Czy 80. urodziny okazały się dla pani ważną datą?
- Może są osoby, które precyzyjnie liczą swój wiek i dokładnie wiedzą, jak mija czas, ale ja do nich nie należę. Dla mnie moment, w którym uświadomiłam sobie, że mam 80 lat, był nagły, jak grom z jasnego nieba. Jednocześnie poczułam to z całą mocą i nie chciało mi się w to wierzyć. Zaczęłam podlegać jakiemuś innemu upływowi czasu, a może też zmienił się mój stosunek do niego. Jakbym wcześniej nie była świadoma, że zbliżam się do tego wieku. Osiemdziesiątka okazała się magicznym znakiem, który spowodował pewną refleksję na temat życia i czasu.
Czy patrząc na siebie z przeszłości i siebie dziś, widzi pani raczej niezmienny zestaw cech, ten sam charakter, podejście do świata? Czy raczej zmieniającą się wciąż osobę, przechodzącą przez kolejne etapy?
- Praca na scenie i nieustające realizowanie siebie w cudzej rzeczywistości - stworzonej przez autora, reżysera - fałszuje osąd własnej osoby. Sprawia, że myślisz kategoriami postaci, które grasz.
A poza rolami i życiem zawodowym?
- Zmiany, które zachodzą w organizmie, bo tak to trzeba nazwać, są znaczne. Pamiętasz siebie z przeszłości i wciąż starasz się być tą osobą. Z drugiej strony musisz sobie uświadomić, że nie będziesz już przeżywała takich radości, jakie dawała młodość. Tracisz to.
Mnie na szczęście nie przemija entuzjazm, zachwyt życiem w najdrobniejszych szczegółach. Zawsze taka byłam. Światło, okno, zieleń, ogród, kot, pies, spotkany człowiek, zapamiętane dziecinne opowiastki i rysunki, smak potraw i możność ich przyrządzania - wzbudzają mój nieustający entuzjazm. Uświadamiam sobie co prawda, że ja już nie nadążę za swoim pragnieniem zrealizowania wszystkich pomysłów, które mi się nieustannie pojawiają w głowie. Ale nie popadam z tego powodu w smutek. Stwierdzam to po prostu z największym zdziwieniem.
W wieku 80 lat została pani członkiem gangu?
- Tak. Wspólnie z aktorem Stanisławem Brudnym, Wiesławem Kępińskim [przybrany syn Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów , większość zawodowego życia związany był z Telewizją Polską - przyp. red.] i pianistą Zbigniewem Rymarzem należymy do Gangu Hendrika Groena. Przyjęliśmy wyzwanie, które zaproponowało nam Wydawnictwo Albatros. Inspiracją do powstania gangu stała się książka "Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 83 i 1/4". To wyjątkowy i zaskakujący pamiętnik. Jego autorem jest zgryźliwy 80-latek, który z humorem i dystansem komentuje rzeczywistość. Bez cenzury opisuje swoje codzienne życie. Ale nie chce jak jego równolatki narzekać na choroby, samotność, starość. My także postanowiliśmy podzielić się naszymi doświadczeniami, opowiedzieć o naszym spojrzeniu na życie. Na przykład podczas takich wydarzeń jak niedawna "DOMÓWKA Hendrika Groena", podczas której spotkaliśmy się z seniorami, by zainspirować ich do aktywnego życia bez względu na wiek. Rozmawialiśmy, śmieliśmy się ze starości i problemów zdrowotnych, i chyba wyszliśmy z tego spotkania pogodniejsi.
Co jest najważniejsze w życiu i relacjach z innymi ludźmi?
- Zaufanie i możność porozumienia, nawet w ramach niepodobieństw. Musi istnieć przestrzeń, w której możesz bezwzględnie ufać drugiej osobie. Ty jej wierzysz, a ona wierzy tobie. Możecie sobie udzielać rad, możecie się śmiać z tych samych dowcipów, lubić te same książki, cieszyć się tymi samymi zdarzeniami.
Jaka była pani w wieku 20 lat?
- Wydaje mi się, że byłam beznadziejna. Byłam strasznie nieśmiała, zakompleksiona. Za to na pewno byłam lepszym człowiekiem - bardziej otwartym, pomimo nieśmiałości i kompleksów. Miałam większą zdolność empatii i okazywania uczuć. To jest też kwestia epoki. Nie zapominajmy, jakim byliśmy pokoleniem.
