Rozmowa
(fot. iStockphoto.com)
(fot. iStockphoto.com)

Co nas tak pociąga we wszelkiej maści psychopatach? Trzeba przyznać, że Holm, główny czarny charakter pana powieści, to postać szalenie fascynująca...

- No cóż, nie da się ukryć, że większość czytelników reaguje na niego zdecydowanie żywiej niż na Jenny Aaron, która teoretycznie jest w tej powieści najważniejsza. W wypadku Holma chodzi pewnie o to, że odbiorcom wydaje się na początku, że znają go doskonale. Jest zwierzęciem, bezlitosnym zabójcą i tak dalej. Potem jednak są zmuszeni zmienić swoje stanowisko. Im dłużej znamy Holma, tym lepiej go rozumiemy. To było dla mnie największe wyzwanie: stworzyć postać, która się rozwija, jest wieloznaczna.

A nie chodzi przypadkiem o to, że psychopaci tacy jak Holm - szalenie inteligentni, ale i okrutni - przekraczają granicę, o przekroczeniu której my, tak zwani "normalni ludzie", nawet nie śmiemy pomyśleć?

- Na pewno. W końcu staje nam na drodze ku takim myślom wiele przeszkód. Wiążą nas choćby przyzwyczajenia społeczne i kulturowe, związki emocjonalne, strach przed wymiarem sprawiedliwości. Holm jest natomiast pozbawiony jakichkolwiek ograniczeń. To postać przerażająca, ale i całkowicie wolna.

Zazdrościmy mu tej wolności?

- Chyba można to tak nazwać. Może w każdym z nas jest jakieś ciche pragnienie, aby pewnego dnia, chociaż na chwilę, stać się kimś takim jak on?

Holm, główny bohater powieści, jest pozbawiony jakichkolwiek ograniczeń. Właśnie ta wolność pociąga czytelników (fot. Kristina Afanasyeva / iStockphoto.com)

W "Raz na zawsze" znajdziemy scenę, w której Holm dyskutuje z Jenny Aaron na temat istoty dobra i zła. Choć Aaron nie chce tego przyznać, argumenty Holma dotyczące tego, jak relatywne są oba te pojęcia, całkowicie do niej przemawiają. Gdzie pana zdaniem przebiega ta granica?

- Jeżeli takowa granica w ogóle istnieje, to musi być bardzo niepozorna. W innej scenie Jenny wspomina zabójstwo popełnione przez nią w Moskwie. Pozbawiła wówczas życia osobę, która nie miała przy sobie broni. To też w pewnym sensie złe, nieprawdaż? Mimo że Aaron i Holm to przeciwnicy, to mają bardzo wiele wspólnych cech. Policjantka zdaje sobie sprawę, że psychopata, którego ściga, tak naprawdę doskonale ją rozumie, jest jej pokrewną duszą. Żadna z postaci w mojej książce nie jest tak do końca dobra, wszyscy mają jakieś drugie, nieco bardziej okrutne oblicze.

Jest pan fanem broni? Opisy składania i czyszczenia pistoletów są u pana tak bardzo szczegółowe, jak to tylko możliwe.

- Tak, uwielbiam broń! Jest to jednak nieco bardziej skomplikowane. Fascynują mnie przedmioty tego typu, ich wygląd i złożoność, nie znaczy to jednak, że chciałbym na co dzień biegać po mieście ze spluwą. Gdybym był mieszkańcem Stanów Zjednoczonych, to na pewno nie stałbym się członkiem National Rifle Association of America [Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie Ameryki - przyp. M.W.]. Poza tym: nie chodzi tylko o pistolety, fascynują mnie również sztuki walki, co też znalazło odzwierciedlenie w powieści.

A więc sporo prywatnych hobby przenika do książek.

