Ile obecnie ważysz?
- Teraz, po przytyciu, ważę pewnie ponad 80 kilogramów.
Ważyłaś się dzisiaj?
- Nie. Zresztą wielu trenerów i dietetyków mówi ludziom, którzy dbają o ciało i dużo trenują, że wagi łazienkowe niekoniecznie przedstawiają to, co dzieje się naprawdę w naszym organizmie. Jeżeli ktoś stosuje dietę i dużo trenuje, to wagę łazienkową naprawdę trzeba odstawić. Mięśnie, które człowiek sobie wyrabia, też ważą. Ciężar ciała to przecież nie jest tylko tłuszcz.
Ja nie ważę się często, dlatego że bardzo długo miałam obsesję na tym punkcie, stawałam na wadze kilka razy dziennie. Nie było to dla mnie dobre, po prostu zwariowałam. W końcu odstawiłam wagę jakiś czas temu. A później przytyłam. Wiem, że teraz ważę dużo więcej, ale jestem spokojna. Staram się, aby waga nie szła już w górę, bo nie może, dla mojego zdrowia, ale jestem osobą otyłą. Otyłość jest chorobą i trzeba umieć z nią żyć, trzeba umieć ją okiełznać, trzymać w ryzach, nie można się jej poddać. Jest bardzo mocno zakorzeniona w głowie. Jeżeli nie porozmawiamy same ze sobą o tym, dlaczego otyłość nas ogranicza, dlaczego całe życie funkcjonujemy w jej cieniu, to na nic nam diety, na nic treningi. Najpierw musimy się same ze sobą pogodzić, zrozumieć, czego tak naprawdę chcemy...
Ty w pewnej chwili chciałaś być po prostu chuda?
- Myślałam, że pokonam otyłość skrajną chudością. Okazało się to bzdurą. Chudnę, tyję, chudnę, tyję. Całe życie tak mam. Wiele osób tak ma. Dostaję setki, a teraz nawet tysiące wiadomości od ludzi z całej Polski, z wiosek, z miasteczek, z dużych miast, od dziewczyn, kobiet w różnym wieku, o różnym statusie. Każda z nas jest taka sama, my się po prostu z tym borykamy. Dzisiaj się już tego nie wstydzę, a bardzo długo się wstydziłam. Właściwie całe życie. W związku z tym, że dostaję tyle wiadomości od tych wspaniałych osób, chcę podkreślić, że nie mogę nikomu niczego doradzić, nie jestem lekarzem, nie jestem dietetykiem, nie jestem trenerem. Nie mam prawa nikomu radzić, co ma robić, mogę opowiedzieć swoją historię. Wiele osób mnie o to prosiło. Mam taki przywilej, że mogę o tym mówić głośniej, chociażby w mediach.
Dlaczego chciałaś schudnąć?
- Bo całe życie byłam gruba. Wydawało mi się, że jeżeli będę chuda, będę szczęśliwsza. Choć nie byłam niezadowolona z mojego życia, istniało coś, co mi przeszkadzało, co mnie mierziło, sprawiało, że nie mogłam się ze sobą pogodzić. Całkowicie poddałam się otyłości. W pewnym momencie ona ze mną wygrała. Ważyłam ponad 100 kilogramów przy 158 centymetrach wzrostu i miałam bardzo duże problemy z aktywnością fizyczną.
Otyłość to poważna choroba, dziś już cywilizacyjna. Nie możemy jej bagatelizować, dlatego że prowadzi do wielu schorzeń, na przykład serca, stawów... Jest też wiele innych problemów, o których zresztą piszę w książce wprost: przychodzi lato, a my, dziewczyny z nadwagą, zaczynamy się zakrywać, nosimy bluzy. Nie możemy chodzić w spódniczkach i w sukienkach bez rajstop, bo same się ranimy. Takie rzeczy wiedzą tylko osoby otyłe.
Ważyłaś 104 kilogramy, a później tylko 50.
- Dokładnie 51 kilogramów. To była skrajność. Bardzo dużo trenowałam i w pewnym momencie miałam niedobór tkanki tłuszczowej. Moje mięśnie ważyły 48 kilogramów Poznałam więc obie skrajności. Dzisiaj nie wstydzę się o tym mówić.
Pojawił się efekt jojo?
- Tak, w zeszłym roku. Pojawił się bardzo szybko, niezwykle gwałtownie, właściwie nie panowałam nad tym.
Co było tego powodem?
