Rozmowa
(fot. Krzysztof Miller / Agencja Wyborcza.pl)
(fot. Krzysztof Miller / Agencja Wyborcza.pl)

Kiedy podjęto pierwszą próbę przeszczepu narządu w Polsce?

- Było to przeszczepienie nerki ze zwłok, przeprowadzone przez prof. Jana Nielubowicza i jego zespół, w I Klinice Chirurgicznej w Warszawie, 26 stycznia 1966 roku. Operacja zakończyła się sukcesem - pacjentka żyła jeszcze przez kilka następnych miesięcy, zmarła w połowie lipca 1966 roku. Wcześniej, w 1965 roku, prof. Wiktor Bross, chirurg z Akademii Medycznej we Wrocławiu, próbował przeszczepić nerkę ze zwłok. Bez powodzenia, pacjent zmarł.

Odważni kowboje, walczący z systemem i materią, ścigający się ze śmiercią - tak pokazywał kardiochirurgów, którzy wykonywali pierwsze w Polsce operacje przeszczepienia serca, film "Bogowie" w reż. Łukasza Palkowskiego. Rzeczywistość, jak zawsze, jest trochę bardziej skomplikowana.

- Nie nazwałabym pierwszych polskich transplantologów kowbojami, bo to sugerowałoby, że działali w nieprzemyślany, podszyty brawurą sposób. Tymczasem, żeby wykonać pionierską operację transplantologiczną, trzeba było być znakomicie do tego przygotowanym, mieć doświadczenie, zbudować zespół ludzi, którzy zdecydują się podjąć takie wyzwanie, przekonać decydentów. Potrzebna była ambicja i pokora jednocześnie. Zdaniem prof. Piotra Kalicińskiego, transplantologa, który w 1997 roku wykonał pierwszą w Polsce operację przeszczepienia wątroby od żywego dawcy, transplantologia to jedna z najbardziej wymagających dziedzin medycyny. Nie tylko dlatego, że ludzie muszą być świetnie wykształceni i "oddani sprawie".

Co jeszcze było niezbędne?

- Najlepszy sprzęt i wiedza naukowa oraz odwaga mierzenia się z trudnymi kwestiami etycznymi, jak na przykład orzekanie, kiedy dochodzi do śmierci człowieka: w momencie śmierci serca czy mózgu? Dlatego to, co w polskiej transplantologii udało się osiągnąć prof. Janowi Nielubowiczowi, który jako pierwszy w Polsce wykonał w 1966 roku udaną operację przeszczepienia nerki, czy prof. Zbigniewowi Relidze, było w pewnym sensie rewolucyjne. Po tych operacjach polska medycyna była już inna. Pionierzy zmieniali myślenie lekarzy, choćby dlatego, że obalali stereotypy, np. dotyczące wyobrażenia serca jako siedliska uczuć czy możliwości leczenia ciężko chorych pacjentów.

Tomasz Kot jako Zbigniew Religa w filmie "Bogowie" (fot. materiały prasowe)

Musimy też pamiętać, że zdolności i ambicje stałyby się iluzją, gdyby za tymi cechami nie podążała mordercza wręcz pracowitość. Ci ludzie nie liczyli godzin spędzanych w szpitalu. Nie tylko wtedy, kiedy wykonywali transplantacje, także wiele lat wcześniej, kiedy starali się jak najwięcej operować, stając się biegłymi w swoim fachu chirurgami.

I wyjeżdżali do znakomitych klinik, by uczyć się od najlepszych.

- Wedle prof. Wiesława Jędrzejczaka, który w 1984 roku wykonał pierwszą w Polsce operację przeszczepienia szpiku kostnego od dawcy spokrewnionego, wyjeżdżano nie tylko dlatego, że nasza medycyna była zapóźniona w porównaniu z tym, co się działo w tej dziedzinie na świecie. Dzięki wyjazdom polscy lekarze spotykali się z innym rodzajem myślenia o medycynie i pacjentach. Przekonywali się, że trudności to nie jest ściana, ale wyzwanie, więc zamiast rezygnować, trzeba szukać możliwości ich rozwiązania, ustawicznie poszerzając wiedzę i doświadczenie. Dzięki kontaktom z zachodnimi klinikami np. zmieniono stosunek do pacjentów. Lekarze zaczęli ich traktować jak partnerów, a to ma kolosalne znaczenie chociażby dla procesu powrotu do zdrowia. Nie przychodziło to bez bólu.