- Tak, choć w trakcie pisania zupełnie się nad tym nie zastanawiam. Nie jestem typem pisarza, który tworzy sobie najpierw jakiś precyzyjny plan. Gdy zaczynam pisać powieść, wiem tylko kilka rzeczy. "Raz na zawsze" miało rozpocząć się scenami z Barcelony. Wiedziałem, że główna bohaterka jest niewidoma. Założyłem też, że w zakończeniu będzie prowadzić samochód. Tyle. Dzięki temu w trakcie pisania co i rusz jestem zaskoczony tym, co robią i myślą stworzone przeze mnie postaci.

"Jeżeli granica między dobrem i złem w ogóle istnieje, to musi być bardzo niepozorna" (fot. Aleramo / iStockphoto.com)

Broń i samochody to bardzo męskie zabawki. Mam natomiast wrażenie, że twórcy coraz częściej wysyłają sygnał: to już nie jest świat facetów. Policjant twardziel to przeżytek, zbyt duża klisza?

- Chciałem umieścić postać kobiecą w środowisku tak męskim, jak to tylko możliwe, czyli w policyjnym wydziale do spraw specjalnych. Aaron jest tutaj otoczona niemal samymi mężczyznami. No, jest jeszcze oczywiście szefowa wydziału

Demirci. Zależało mi na tym, aby sprawdzić, w jaki sposób kobiety z krwi i kości funkcjonują w tak samczym otoczeniu, nie tracąc przy tym typowo damskich cech, takich jak wrażliwość i empatia. Aaron to mistrzyni sztuk walki i wybitny strzelec, a przy tym bardzo kobieca postać.

A co z mężczyznami? Teoretycznie jesteśmy coraz bardziej otwarci wobec nietradycyjnych modeli męskości. W "Raz na zawsze" spotykamy jednak policjanta, który aż do śmierci ukrywał swój homoseksualizm.

- To jest akurat do bólu męski świat. Nie chwalisz się takimi rzeczami, bo stracisz reputację.

Wracając do Jenny...

- No właśnie, proszę zauważyć, że w powieści właściwie nie używam jej imienia, posługuję się tylko nazwiskiem. "Aaron" to zresztą biblijne imię, które znaczy tyle, co "zachwycony". Wielu czytelników przyznało, że w trakcie czytania zapominało o tym, jakiej płci jest główna bohaterka.

"Zależało mi na tym, aby sprawdzić, w jaki sposób kobiety z krwi i kości funkcjonują w tak samczym otoczeniu jak policja" (fot. Alex Schmidt / iStockphoto.com)

Sporym wyzwaniem musiało być stworzenie narracji tak, aby oddać percepcję osoby niewidomej.

- Szczerze? To było największe wyzwanie w moim życiu. Gdy patrzę na to z dystansu, zdaję sobie sprawę, że byłem trochę naiwny. Nie miałem pojęcia, co to znaczy być niewidomym. Myślałem: "Aha, w porządku, być ślepym to znaczy: nie widzieć" - banał. Okazało się, że byłem w błędzie. Być niewidomym to coś znacznie więcej. Utrata wzroku to ten rodzaj niepełnosprawności, której nie da się do niczego porównywać. Każdy aspekt twojego bytu zostaje zdominowany przez fakt, że nie jesteś w stanie niczego już zobaczyć. To wymaga stworzenia swojego życia na nowo.

Wiem, że włożył pan wiele pracy w zgłębienie tego tematu.

- Zajęło mi to wiele miesięcy. Zacząłem od literatury, która pozwoliła mi lepiej zrozumieć, na czym polega życie osoby niewidomej. Do tego doszły spotkania z osobami niewidomymi, które pokazywały mi, w jaki sposób wykonują codzienne czynności w rodzaju gotowania i sprzątania. Udało mi się też skontaktować z kilkoma wybitnymi fachowcami, aż dotarłem do pewnego profesora z Magdeburga, który jest jednym z najsłynniejszych specjalistów w tej dziedzinie. Na szczęście profesor bardzo zainteresował się moim przedsięwzięciem i zgodził się na bycie doradcą. Przedyskutowaliśmy niemal każde zdanie. Jego obecność była dla mnie gwarancją, że moja opowieść będzie realistyczna. Zdaję sobie sprawę, że książkę pozna dzięki audiobookowi wiele osób niewidomych, dlatego nie mogę sobie pozwolić na jakiekolwiek uchybienia.