- Sama siebie zniewoliłam. Odchudzałam się już kilka razy w życiu. W 2009 roku schudłam przy pomocy świetnej dietetyczki, z dobrze ułożonym jadłospisem. Wtedy myślałam sobie, że po diecie wrócę do starych nawyków i będzie fajnie. Wróciłam i fajnie nie było. W ciągu 3 lat przytyłam 40 kilogramów.
Kiedy znów zaczęłam się odchudzać, zrobiłam to, bo przekroczyłam próg dobrego czucia się ze sobą. Miałam 25 lat i nie mogłam zawiązać butów, to było jakieś kuriozum. Znów poszłam do dietetyka, znowu zaczęłam zrzucać kilogramy. Najpierw chciałam stracić 25 kilogramów, żeby było OK. Ale w pewnym momencie zobaczyłam, że mi tak dobrze idzie... Zupełnie się wkręciłam, miałam obsesję. Zaczęłam mówić w telewizji o tym, że chudnę. A to, co się stało po mojej pierwszej wizycie w "Dzień Dobry TVN", w moje urodziny w 2014 roku, i co trwa do dziś, to po prostu kosmos. Nie spodziewałam się, że nagle wszystkich będzie interesować moja historia. To też zaczęło mnie napędzać. Media obwołały mnie ekspertką od odchudzania. Jaką ja jestem ekspertką? Żadną.
Z czasem chciałam być jeszcze bardziej chuda. Doszłam do takiego momentu, że tylko zrzucanie kilogramów mnie cieszyło. W moim życiu przestało istnieć wszystko inne. Liczyło się tylko to, że noszę coraz mniejszy rozmiar, że w sklepie z ubraniami mogę sobie kupić wszystko, bo wszystko na mnie pasuje. Cała moja pasja związana z aktorstwem, filmem, muzyką, z dziennikarstwem i pisaniem obróciła się w niwecz.
To bardzo niebezpieczne.
- Nie mówię, że dieta jest niebezpieczna. Nie! Żyjmy zdrowo, bo zdrowie jest najważniejsze. Tylko dbajmy też o nasze zdrowie psychiczne. Zaniedbałam je bardzo. Nie dawałam sobie nic powiedzieć i zagalopowałam się. A później już sobie nie poradziłam. Najpierw rzucałam się na jedzenie w weekendy, potem znowu dieta, dieta, dieta i trening, i obsesyjne myślenie o wadze. Właściwie nie było ani jednego produktu, którego wartości kalorycznej i składu bym nie znała. Wiedziałam na ten temat wszystko i tylko o tym mówiłam.
Teraz też o tym myślisz?
- Nie. Wiem, co jest zdrowe, a co nie. Wiem, co ile ma kalorii, ale czasem nie mam siły i nie chce mi się nad tym zastanawiać. Mam w pamięci, że sama na siebie wywarłam presję, nie wytrzymałam jej i bardzo szybko przytyłam. To dziwne, ale ja się po prostu któregoś dnia obudziłam, to było w październiku, i przyznałam sama przed sobą: Tak, przytyłaś. Przytyłaś jakieś 25 kilogramów. Uświadomiłam sobie w tym momencie, że doszło do tego, czego bałam się najbardziej, właściwie panicznie. Nie mogłam przez to spać po nocach... I nagle okazało się, że tak naprawdę nic się nie stało. Wciąż żyję. Mało tego, w końcu czuję się sobą, wróciłam. W tym wszystkim, co się działo, zatraciłam siebie. Tak naprawdę nie znałam mojego szczupłego ciała. W czasie skrajnej chudości czułam się w nim bardzo źle.
Teraz znalazłaś złoty środek?
- Wiem, że ważę za dużo, jednak jestem zdrowa i czuję się szczęśliwa, a wagi po prostu muszę pilnować, żeby nie wymknęła się spod kontroli i nie zaczęła znów zagrażać mojemu zdrowiu. Mam świadomość, że otyłość, nadwaga są groźne dla zdrowia, więc trenuję, staram się zdrowo odżywiać. Ale wiem już, że szczęście nie zależy od tego, czy jest się szczupłym. Pojawia się wtedy, kiedy sama dla siebie jesteś OK, kiedy się nie oszukujesz, kiedy patrzysz w lustro i myślisz: - Jestem, jaka jestem. Czy mi to pasuje? Tak. O to chodzi. Po tej masakrze z odchudzaniem bałam się iść do lekarza i zrobić badania. Okazało się, że mam poważne problemy hormonalne. A dziś jest wszystko w porządku. Jestem zdrowa, ale muszę tego pilnować.
