Rozmowa
(fot. pixabay.com)
(fot. pixabay.com)

Zaczęła pani pracę nad książką "Drzwi do nieba" z pozycji sceptyczki, a dochodzi pani do wniosków bliskich mistykom. Udało się pani przekonać samą siebie?

- Po śmierci bliskich, a w szczególności po doświadczeniu mojej siostry Katherine, która poczuła obecność naszego ojca w chwili, gdy umierał, choć była od niego oddalona o setki kilometrów, postanowiłam napisać książkę o pograniczu życia i śmierci, eksterioryzacji [wrażeniu bycia poza ciałem - przyp. red.] i o tym, czy świadomość może przeżyć śmierć ciała. Nie spodziewałam się, że znajdę jednoznaczne odpowiedzi na moje pytania, zwłaszcza że nauka, tłumacząc te doświadczenia halucynacjami, nadmiernym wydzielaniem endorfin czy też zaburzeniami pracy mózgu, próbuje ostatecznie odrzeć śmierć z metafizyki.

Wiedziałam, że muszę napisać "Drzwi do nieba", ale nawet bliskim przyjaciołom nie mówiłam o pomyśle na książkę, bo bałam się, że mogą mnie wyśmiać, a nawet uznać, że oszalałam, uwierzyłam w duchy albo stałam się specjalistką od zjawisk paranormalnych. Bo przecież inaczej niż obłędem nie wypada tłumaczyć ani poczucia obecności zmarłego, ani Nearing Death Awareness, czyli świadomości nadchodzącej śmierci, ani też Near Death Experience , czyli doświadczenia granicznego. Niestety, moje przewidywania się sprawdziły. Spotkałam się z ostracyzmem. Część przyjaźni nie przetrwała wydania "Drzwi do nieba".

Spotkała się pani też ze sprzeciwem środowiska dziennikarskiego?

- Nowy Jork mnie odrzucił. Dziennikarze z "The New York Times", z którymi wcześniej współpracowałam, nie chcieli tej książki czytać, nie chcieli jej recenzować ani nawet o niej rozmawiać. Uznali, że się wygłupiłam, poruszając temat rodem z przedpołudniowych talk-show albo słabych seriali.

A jak zareagowała pani rodzina?

- Moja mama, choć bardziej sceptyczna niż ja, przypomniała sobie doświadczenie, które wcześniej wyparła. Kiedy miała dwadzieścia lat, umarł ktoś jej bliski, a ona odczuła jego obecność w czasie, gdy odchodził. Poszukiwanie duchowe zbliżyło też mamę do Katherine, mojej zmarłej siostry.

Ale już moja druga siostra kazała się z książki wykreślić. Uznała, że ośmieszę siebie i ją.

Z kolei moja córka uczestniczyła w odchodzeniu Katherine, odwiedzała ją w hospicjum do ostatnich dni, nie bała się jej umierania. Zaproponowała potem, żeby książka nazywała się "YOLO?" ["You Only Live Once?" - Żyje się tylko raz - przyp. red.].

(fot. screen YT / bit.ly/1M5kK4S)

Pisze pani o świadomości odrywającej się od ciała, o świetlistych aniołach, o duszy. Jest pani osobą wierzącą?

- Zostałam wychowana w rodzinie protestanckiej. W dzieciństwie chodziłam do kościoła, ale chrześcijańskie rytuały wydawały mi się puste. Ateistką bym się jednak nie nazwała. Do niedawna nie poświęcałam po prostu sprawom ducha zbyt wiele uwagi.

W religii nie znalazła pani pocieszenia po śmierci bliskich? Przecież Biblia składa obietnicę zbawienia, życia wiecznego, nieba.

- Pracując nad książką, często sięgałam do Biblii. Uderzyło mnie to, że przed tysiącami lat pisano o aniołach, cudach i zmartwychwstaniach. Choć dzisiaj uznajemy, że twórcy Biblii posługiwali się metaforami, oni traktowali duchowość bardzo dosłownie. Dzisiaj wstydzimy się doświadczeń granicznych. Nie chcemy o nich rozmawiać.