Młody doktor Marian Zembala, późniejszy współpracownik Religi i transplantolog, który wykonał jedną z pierwszych na świecie udanych operacji jednoczesnego przeszczepienia płuc i serca, w Holandii po raz pierwszy zetknął się z sytuacją, kiedy pielęgniarka zadaje publicznie lekarzowi pytanie i prosi go o uzasadnienie podjętej decyzji. Była pierwsza połowa lat 80. Profesor do dzisiaj pamięta swoje zdziwienie, szok właściwie, bo w Polsce było to wówczas nie do pomyślenia.

Jeżeli zamierza się wykonać pionierską operację, np. transplantologiczną, która ratuje życie, ale jest obarczona dużym ryzykiem, łatwiej do niej przekonać pacjenta, jeśli potrafi się z nim rozmawiać. Tego rodzaju "miękkie zmiany" wydają mi się nawet dużo ważniejsze, niż nauka np. obsługi nowej aparatury, której wówczas w Polsce nie było.

Prof. Marian Zembala (fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Ambitni lekarze często aparaturę budowali własnym sumptem, jak to zrobił prof. Jan Moll i zaprzyjaźnieni z nim inżynierowie, którzy w warsztatach Zakładów Cegielskiego w Poznaniu stworzyli tzw. sztuczne płucoserce. Ze zmianą mentalności było gorzej?

- To chyba zadziwiało mnie najbardziej: czy sytuacja rozgrywała się w latach 60., 80., czy w XXI wieku, pewne obiekcje wydawały się niezmienne. Prof. Nielubowicz usłyszał kiedyś, że przecież ludzie muszą umierać, więc właściwie dlaczego tak mu zależy na operacjach przeszczepienia nerki? Co prawda operacje były trudne, pacjenci umierali po kilku miesiącach, najdalej latach, bo nie było jeszcze leków immunosupresyjnych, które zapobiegając odrzuceniu narządu, znacząco wydłużały ludzkie życie. Gdyby jednak przyznać rację sceptykom, medycyna dawno stanęłaby w miejscu i być może do dzisiaj uważalibyśmy, że np. trwałe uszkodzenie nerek to wyrok śmierci albo, w najlepszym wypadku, dożywotnie dializy.

Z kolei prof. Janowi Mollowi po nieudanej operacji przeszczepienia serca, przeprowadzonej w pierwszych dniach stycznia 1969 roku, zarzucono eksperymentowanie na ludziach.

Czy nie ma pani wrażenia, że podobne pytania stawia się jeszcze dziś?

- Gdy prof. Adam Maciejewski i jego zespół w Centrum Onkologii w Gliwicach przeprowadzili pierwsze operacje przeszczepienia twarzy, pionierskie w skali światowej medycyny, padło pytanie, czy warto wydawać na jeden taki zabieg 200 tysięcy złotych. Wyczuwam w tym ten sam sceptycyzm, z którym zetknął się pół wieku wcześniej prof. Nielubowicz. Dzięki operacjom przeszczepienia pacjenci mogą żyć bez dializatora czy odzyskać utracone kończyny. Wszyscy na tym korzystamy, nie tylko "przeszczepieńcy".

Gliwice. Centrum Onkologii. 33-letni pan Grzegorz, pacjent, u którego przeprowadzono rewolucyjny przeszczep twarzy (fot. Dawid Chalimonuk / Agencja Gazeta)

Musiało więc dojść do synchronizacji wielu czynników, by pierwsza operacja przeszczepienia mogła się udać: kwestie techniczne, przygotowany zespół, odważny lekarz, zgoda przełożonego, świadomość, że te operacje są już wykonywane, i to z sukcesem.

