię, muszę tylko bardzo szybko uderzać w klawiaturę, żeby zdążyć ją zapisać. Jakby przeze mnie przepływała.

Czego się dowiedziałaś o złu, pisząc kryminały?

- Dowiedziałam się, że mam zło w sobie. Wbrew pozorom to było dla mnie pozytywne odkrycie. Jak większość ludzi, myślałam o sobie jako o dobrym człowieku. Ale okazało się, że tego jest po połowie, i dobra, i zła. Przekonałam się, że mam w sobie okrucieństwo, nienawiść, prawdziwe, autentyczne zło. Uspokoiło mnie to, bo uświadomienie sobie ciemnej strony swojej natury powoduje jej obłaskawienie.

Bohaterka twojej książki "Chciwość" jest znaną archeolożką i równie znaną złodziejką starożytnych klejnotów. Ciebie też kusiło, żeby coś schować do kieszeni, kiedy dotykałaś naczyń sprzed tysięcy lat?

- Nie, naprawdę, wierz mi. Chyba dlatego, że nie jestem typem łowczyni, nie mam potrzeby posiadania. Wręcz przeciwnie, czyszczę przestrzeń wokół siebie. W domu minimalizuję liczbę przedmiotów, dzieci ciągle mnie pytają: Mamo, znowu mi coś wyrzuciłaś? Nie gromadzę rzeczy.

Ale ja nie mówię o gromadzeniu. Wystarczyłoby świsnąć jeden kolczyk z epoki brązu i mogłabyś do końca życia nie pracować.

- Świsnąć łatwo, sprzedać trudniej.

Musiałaś o tym myśleć, skoro napisałaś taką powieść.

- Było odwrotnie. Simona, bohaterka powieści, na początku nie była złodziejką, była jednoznacznie dobrą postacią. I dramatycznie nudną. Zrozumiałam, że musi być moralnie dwuznaczna.

Na pewno są jacyś archeolodzy, którzy kradną, ale ja takich nie znam. U nas, w moim towarzystwie, panuje wręcz poczucie misji: że mamy obowiązek i przywilej udostępnić ludzkości jej dziedzictwo. To moralny imperatyw. Wiesz, że łzy mi lecą, kiedy widzę na YouTube filmiki, jak Państwo Islamskie niszczy zabytki? Płaczę, bo dobrze wiem, że taka rzecz cudem ocalała z pradawnych czasów i jeśli zostanie niszczona, już nigdy jej nie będzie. Już nigdy nikt nie stworzy tego zabytku.

Tęsknisz za wykopaliskami?

- Jak narkomanka. To jest głód. Jak tylko dzieci podrosną, ruszam w świat.

Książki Marty Guzowskiej są dostępne w Publio.pl >>>

Marta Guzowska. Marta Guzowska - autorka poczytnych kryminałów, doktor archeologii. Pracowała m.ni. w Troi i na Krecie, na najbardziej prestiżowych wykopaliskach świata. Urodziła się w Brwinowie, mieszka w Wiedniu, z dwójką dzieci i partnerem. Ostatnio wydała thriller "Chciwość", którego bohaterką jest archeolog-złodziejka, Simona Brenner. Za swoją pierwszą powieść, "Ofiara Polikseny" dostała prestiżową Nagrodę Wielkiego Kalibru. We wrześniu ukaże się "Czarne światło", czwarta powieść Guzowskiej, której bohaterem jest cyniczny antropolog Mario Ybl.

Anna Luboń. Dziennikarka, szefowa kultury w magazynie "Gala", autorka książki "Mistrzynie". Prowadzi bloga Cudkultury.pl . Wydawca i producent programów telewizyjnych. Autorka kilkudziesięciu wywiadów z osobistościami świata kultury i show-biznesu.

(fot. Publio.pl)