Dwa lata temu natrafiłem na autobiografię Jacques'a Lusseyrana, który stracił wzrok, gdy miał osiem lat. W swojej książce opowiedział o tym, jak uczył się żyć na nowo. Jak pisze, udało mu się odnaleźć radość w fakcie bycia ślepym. Gdy naziści okupowali Francję, stanął na czele ruchu oporu. Miał wybitny dar rozpoznawania ludzkich intencji, więc to do niego kierowano ewentualnych kandydatów, którzy chcieli zaangażować się w walkę z nazistami. Jego koledzy mówili zawsze: "Poczekajmy, aż zobaczy go Ślepy". Brak wzroku sprawia, że wykształcasz w sobie rozmaite mechanizmy i zmysły, które pozwalają widzieć więcej.

Co w takim razie było dla pana z warsztatowego punktu widzenia najtrudniejsze?

- Przede wszystkim fakt, że w pracy pisarza korzystamy zwykle z rozmaitych wizualnych narzędzi. Większość narracji jest zazwyczaj zorientowana na obraz, to przy jego pomocy tworzymy opisy sytuacji i postaci. Musiałem więc spróbować zobaczyć to, co słyszę. Gdy chodziłem po mieście, zadawałem sobie pytania: co mogłaby teraz myśleć moja bohaterka, jak reagowałaby na dźwięki, w jaki sposób orientowałaby się, w którą stronę pójść.

A gdybyśmy odsunęli na bok warsztat? Jakiej zmiany dokonało to w panu jako człowieku?

- Sposób odbioru rzeczywistości, z jakim mamy do czynienia w wypadku osób niewidomych, jest dziś w pewnym sensie również moim sposobem na doświadczanie tego, co wokół. A poza tym: od dwóch lat wraz ze mną i moją żoną mieszka osoba niewidoma, która jest integralną częścią naszego życia rodzinnego. To, w jaki sposób ona postrzega świat, jest czymś fascynującym, ale z mojej dzisiejszej perspektywy zupełnie normalnym.

"Stworzenie narracji tak, aby oddać percepcję osoby niewidomej, było największym wyzwaniem w moim życiu" (fot. Tatomm / iStockphoto.com)

Jenny Aaron przywodzi na myśl niewidomego superbohatera, Daredevila. Wspomina pan zresztą o nim w swojej książce.

- Nie ukrywam, że popkultura ma całkiem duży wpływ na to, co robię, jednak komiks "Daredevil" raczej nie znalazłby się na liście moich inspiracji. Owszem, lubię amerykańskie blockbustery i jeżeli idę do kina, to zazwyczaj na filmy tego typu. Bardziej interesuje mnie jednak, w jaki sposób przekuć popkulturę, na przykład kino akcji, w literaturę. Taki był zresztą mój zamiar związany z pisaniem kryminałów. Chciałem tworzyć "filozoficzne thrillery akcji", tak to sobie nazwijmy. To też wyszło jednak całkiem naturalnie.

Sporo wspomina pan o rzeczach, których nie planował... To ciekawe, bo pisanie kryminałów kojarzymy zazwyczaj z rzemiosłem, a nie improwizacją czy nieskrępowaną sztuką.

- Odbiorcy często myślą, że twórcy kryminałów planują całą książkę od "a" do "z", jeszcze zanim usiądą do biurka. Wielu recenzentów zwracało uwagę na to, że "Raz na zawsze" jest doskonale skonstruowane pod względem fabularnym. Jeżeli mam być szczery: moje pisanie jest bardzo spontaniczne, nie zastanawiam się specjalnie nad fabułą. Może wynika to z faktu, że jestem scenarzystą i opowiadanie historii jest niejako wpisane w moje DNA.

Podświadomie czuję, gdzie umieścić zwrot akcji etc. Cała książka ma zresztą strukturę fali - daję czytelnikom chwilę oddechu, po czym uderzam po raz kolejny.