- Dodałabym jeszcze ambicję. Prof. Wojciech Rowiński, uczestnik operacji prof. Nielubowicza i jeden ze współtwórców Poltransplantu [ogólnokrajowej instytucji, która prowadzi m.in. rejestr pacjentów oczekujących na przeszczepienie i rejestr sprzeciwów tych, którzy nie życzą sobie pobrania narządów po śmierci - przyp. red.], uważał wręcz, że to ona pcha medycynę do przodu. Nie jest to jednak po prostu wyścig, raczej uparte dążenie do osiągnięcia niełatwego celu. Za co płaci się konkretną cenę.

W mojej książce jeden z kardiochirurgów przyznaje, że każdy lekarz ma za sobą jakiś cmentarz. Pionierów polskiej transplantologii też to dotyczy. Pamiętamy, że prof. Religa wykonał pierwszy udany przeszczep serca, ale niewielu zdaje sobie sprawę, że dopiero czwarty jego pacjent wyszedł o własnych siłach ze szpitala i normalnie żył. Wcześniejsze operacje nie udały się m.in. dlatego, że lekarze nie wiedzieli wszystkiego o leczeniu pooperacyjnym. Nie wykonywali jednak tych operacji, żeby się uczyć, tylko żeby uratować człowieka w beznadziejnej sytuacji.

Na eksperymenty - jak czasami mówiono o operacjach przeszczepienia - ktoś musi wyrazić zgodę. W latach 60. lekarze przekonywali swoich szefów do operacji, które pozwoliły pchnąć medycynę na nowe tory. Jak to wyglądało?

- Dominującym modelem funkcjonowania szpitala - i to aż do drugiej połowy XX wieku - była hierarchia. Prof. Andrzej Bochenek, znakomity kardiochirurg i uczestnik pierwszych operacji transplantacji serca w Polsce, do dzisiaj się śmieje z "rady", jakiej udzielił mu starszy lekarz, gdy obejmował stanowisko kierownicze: Tylko niech pan pewnych operacji nie wypuszcza z ręki, bo młodzi pana wygryzą. Źle rozumiana zapobiegliwość skutkowała tym, że szef - oddziału, szpitala, kliniki - był niemal bogiem. Nie tylko wykonywał najważniejsze operacje - co nie dziwi, bo miał duże doświadczenie - ale też decydował, kto i kiedy zacznie w ogóle operować.

Nieprzypadkowo prof. Religa wolał wyjechać z Warszawy, gdzie opór materii mógł być spory, do Zabrza, gdzie był niezależny. Tam mógł zrealizować ambitne plany, które zrewolucjonizowały polską kardiochirurgię.

Rok 1997. Transplantacja serca - moment wszczepienia (fot. Robert Krzanowski / Agencja Gazeta)

Z lektury pani książki wynika, że Religa dokonał niemal przewrotu kopernikańskiego w polskiej medycynie.

- Nie zatrzymywał kompetencji dla siebie, chciał, żeby ludzie się uczyli, zapraszał ich do działania. Dzięki temu wykształcił wielu kardiochirurgów. Taką miał osobowość, ale swoje zrobiła też na pewno praca w klinikach kardiochirurgicznych w USA. Prof. Jacek Moll, syn Jana Molla, który był członkiem zespołu Religi w Zabrzu, poprosił o możliwość przeprowadzenia operacji pół roku po tym, gdy pojawił się w klinice. "Tato", jak nazywano Religę, zdziwił się (widać nawet jak na jego standardy to było trochę za szybko), ale wyraził zgodę. Po operacji młody Moll usłyszał komplement: - Zrobiłeś to tak, jak ja, tyle że wolniej . Dopiero po jakimś czasie Religa przyznał się, że propozycja Molla "lekko go wkurzyła". Ale warto było na nią przystać, bo dziś prof. Jacek Moll to jeden z najlepszych kardiochirurgów dziecięcych w Polsce.