Bo są tabu?

- Śmierć stała się tematem tabu, bo bezgranicznie zawierzyliśmy medycynie. Elisabeth Kübler-Ross, jedna z uczennic Carla Gustava Junga, przeprowadziła w latach 50. w Szwajcarii badania na temat doświadczenia śmierci. Przyjrzała się ponad tysiącu przypadkom. Nie mogłam jej książek, w tym "Życiodajnej śmierci", znaleźć w bibliotece. Wyciągnięto mi je w końcu zakurzone z piwnicy, jakby trafiły na indeks ksiąg zakazanych. To przewrotne, prawda?

Medycyna zastąpiła boga?

- Tak. Jeszcze sto lat temu większość ludzi żyła zgodnie z przykazaniami katechizmu. Dziś miejsce książeczek do nabożeństwa zajęły magazyny o zdrowiu. To one decydują o tym, co jest grzechem - objadanie się, brak ruchu, zła dieta.

Twórcy Biblii traktowali duchowość bardzo dosłownie - mówi Patricia Pearson (fot. pixabay.com)

Nawet doświadczenia metafizyczne opisujemy językiem medycyny.

- Medycyna zawłaszczyła metafizykę. Mój syn oglądał ostatnio "Dr House'a" i zapytał mnie, dlaczego opisuję doświadczenia śmierci jako duchowe, tajemnicze, transcendentalne. Przecież House nazywa je halucynacjami. Cóż, czujemy się bezpiecznie, mogąc każdemu stanowi ducha i ciała przypisać konkretną medyczną jednostkę.

Jeśli doświadczenia śmierci nie są halucynacjami, jak je inaczej zdefiniować?

- Nie wiem, ale nie muszę wiedzieć. Nie mamy języka, żeby je opisać. To, co House i wielu prawdziwych lekarzy nazywa halucynacjami, ja uznaję za przeżycia transcendentalne. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że moja siostra, oddalona od mojego ojca o tysiące kilometrów, poczuła jego obecność na chwilę przed śmiercią?

Hormony, podświadomość, sny?

- A nie możemy przyjąć, że jest cień szansy na coś więcej? Doświadczeniom obecności zmarłego w jednym przypadku na dziesięć towarzyszą obrazy. Niektórzy słyszą też głosy. Najczęściej bliscy przychodzą w snach.

Częste są także Out of Body Experience, czyli doświadczenie eksterioryzacji. Pacjenci są wtedy w stanie dokładnie opowiedzieć, co się z nimi działo podczas operacji, opisując ją z perspektywy obserwatora, a nie podmiotu. To akurat zdarza się nie tylko podczas choroby. Moja znajoma, gdy dowiedziała się, że zdradził ją mąż, dosłownie wyszła z siebie. Opowiedziała mi potem, że patrzyła na siebie z góry, z sufitu.

W Stanach prowadzi się teraz badania nad pacjentami, którzy przeżywszy operację, opowiadają o eksterioryzacji. Sprawdza się ich świadectwa, umieszczając w sali operacyjnej rysunki, które mogliby zobaczyć tylko z góry, a nie z perspektywy leżącego. Nie mogę doczekać się wyników.

Pisze pani nie tylko o poczuciu obecności umierających albo zmarłych bliskich, ale także o doświadczeniu śmierci, odczuciach, które mogą być udziałem osób w stanie śmierci klinicznej albo na granicy życia i śmierci.

- Tak, zajmuję się byciem w stanie liminalnym, między życiem a śmiercią. Uważam, że najwyższy czas przestać podważać, że takie doświadczenie naprawdę jest udziałem ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną. Trzeba zacząć zastanawiać się, jak zaklasyfikować powtarzające się motywy w opowieściach ludzi. Jedna z kobiet, z którą rozmawiałam, przeżyła doświadczenie śmierci w latach 50. w trakcie porodu. Przyznała, że najdziwniejsze jest to, że dziś ludzie muszą odpowiadać na te same pytania, na które ona odpowiadała pół wieku temu.