Wierzy pan w recepty na doskonałe dzieło? Legenda głosi, że The Doors postanowili stworzyć kiedyś algorytm, z którego wynikałoby, jak napisać przebój.

- Nie słyszałem nigdy o tym. Jak to się skończyło?

Skończyło się napisaniem utworu "Unknown Soldier", który raczej nie był hitem.

- Właśnie. Nie ma żadnego uniwersalnego przepisu na dobrą historię. Proszę zauważyć, że w wypadku "Raz na zawsze" swego rodzaju odkrycie kart następuje już w połowie książki. Czytelnik może się zastanawiać, "czemu w takim razie mam do przeczytania jeszcze trzysta stron?". Ktoś inny mógłby natomiast stwierdzić, że decydujący moment w mojej powieści ma miejsce już na stronie pierwszej. Wszystko to oczywiście czemuś służy, ale z teoretycznego punktu widzenia złamałem w ten sposób wszystkie zasady dotyczące pisania dobrych fabuł. Tylko co z tego?

A co z wszelkiej maści podręcznikami dla początkujących scenarzystów?

Zależy jak na to spojrzymy. Nie ma co ukrywać, że w wypadku scenopisarstwa mamy do czynienia z pewnymi powtarzalnymi zasadami. Na przykład: jeżeli film trwa 90 minut, to jego pierwsza część trwa około kwadransa. Potem następuje istotny moment, który niejako definiuje dalszą historię na najbliższą godzinę. Po 75 minutach mamy kolejny zwrot akcji, masz więc 15 minut na to, aby domknąć całą historię.

W życiu nie powiedziałbym, że ludzie w rodzaju Syda Fielda (autor najsłynniejszych podręczników dotyczących pisania scenariuszy - przyp. M.W.) to idioci czy kompletni cynicy. Jeżeli jesteś nowicjuszem, to możesz się z tego typu podręcznika sporo nauczyć. To jednak nie wystarczy na długo. Aby być dobrym scenarzystą, musisz dotrzeć do momentu, w którym będziesz w stanie zapomnieć o tych wszystkich zasadach.

W mojej pierwszej powieści główny bohater umiera już w połowie książki. Pamiętam, że wydawcy pukali się w głowę i pytali: "Jak mogłeś to zrobić?". Jeżeli przeczytasz powieść do końca, będziesz wiedział, że to była dobra decyzja.

Andreas Pflüger (fot. materiały prasowe)

Co skłoniło scenarzystę filmowego i telewizyjnego do przerzucenia się na pisanie powieści? Wolność, możliwość łamania schematów?

- Pracując nad filmem czy serialem, musisz ulegać rozmaitym naciskom. Przyczyna jest prosta: więcej pieniędzy to większa presja. Poza tym musisz być gotów na rozmaite kompromisy. Co prawda jako scenarzysta jesteś grubą rybą, ale są przecież więksi od ciebie, na przykład producenci czy prezesi stacji telewizyjnych. Każdy z nich ma własną wizję tego, jak powinien wyglądać efekt końcowy. Kompromis, na który pójdziesz, może zrujnować całą twoją pracę.

W wypadku pisania powieści jesteś całkowicie wolny. Masz oczywiście obok siebie redaktorów pracujących dla wydawnictwa, ale w moim przypadku są to bardzo mądrzy ludzie, których rady zwykle okazują się cenne. A poza tym: gdy piszesz książkę, nie myślisz o pieniądzach, natomiast gdy piszesz scenariusz, wiesz, że ogranicza cię budżet. Zadajesz sobie pytania: "Ile to będzie kosztować, jeśli w tej scenie cały budynek zapłonie?", "Czy w tamtym momencie będzie padać deszcz?", "Czy deszcz połączony z płonącym budynkiem nie będą zbyt drogie?". Bohaterowie mojej powieści mogą natomiast podróżować po Moskwie czy Barcelonie i nikt nie wydał na to ani euro.

Może warto byłoby zostać powieściopisarzem na pełen etat?