Sukces w środowisku medycznym przyjmowano bez pochwał, ale porażkę krytykowano na całego, łącznie z grożeniem sądem i więzieniem. "Proszę o podanie nazwiska lekarza - drugiego mordercy mojego syna" - przeczytał o sobie prof. Wojciech Rowiński w liście matki pacjenta. "Idzie brygada sępów" - usłyszał profesor na własne uszy w szpitalu.

- Prof. Rowiński usłyszał te słowa wiele lat po pierwszym przeszczepieniu nerki. Wówczas ta operacja od co najmniej dwudziestu lat nie była już pionierska. Ale uprzedzenia wobec pobierania narządów wciąż były silne. Pionierzy rzadko spotykali się z szerokim uznaniem. Wspomnianego prof. Jana Molla po nieudanej operacji przeszczepienia serca spotkała krytyka ze strony samych lekarzy. A gdy udała się operacja przeszczepienia nerki Danucie Milewskiej i pacjentka z dnia na dzień wracała do zdrowia, prof. Nielubowiczowi pogratulowano sukcesu uściskiem dłoni. Nikomu nie przyszło do głowy np. ufundowanie kolejnego dializatora.

Łódź, 2003 r. Rodzinny przeszczep nerki. Dawcą jest brat pacjenta (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

Nie spotkało się też z entuzjazmem pierwsze udane przeszczepienie szpiku kostnego, wykonane w 1984 roku przez prof. Wiesława Jędrzejczaka u kilkuletniej dziewczynki, dla której dawczynią była jej siostra. Po kilku operacjach jego zespół został rozwiązany, a jemu powiedziano wprost, że jeśli złoży podanie o paszport, prośba zostanie rozpatrzona pozytywnie. I w jego przypadku pojawiły się zarzuty o eksperymentowanie na ludziach. Rzecz się działa w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. Prawdopodobnie kierownictwo kliniki obawiało się napływu chorych, dla których transplantacja szpiku była jedyną szansą na powrót do zdrowia.

Doktor Religa próbował przeszczepić pacjentowi serce świni. Czy istnieją granice w transplantologii?

- Historia z próbą przeszczepienia serca świni - nieudaną niestety - pokazuje, że granice są chyba jeszcze daleko przed nami. Mimo niepowodzeń i skali trudności (naukowcy muszą m.in. wykluczyć możliwość zarażenia pacjentów wirusami odzwierzęcymi) badania nad ksenoprzeszczepami wciąż są prowadzone. Granica w transplantologii wydaje się więc przebiegać tam, gdzie aktualnie kończy się wiedza uczonych i lekarzy o ludzkim ciele. Mówi też o tym prof. Adam Maciejewski, pytając raczej retorycznie: - Dokąd to prowadzi? Podejmowane są już przecież próby przeszczepiania krtani i macicy, trwają badania nad możliwością transplantacji jelita cienkiego, wykonuje się transplantacje dwóch narządów jednocześnie, np. serca i nerki czy serca i płuc. Zdaję sobie sprawę, że trwają badania nad tzw. hodowaniem narządów, ale to jednak wciąż odległa przyszłość.

Dziś najważniejsze jest, że my też możemy przyczynić się do rozwoju transplantologii w Polsce - wystarczy np. zgłosić się do rejestru dawców szpiku albo wypełnić deklarację zgody na pobranie narządów i włożyć ją do portfela - tak wyrażonej woli nikt nie będzie mógł po naszej śmierci podważyć. Bo przecież jeżeli nie będzie narządów do przeszczepienia, nie będzie i operacji.

Kraków, Szpital Dziecięcy w Prokocimiu, 2006 r. Lekarz zmęczony po operacji rekonstrukcji twarzy dziewczynki, która ulegał rozległym poparzeniom (fot. Tomasz Wiech / Agencja Gazeta)

A pacjenci? Mówiąc o transplantacjach nie można nie wspomnieć o tych, którzy na pierwsze przeszczepienia - wówczas jednak rodzaj eksperymentu - się godzili.