Z twojej książki bije bardzo dużo optymizmu. Otrzymałaś ogromne wsparcie od rodziców i przyjaciół. Przez wszystkie lata otaczali cię życzliwi ludzie i nawet wtedy, gdy nie dostałaś się do szkoły aktorskiej, właśnie ze względu na nadwagę, nie poddałaś się.
- Moja książka jest o tym, że jeżeli czegoś bardzo w życiu chcesz, to naprawdę możesz to zrobić. Nieważne, ile ważysz, jak wyglądasz. Trzy razy nie dostałam się do szkoły aktorskiej. Raz byłam na najgorszej liście świata, czyli na liście osób, które zdały egzamin, ale nie dostały się z braku miejsc. Raz powiedzieli mi: - Nie, nie będziesz aktorką, jesteś gruba . A kilka lat później stanęłam przed komisją w Związku Artystów Sceny Polskiej i zdałam bardzo trudny, eksternistyczny egzamin aktorski, który wymaga ogromnej pracy i determinacji. Nawet ludzie uprawiający zawód aktora latami nie radzą sobie czasem na tym egzaminie. Po jego zakończeniu jeden z profesorów powiedział mi: - Jest pani bardzo zdolna, ale już wystarczy . Chodziło o to, że byłam w najgorszym okresie otyłości, ale profesor nie miał na myśli tego, że jestem gruba i będę źle wyglądać na ekranie czy scenie, a to, że moja waga będzie ograniczać mi pracę.
A jak radzisz sobie z opinią innych, z hejtem?
- Ludzie często mnie o to pytają. Odpowiadam, że nikomu nic do tego, jak ja żyję. To jest moje zdrowie i moje życie. Książka "Moja droga do nowego życia" ma taki tytuł, bo w końcu wiem, że nie jestem od nikogo gorsza, dlatego że jestem gruba.
Spotkałam się z opiniami, że jesteś "aktorką z seriali". Mało kto ma świadomość, jaką drogę przebyłaś. Debiutowałaś w "Galeriankach" Katarzyny Rosłaniec, to bardzo trudny film i dla młodej aktorki, i dla widza. Grałaś tam nastolatkę, która podrywa facetów w centrum handlowym, uprawia seks w zamian za ciuchy i w dodatku jest otyła. Jak wspominasz tę rolę?
- Byłam wtedy w pewnego rodzaju szoku, i to przez cały okres zdjęciowy. Jednak wiedziałam, że robimy coś bardzo ważnego. Miałam 20 lat, byłam świeżo po szkole i zdawałam sobie sprawę, że opowiedziane w filmie rzeczy dzieją się naprawdę. Moja mama jest pedagogiem szkolnym, więc mam świadomość, że takie historie pojawiają się w każdej szkole. A w galeriach handlowych, jak się przyjrzysz, znajdziesz takie dziewczyny, jak w filmie. "Galerianki" były szalenie ważną produkcją. Dziękuję Bogu, że miałam wielki zaszczyt rozpocząć swoją drogę aktorską w filmie Kasi Rosłaniec. Kasia zrobiła wielką rzecz. Wielką sztuką jest pokazać to, co dzieje się naprawdę, bez zniekształceń i zakłamania.
Rolę w "Galeriankach" zdobyłaś m.in. dlatego, że byłaś otyła.
- Dostałam przyzwolenie na to, żeby być gruba. Jak wspomniałam, do szkoły aktorskiej w Krakowie nie dostałam się z braku miejsc i było to wtedy, kiedy zaczęły się zdjęcia do "Galerianek". Ten film mnie wówczas pocieszył. Ale, niestety, sama sobie dałam chore przyzwolenie, by robić, co chcę. Skoro dostałam rolę w filmie, i to właśnie dlatego, że jestem gruba, to hulaj dusza, piekła nie ma. W okresie zdjęć w Warszawie, czyli w półtora miesiąca, przytyłam z 10 kilogramów. Jak przyjechałam do domu, myślałam, że mama się przewróci na mój widok. Pozwalałam sobie jeść wszystko. Mam tak, że nie zajadam stresu, a zajadam sukces.
Celebrujesz?
- Dokładnie! To jest chore. Uświadomiłam to sobie, pisząc książkę. Wszyscy mi mówią, że zajadają stres, a ja mam odwrotnie. Po prostu lubię jeść. Zupełnie nieświadomie celebruję sukces jedzeniem.
Po "Galeriankach" pojawił się serial "Przepis na życie", w którym grałaś Grubą - tak nazywano twoją bohaterkę. Znowu rola "za otyłość"?