- Taki mam zamiar. Należę do najpopularniejszych scenarzystów w Niemczech, dostaję naprawdę sporo propozycji. Mimo to ostatnimi czasy poświęcam się niemal wyłącznie literaturze. Nie wiem, czy wrócę do scenopisania. Być może będę zmuszony, bo otrzymaliśmy łącznie trzydzieści sześć zapytań o prawa do sfilmowania "Raz na zawsze" - jedno z nich pochodziło ze Stanów. Jeżeli dojdzie do ekranizacji, to będzie to pewnie mój ostatni scenariusz.

Muszę zapytać o film "Strajk" z 2006 roku. Historia oparta na życiu Anny Walentynowicz i początkach "Solidarności" wywołała w Polsce spore kontrowersje. Na tyle duże, że była działaczka opozycji wkroczyła na drogę sądową i nie wyraziła zgody na wykorzystanie w filmie jej nazwiska.

- Kiedy otrzymałem tę propozycję, zapytałem producenta: "To nie jest nasza historia, dlaczego Niemcy mieliby kręcić film o 'Solidarności'?". W odpowiedzi usłyszałem wówczas: "To przede wszystkim europejska historia". Pojechaliśmy więc do Gdańska, aby porozmawiać z niektórymi świadkami tamtych wydarzeń. Usłyszeliśmy: "Musicie zrobić ten film, my nie jesteśmy w stanie". I wtedy zrozumiałem, z jak kontrowersyjnym tematem mamy do czynienia. Postanowiłem więc zabrać się do pracy, nie zwracając przy tym uwagi na ewentualne kontrowersje, do jakich mogło to prowadzić. Jeżeli w trakcie tworzenia bierzesz pod uwagę oczekiwania innych, to jesteś spalony.

Pracując nad tą historią, zapoznałem się między innymi z publikacjami dotyczącymi problemu alkoholizmu w Polsce w latach 60. i 70. Wątki dotyczące uzależnienia znalazły się więc w filmie. Gdy przedstawiliśmy naszym polskim współpracownikom pierwszą wersję scenariusza, zaprzeczali, jakoby Polacy mieli w PRL-u jakiekolwiek problemy z wódką. Podobnie było z szukaniem lokalizacji, w których moglibyśmy kręcić "Strajk". Widzieliśmy w Gdańsku wiele robotniczych osiedli, lecz gdy o nie pytaliśmy, słyszeliśmy w odpowiedzi, że w mieście nie ma już budynków tego typu. Nie rozumiałem, dlaczego Polacy nie chcą się skonfrontować ze swoją historią. Nie wiem, czy podjąłbym się dziś tego zadania.

Żałuje pan?

- Nie, to przecież część mojej biografii. Mogę żałować jedynie tego, że Volker Schlöndorf, reżyser filmu, musiał pójść z prawnikami Anny Walentynowicz na wiele kompromisów. A poza tym: w film zainwestowano zbyt mało pieniędzy, co niestety widać. Proszę spojrzeć na ściany mojego biura: z jednej strony wisi plakat "Strajku", natomiast vis-a-vis widzimy "Dziewiąty dzień". Dwie produkcje, które stworzyłem z tym samym reżyserem. Druga z nich to mój najlepszy film, pierwsza... niekoniecznie.

Wracając na koniec do uniwersalnych pytań: skoro istnieją "geniusze zła", to może istnieją też "geniusze dobra"?

- Jeżeli nawet istnieją, to muszą być bardzo nudni.

"Raz na zawsze", Andreas Pflüger (fot. materiały prasowe)

Andreas Pflüger (ur. 1957). Pisarz, autor słuchowisk radiowych i sztuk teatralnych oraz jeden z najbardziej znanych niemieckich scenarzystów telewizyjnych i filmowych, doceniany i nagradzany - między innymi za pracę nad scenariuszami filmów "Dziewiąty dzień" i "Strajk" Volkera Schlöndorffa. "Raz na zawsze" to jest druga powieść.

Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl , stały współpracownik Gazeta.pl. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage "niedzielepolskie" .