- To nie były eksperymenty - tego rodzaju operacje były już przecież wykonywane, tyle że nie w Polsce. Przyznaję, że bardziej interesowali mnie chirurdzy niż pacjenci, ale oni właśnie stali się cichymi bohaterami mojego reportażu. Ufali lekarzom, godząc się na operację, choć ryzyko, że jej nie przeżyją, było przecież spore. To prawda: ich nerki czy serca były w tak złym stanie, że transplantacja była jedynym ratunkiem. Ale równie dobrze mogli poprosić o wypisanie do domu, by tam umrzeć wśród bliskich. Chciałam dotrzeć do tych, którzy ich ocalili albo chociaż przedłużyli życie. Ale o dwóch pacjentkach muszę wspomnieć.

Danuta Milewska to pierwsza pacjentka, której przeszczepiono nerkę, co było wielkim sukcesem polskiej transplantologii. Pamiętający ją lekarze nie mówią o niej inaczej, jak "Danusia". Była pielęgniarką, ufała lekarzom w taki naturalny, prosty sposób. Właściwie mieszkała w szpitalu przed operacją, ze względu na konieczność częstych dializ. Bardzo rwała się do życia - na drugi dzień po operacji zażyczyła sobie befsztyku na kolację. Prosiła pielęgniarki o zakręcanie papilotów na noc, a jak tylko to było możliwe, wymykała się z izolatki na plotki. Nie była naiwna - zdawała sobie sprawę, czym jest ta operacja i co jej grozi w przypadku odrzucenia narządu. Po operacji żyła niemal pół roku. Zmarła w wyniku powikłań, jakie pojawiły się na skutek działania przyjmowanych leków.

Urszula Jaworska, druga pacjentka, zawdzięcza życie swojej determinacji i prof. Jerzemu Hołowieckiemu, który wykonał u niej w 1997 roku pierwsze w Polsce przeszczepienie szpiku kostnego od dawcy niespokrewnionego. Jaworska pojawiła się w klinice Hołowieckiego w Katowicach ze słowami: - Tylko pan może to zrobić . Inna terapia nie wchodziła już wówczas w grę. Gdy wróciła do zdrowia, założyła fundację, a jej osiągnięcia na polu stworzenia rejestru dawców szpiku są nie do przecenienia.

Prof. Jerzy Hołowiecki (fot. Grzegorz Celejewski / fot. Agencja Gazeta)

15 maja 2013 roku wykonano w Polsce pierwszą transplantację twarzy. Operacja się udała, ale media interesowało przede wszystkim to, czy matka mężczyzny, od którego pobrano twarz do przeszczepienia, rozpozna w uratowanym pacjencie rysy swojego syna. Co pani wtedy myślała?

- Że to kompletne nieporozumienie. Twarz, czyli zespół tkanek, to jedynie tworzywo, które za sprawą mięśni mimicznych, kierowanych naszymi emocjami, charakterem i wolą, układają się w sposób dla każdego charakterystyczny. Mam jednak nadzieję, że mimo otoczki sensacji przebiła się jedna informacja: że takie operacje są w Polsce możliwe. I pacjenci okaleczeni przez chorobę czy wypadek losowy mogą liczyć na pomoc na światowym poziomie.

Wielokrotnie pisze pani w swojej książce, że t ransplantologia to delikatna materia. Gwałtowne ruchy jej nie służą. Dlaczego?