To wynika z tego, że odrzuciliśmy duchowość, zawierzając oświeceniowemu racjonalizmowi?

- Tak, ale wydaje mi się, że do duchowości powrócimy. Ja zrozumiałam, że duchowość nadaje życiu kierunek, tłumaczy cierpienie, ustawia wobec wieczności. Chociaż chcemy być racjonalni i uważamy się za postępowych, wciąż doświadczamy niewyjaśnionych naukowo stanów. A wraz z rozwojem medycyny paliatywnej i wydłużaniem ludzkiego życia temat doświadczenia śmierci będzie coraz bardziej aktualny.

Dusza opuszczająca ciało (rys. Luigi Schiavonetti) i niesiona do nieba (obraz pędzla William-Adolphe Bouguereau)

Piszę teraz broszurę dla kanadyjskich hospicjów o tym, co jest udziałem umierających pacjentów. Mowa w niej m.in. o tym, że kiedy przeczuwają śmierć, proszą bliskich, żeby spakowali ich w podróż. Albo o spotkaniach z "trzecim człowiekiem", którego kiedyś nazwalibyśmy aniołem. Albo o poczuciu obecności bliskich zmarłych, do których niedługo ma się dołączyć. Pracownicy hospicjów opowiadali mi, że rodzinom z takim trudem przychodzi akceptacja śmierci najbliższych (notabene z największą pokorą akceptują śmierć dzieci i starcy, najgorzej osoby w średnim wieku), że w ogóle nie słuchają tego, co odchodzący mają do powiedzenia. Prędzej się pokłócą, a nawet pobiją, niż dadzą umierającemu prawo do metafizycznych przeżyć. Podejście do nich instytucji na szczęście się zmienia. W Kanadzie śmierci ludzi towarzyszą teraz wykwalifikowane osoby, które pomagają umierającym i ich rodzinom.

Stereotypowi lekarze raczej dyskredytują doświadczenia pacjentów.

- Winna jest temu po części neurobiologia. Moja znajoma, która wykłada tę naukę na Harvardzie, musi tłumaczyć studentom pierwszego roku, że nie dowiedziono wcale, że świadomość jest umiejscowiona w umyśle. Oni uznają powiązanie świadomości i mózgu za pewnik. Dla mnie smutne byłoby przyjęcie poglądu, że człowiek składa się wyłącznie z ciała.

Czyli należy uznać, że nauka ma swoje ograniczenia i zaakceptować, że są obszary, nad którymi nie mamy kontroli?

- Przecież subiektywnych świadectw, które zebrałam w mojej książce, nie można jednoznacznie ocenić. Mam nadzieję, że dzięki niej ludzie pozbędą się strachu przed zwierzaniem się ze swoich doświadczeń. Nie mamy problemu z mówieniem o tym, że jesteśmy zakochani czy w depresji. Opowiadamy o stanach emocjonalnych, których istnienia nie możemy sprawdzić bez szczegółowych badań. Dlaczego więc nie opowiedzieć o obecności kogoś, kogo nie możemy zobaczyć? Odrzucając sferę metafizyki, stajemy się niewiernym Tomaszem, który musiał zobaczyć, żeby uwierzyć.

Rodzinom z trudem przychodzi akceptacja śmierci najbliższych (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

Ludzie się przed panią otwierają?

- Tak, stałam się niejako specjalistką od śmierci, przewodniczką po zaświatach. Może dlatego, że zbudowałam wokół siebie bezpieczną przestrzeń, dopuszczającą takie zwierzenia. Mój szwagier, mąż zmarłej siostry, mówił mi, że pojechał na jej grób na motorze. Wracając, poczuł jej obecność. Siedziała na tylnym siedzeniu, obejmując go w pasie, jakby go chroniła. To było jedno z najpiękniejszych doświadczeń w jego życiu.