- Widzowie serialu mogą prześledzić historię otyłości Grubej i moją własną. Między pierwszym a piątym sezonem serialu jest przepaść jakichś 25 kilogramów. Dostałam tę rolę w 2010 roku, byłam wtedy świeżo po przytyciu. Wcześniej zakończyłam moją pierwszą prawdziwą dietę, na której schudłam 25 kilogramów, a później niemal od razu tyle przytyłam, bo rzuciłam się na żarcie. Wyglądałam wtedy mniej więcej tak jak teraz, czułam się dobrze, dostałam rolę i byłam przeszczęśliwa. Okazało się, że serial odniósł sukces - pani Agnieszka Pilaszewska jest fenomenalną scenarzystką, do tego gwiazdorska obsada, w tym wszystkim gdzieś tam ja. Taka byłam szczęśliwa! I właśnie z tego szczęścia... Raz, dwa, trzy, zrobiły się 104 kilogramy w piątej serii. I to już nie było fajne. Miałam problemy ze schylaniem się, bardzo szybko się męczyłam, wszystkie spodnie miałam przetarte, w sukienkach to już w ogóle nie chodziłam. Ciężki czas, dosłownie i w przenośni.
Co cię z tego stanu wyciągnęło?
- Był taki czas, majówka 2012 roku, kiedy przyjechała do mnie mama i zaczęła ze mną rozmawiać. Powiedziała, że jest bardzo zaniepokojona. Mówiła: - Dziecko, będziesz miała 30 lat i zawał serca . Zaczęłam o tym myśleć, ale nie miałam na nic siły, w ogóle. Żeby tak naprawdę przejść na dietę, trzeba podjąć bardzo dojrzałą i świadomą decyzję. Są ludzie, którzy mówią, że są na diecie, a są tacy, którzy naprawdę na niej są. Dieta jest z nami przede wszystkim fizjologicznie. Największym sprawdzianem jest pierwszy głód. Jeżeli jesteś w stanie go przetrwać, to możesz sobie poradzić, przynajmniej na pierwszym etapie. Ale nie można być dla siebie katem, bo nic z tego nie wyjdzie. Nigdy.
A ty wpadłaś w kolejną skrajność. Poradziłaś sobie sama, czy poszłaś do terapeuty?
- Nie poszłam, chociaż przyjaciele i rodzice namawiali mnie do tego. 2015 rok był bardzo trudny, ale w końcu sama przed sobą przyznałam się, że przytyłam na własne życzenie. Jednak przecież nic złego się nie stało, jestem zdrowa. Cały czas mam zamiłowanie do aktywności fizycznej, chodzę na siłownię. Kiedy wracam do domu, a mieszkam pod Gdynią i mam 15 minut do morza, to wkładam dres, słuchawki na uszy i biegnę sobie. Znikam na dwie godziny i sprawia mi to wielką przyjemność. Staram się łamać stereotypy na temat grubych osób.
Stąd książka?
- Nigdy nie myślałam o tym, by napisać książkę.
To wydawnictwo się do ciebie zgłosiło.
- Na początku postukałam się w czoło. Wolne żarty. Znowu będą mnie nazywać celebrytką, teraz taką, co napisała książkę. Ale dostaję od ludzi tysiące wiadomości, bardzo wzruszających. Każda z nich zaczyna się tak samo: Pewnie nie przeczytasz tego, ale chciałam ci powiedzieć, że jesteś pierwszą osobą, której to mówię... i wtedy zaczyna się opowieść. To jest coś niebywałego. Nie jestem w stanie odpisać wszystkim, mało tego - nie mam prawa brać na siebie takiej odpowiedzialności. Stwierdziłam, że w odpowiedzi na te wszystkie wiadomości opiszę swoją historię. Choćby ta książka miała pomóc jednej osobie na świecie, to wiem, że było warto.
Książka Dominiki Gwit jest dostępna w Publio.pl>>>
Dominika Gwit. Aktorka znana z seriali "Przepis na życie", "Na dobre i na złe", "Singielka", była dziennikarka Polskiej Agencji Prasowej oraz specjalistka PR. Zwróciła na siebie uwagę mediów i szerokiej publiczności po tym, jak zrzuciła ponad połowę swojej wagi. Z kamerą Dzień Dobry TVN, w ramach cyklu "Odważ(e)ni", odwiedzała osoby, którym udało się pokonać otyłość.
Milena Buszkiewicz. Absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Od kilku lat związana z rozgłośniami radiowymi, obecnie współpracuje z Radiem ZET Chilli, portalami Xięgarnia i Booklips oraz magazynem Highlife. W pracy dziennikarza najbardziej ceni przyjemność rozmowy z drugim człowiekiem.