- W polskim społeczeństwie wciąż silne są uprzedzenia wobec transplantologii. Nie brakuje ludzi, którzy uważają, że lekarze - i to mając do dyspozycji świetną aparaturę! - są w stanie pomylić śmierć pnia mózgu ze śpiączką, a w efekcie pobrać narządy od żywego człowieka. Dlatego nawet mało precyzyjny język, który sugeruje dwuznaczne sytuacje, może podsycać uprzedzenia i w efekcie obrócić się przeciwko transplantologii. Prof. Rowiński uważał, że nawet język, jakim się posługujemy, powinien być odpowiedni. Dlatego nie powinniśmy na przykład mówić: dawca organu , bo brzmi to tak, jakbyśmy nominowali kogoś do śmierci i oddania narządu. Zwrot zapłacono szpitalowi za pobranie też może być opacznie zrozumiany, bo sugeruje, że szpital dostał pieniądze za narządy. Nikt nikomu nie płaci za narządy, a jedynie zwraca koszty związane z ich pobraniem i wszczepieniem. W Polsce sytuacja jest w pełni transparentna pod każdym względem. Handel narządami czy uśmiercanie pacjentów dla ich pobrania są niemożliwe.

Katowice, rok 2014. Otwarcie zmodernizowanego Oddziału Chirurgii Ogólnej, Naczyniowej i Transplantacyjnej z blokiem operacyjnym i poradniami przyszpitalnymi (fot. Joanna Nowicka / Agencja Gazeta)

Podczas konferencji prasowej w 2007 roku, zorganizowanej przez Zbigniewa Ziobro, ówczesnego i obecnego ministra sprawiedliwości, zarzucono kardiochirurgowi Mirosławowi Garlickiemu m.in. handel narządami i przyjmowanie łapówek od pacjentów czekających na transplantację serca. Jakie były jej skutki?

- Sąd z tych zarzutów go oczyścił, ale w ciągu kilku tygodni od tamtej konferencji liczba pobranych narządów spadła o 30 proc., więc dokładnie o tyle mniej można było wykonać operacji. Lata starań zniweczono w kilka minut.

Jak dziś wygląda polska transplantologia na tle Europy?

- Kwestie transplantologiczne są świetnie uregulowane w naszym prawie (najnowsza ustawa pochodzi z 2005 roku), czego przejawem są istniejące procedury. Poltransplant, ogólnokrajowa instytucja powołana do życia na początku lat 90., dzięki staraniom m.in. prof. Janusza Wałaszewskiego, transplantologa, który uczestniczył w pierwszej operacji przeszczepienia nerki, prowadzi m.in. rejestr pacjentów oczekujących na przeszczepienie i rejestr sprzeciwów tych, którzy nie życzą sobie pobrania narządów po śmierci. Co roku publikuje raporty z danymi na temat sytuacji w polskiej transplantologii.

Mamy więc przejrzyste procedury, dobre prawo, wiedzę, fachowców i sprzęt. Brakuje tylko naszej woli i chyba dlatego w 2014 roku liczba dawców na milion mieszkańców w skali kraju wyniosła jedynie 13,7. Dla porównania: w Hiszpanii ten wskaźnik wynosi dużo ponad 30 pobrań. Wierzę, że można to zmienić, jeśli tylko wiedza o transplantologii stanie się bardziej powszechna, przez co siła uprzedzeń zmaleje. W badaniu przeprowadzonym przez CBOS w 2012 roku aż 75 proc. badanych przyznało, że nie ma nic przeciwko pobraniu narządów po śmierci, więc moja wiara nie jest bezpodstawna.

Książka "Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii" jest dostępna w Publio.pl>>

(fot. Artur Strzelecki / materiały prasowe)

Anna Mateja. Ur. 1973. Jest dziennikarką i publicystką. W latach 1996-2008 była redaktorką "Tygodnika Powszechnego". Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Współpracowniczka miesięcznika "Znak". Wydała m.in. "Cud w medycynie" (2010, 2012), "Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza" (2012). Dokonała wyboru i opracowania trzytomowej edycji "Pism wybranych" Jerzego Turowicza (2013).

Katarzyna Kazimierowska. Dziennikarka, współpracuje z takimi tytułami jak "Zwierciadło", "Sens", "Tygodnik Powszechny". Stała autorka felietonów w Kulturze Liberalnej, koordynatorka takich inicjatyw jak "Pracownie" i "Wiersze w Metrze", feministka, kocha Portugalię i ucieczki poza miasto. Czyta nałogowo.

(fot. Publio.pl)