Wczoraj ktoś się rozpłakał, rozmawiając ze mną. A w moim klubie dyskusyjnym o książkach sześć na dziesięć kobiet chce rozmawiać o doświadczeniach podobnych do tych, które opisałam. Porównałabym tę falę do feminizmu w latach 60. Osoby, które miały doświadczenia graniczne, wreszcie wychodzą z szafy. Nigdy wcześniej nie dostały przyzwolenia na rozmowy o tych przeżyciach.

Twierdzi pani, że mamy uwierzyć w duchy?

- Poczucie obecności zmarłego bliskiego nie ma nic wspólnego z popkulturowym wyobrażeniem o poszukujących zemsty duchach. Zazwyczaj widujemy starszych krewnych, jakąś figurę ojca, wujka albo dziadka, którzy się o nas troszczą. Może dlatego, że w najtrudniejszych chwilach potrzebujemy wsparcia patriarchy.

Opisuje pani też spotkanie z medium, osobą, która twierdzi, że rozmawia ze zmarłymi. Powszechnie uważa się, że media to sprytni hochsztaplerzy - stosują psychologiczne sztuczki i wykorzystują naiwność ludzi w żałobie.

- W Arizonie prowadzone są teraz badania na temat tego, w jakim stopniu wiara w to, że medium naprawdę rozmawia ze zmarłymi, może pomóc w żałobie. Ja doświadczyłam tego na własnej skórze. Umówiłam się na spotkanie z medium, która skontaktowała się z moim ojcem. Wiedziałam, że to on, bo swoim zwyczajem rozśmieszał ją do łez. Powiedziała też, że otacza mnie tłum ludzi, a ja wtedy badałam historię mojej rodziny, zakopana po uszy w drzewach genealogicznych. Skąd miała to wiedzieć? Przecież nie opłacało się jej zrobić dochodzenia ani researchu.

A psychologowie nie służą pomocą w żałobie?

- Psychologowie często nawet na wiarę reagują alergicznie. Mój przyjaciel kilka lat temu się nawrócił. Tak wielką zmianę w życiu przypłacił depresją. Gdy poszedł do psychologa, ten traktował go jak wariata, któremu jak najszybciej trzeba przepisać psychotropy. To, że powiedział, że wierzy w Boga, w oczach psychologa czyniło go szaleńcem. Podobnie jest z opowiadaniem o doświadczeniu obecności zmarłej osoby.

A dlaczego boimy się śmierci? Czy strach przed nią jest naturalny?

- Boimy się utraty naszego ego, nas samych, ale przede wszystkim relacji, które łączą nas z innymi ludźmi. A śmierć bliskich nas przeraża, bo uważamy, że nic po nich nie zostanie. Że śmierć to koniec.

Pani też się tego boi?

- Już nie, ale oswajanie się ze śmiercią było dla mnie długotrwałym procesem. Pogodziłam się z nią, gdy pochowałam ojca i siostrę. Pomogła mi też praca nad książką, bo zasiała we mnie ziarno wątpliwości. Teraz, gdy ktoś pyta mnie, czy nasza świadomość może przetrwać śmierć, choćby na jakiś czas, odpowiadam, że to możliwe. Zaakceptowałam to, że są rzeczy, których nie rozumiem. I stałam się dla siebie bardziej wyrozumiała.

Książka "Drzwi do nieba" Patrici Pearson do kupienia w Publio.pl>>>

(fot. materiały prasowe)

Patricia Pearson. Ur. w 1964 r. Kanadyjska dziennikarka, publikowała m.in. w "The New Yorker", "The New York Times" i "The Guardian". Mieszka w Ontario z mężem i dwójką dzieci. W książce "Drzwi do nieba" pisze o doświadczeniu śmierci (NDE, z ang. Near Death Experience).

Anna Konieczyńska . Sekretarz redakcji magazynu "InStyle", jedna druga agencji kreatywnej ThinkFashion.pl, połowa duetu serialowego Qkmal, doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Lubi pisać, pracować, plotkować.