A gdyby dwudziestoletnia Irena przyjrzała się tej dzisiejszej Irenie? Na ile marzenia tamtej dziewczyny się spełniły?
- Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie, nie odkrywając zbytnio swoich słabości. Czuję, jakbym coraz bardziej zamykała się w sobie. Myślę, że tego nie mogłabym wtedy zaakceptować.
Zazdroszczę młodym babciom, które ze swoimi wnuczkami biegają, bawią się, znajdują z nimi dużo wspólnych momentów. Ja jestem bardziej prababcią, bo dość późno doczekałam się wnuków. Myślę, że zawsze byłam w takim konflikcie z czasem. Czułam się starsza od innych. Teraz też czuję się starsza, niż wskazuje na to metryka. Może nie będzie to brzmiało popularnie, ale wydaje mi się, że jestem zajęta odchodzeniem. Ale nie takim sentymentalnym ze łzą w oku, tylko zaczyna mnie wciągać ta sfera. Tak jakbym odwrotnie patrzyła przez lornetkę - nie przez tę część, która zbliża, tylko przez tę, która oddala. Nic nie mogę na to poradzić.
Bardzo ważna jest dla pani poezja. Czy ona pomaga w życiu?
- Z poezją jest jak z obcym językiem. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by ktoś opisywał nam świat po swojemu. Ale jeśli się wejdzie w ten obcy język, otwierają się inne światy. Jesteśmy w stanie odnaleźć czyjąś duszę, kogoś, kto rozumie i myśli tak jak my. To są wspaniałe odkrycia! Przypuszczam, że moje zainteresowania zawodowe i to, że zajmowałam się poezją właściwie przez całe życie sprawiło, że wciąż z zapałem do niej podchodzę. Nadal uczę się jej na pamięć, bez najmniejszej trudności.
Czy może sobie pani wyobrazić inną drogę życiową niż aktorstwo?
- Naturalnie. Niech się teatr nie pogniewa na mnie.
Jaką?
- Na pewno mogłabym być nauczycielką, ale natychmiast przychodzi mi do głowy, że musiałabym być nauczycielką mówienia wierszy! Myślę, że życie mnie tak fascynowało i nadal fascynuje - mimo tego wszystkiego, co mówiłam o odchodzeniu - bo wciąż umiem się odnajdywać we wszystkim. Cokolwiek robię, wkładam w to całą energię i zapał. To może być gotowanie, przemeblowywanie, odkrywanie rzeczy, które mi się podobają w muzeach... Myślę, że cokolwiek bym robiła w życiu, umiałabym być szczęśliwa. To jest całkowicie niezależne od wieku i od zawodu.
*Książka "Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 83 i 1/4" właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros. W Holandii przez 30 tygodni utrzymywała się na szczytach list bestsellerów. Tamtejsi dziennikarze przeprowadzili śledztwo, próbując odkryć, kto tak naprawdę jest autorem błyskotliwego dziennika. Na razie im się nie udało.
Książka jest dostępna w Publio.pl>>>
Irena Jun. L at 80 i 1/2. Rozmiłowana w poezji aktorka, uznana za jedną z najlepszych odtwórczyń ról beckettowskich na świecie. W zespole warszawskiego Teatru Studio od samego początku. Aktorka Szajny i Grzegorzewskiego, współpracuje też z twórcami młodszego pokolenia: Mariuszem Trelińskim, Agnieszką Glińską, a ostatnio z Teatrem Malabar Hotel. Stworzyła wiele kreacji w Teatrze Polskiego Radia, za co nagrodzono ją Splendorem Splendorów. Prowadzi Jednoosobowy Teatr Poezji, w którym zaraża miłością do poezji kolejne pokolenia widzów. Za swoje poetyckie monodramy nagradzana w kraju i za granicą. Nikt tak jak ona nie mówi "Pana Tadeusza" po francusku.
Anna Piotrowska. Absolwentka wydziału Wiedzy o teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie. Zajmuje się organizacją i promocją wydarzeń kulturalnych.
ocalałym z rzezi Woli przeprowadzonej 5 sierpnia 1944 roku , przybrany syn Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, większość zawodowego życia związany był z Telewizją Polską