Twój nowy singel robi furorę. Spodziewałaś, że powrót na scenę to będzie aż taki - żeby zacytować tytuł płyty - "BANG!"?
- Tytuł płyty miał sugerować niespodziankę, którą chciałam sprawić mojej publiczności po siedmiu latach przerwy. Nie ukrywam, że dla mnie ten album też jest zaskoczeniem, bo powstał w niecałe pół roku i jest to najbardziej spontaniczna produkcja w mojej karierze. Już po wypuszczeniu singla przekonałam się, ilu starych fanów mnie jeszcze pamięta. A myślałam, że będę musiała zaczynać wszystko od nowa po tak długim czasie. Takie entuzjastyczne przyjęcie na pewno dodaje skrzydeł.
Kręcenie teledysku do singla "Bejbi Siter" było ponoć niezłą przygodą. Jak się bawiłaś w nocy w pustym hipermarkecie?
- Od dawna marzyłam o takiej scenerii do klipu. A jak się później okazało, nie tylko ja miałam z tego frajdę. Cała ekipa teledysku jeździła na wózkach na zakupy, budowane były ogromne wieże z małych koszy, tworzone kompozycje z artykułów z różnych działów itp. Wymyślaliśmy również nowe zastosowania dla różnych rzeczy - na przykład graliśmy w tenisa cytrynami. Podczas kręcenia zdjęć powstało tak dużo materiałów, że był później ogromny problem z wyborem scen. Może uda nam się kiedyś jeszcze zmontować "making of" z klipu i pokazać trochę więcej tego, co się działo między ujęciami.
Tekst i teledysk do utworu "Bejbi Siter" budzą dosyć skrajne emocje: część widzów jest zachwycona, a część w swoich komentarzach wyraża niesmak i oburzenie, pisząc nawet, że "trafili na granice internetu". Jak myślisz, dlaczego tak jest?
- Może linia podziału między tymi, którzy z miejsca pokochali ten utwór, a tymi, którzy czują się nim niemal oburzeni, przebiega dokładnie tam, gdzie linia oddzielająca tych, którzy mają i nie mają dzieci?
W formie popowej piosenki podjęłaś istotny problem społeczny: walkę współczesnej kobiety o własną tożsamość i samodzielność. Skąd taki pomysł?
- Na mojej płycie znajdują się wyłącznie utwory o sprawach dla mnie ważnych, które mnie osobiście dotyczą. Singel "Bejbi Siter" miał z przymrużeniem oka zwrócić uwagę na multizadaniowość, jakiej często oczekuje się w dzisiejszym świecie od kobiet, i na stereotypy, które się z tym wiążą. Poza tym uważam, że młode matki potrzebują wsparcia i mam nadzieję, że ten kawałek pomoże im czasem puścić oko do siebie samych i zrobić coś "na spontanie", na przekór zmęczeniu.
Czy muzyka, było nie było, rozrywkowa, wydaje ci się skutecznym medium do mówienia o istotnych sprawach? O czym jeszcze mówisz na tej płycie?
- Śpiewam o zmaganiach z natłokiem informacji, o wszechobecnym hałasie, o utracie umiejętności wyciszenia się i usłyszenia swoich pierwotnych myśli. Chyba najbardziej czytelnym i jaskrawym manifestem o wydźwięku antykonsumpcyjnym jest utwór "Bilet wstępu", w którym czytam opowiadanie poświęcone galeriom, ale nie sztuki, tylko handlowym. Jest też trochę - jak zwykle - o miłości, ale o tej zmysłowej.
Jak z twojego punktu widzenia wygląda we współczesnym świecie bycie matką? Czy to łatwiejsze, czy trudniejsze niż w czasach, kiedy sama byłaś dzieckiem?
- Nie umiem tego porównać. Mam w pamięci rodziców, którzy wpisują się na społeczne listy i stoją w kolejkach po kawę buty czy pianino. Często muszą wyczarować coś z niczego. Dziś mamy uginające się pod towarem półki, ale też musimy się nie lada natrudzić, aby zapewnić naszym rodzinom zdrowe pożywienie, czystą wodę czy powietrze. Dzieciaki z mojego pokolenia wychowywały się na podwórku z kluczem na szyi, dzisiejsze - przed komputerem czy ze smartfonem. Myślę, że każde rodzicielstwo, bez względu na czasy, w których się żyje, jest ogromnym wyzwaniem dla rodziców.
Jak fakt, że zostałaś matką, zmienił twoje życie i spojrzenie na świat?
- Myślę, że podobnie jak u innych: przestałam się wreszcie przejmować drobiazgami, na nowo ustawiłam priorytety. Zmieniło się centrum wszechświata i dobrze mi z tym. Postrzegam macierzyństwo jako kolejny, bardzo intensywny rozdział rozwoju osobistego. Mam wrażenie, że gdy kobieta zostaje matką, nagle, chcąc nie chcąc, staje się człowiekiem renesansu. Musi ogarniać kilka tematów naraz, w dodatku w dziedzinach, o których nie miała wcześniej pojęcia. To rozwija w nas kreatywność, umiejętność radzenia sobie w ekstremalnie trudnych sytuacjach, a czasem po prostu zmusza do bycia mistrzynią prowizorki, co osobiście uważam za bardzo urokliwe.
Co z tego, co robiłaś kiedyś, z nowej perspektywy wydaje ci się bezsensowne, głupie czy wręcz niedopuszczalne?
- Wychodzę z założenia, że wszystko jest po coś. Również błędy, na których się uczymy, dlatego nie podchodzę tak kategorycznie do przeszłości.
Żyjesz w związku z muzykiem. Jakie napięcia to powoduje, a na ile pomaga w codziennym wspólnym funkcjonowaniu?
- Myślę, że fakt, iż uprawiamy te same zawody, ma dużo zalet. Mamy podobny zegar biologiczny. To znaczy, że wstajemy, jak się wyśpimy, nie używamy budzika. Zresztą w naszym domu nie ma zegara w widocznym miejscu i nigdzie się nie spieszymy. Jak się umawiamy z kimś, to najczęściej po obiedzie, albo po południu i nikt nie wie dokładnie, o której to będzie. Myślę, że gdyby jedno z nas pracowało w korporacji, a drugie miało tak luźny rozkład dnia, trudno byłoby to pogodzić.
Możemy też pracować na zmianę, dzięki temu przy wsparciu rodziny nie musimy korzystać z pomocy opiekunek. Często jest też tak, że więcej pracujemy w weekendy i latem, więc nasze wakacje są w zupełnie innym terminie niż tradycyjne. Natomiast jeśli chodzi o kwestie muzyczne, to wyznaczamy sobie bardzo wyraźne granice i nie ingerujemy w nasze osobiste koncepcje.
Skoro wracamy do muzyki - powrót na scenę budzi w tobie więcej nadziei czy obaw?
- To jest trochę tak, jak z każdym występem. Jednych trema mobilizuje, innych paraliżuje. Ja jestem podekscytowana i zmotywowana, choć wiem, że w dużej mierze zaczynam wszystko od nowa. Mam ogromne wsparcie w zespole, w ludziach, z którymi tworzyłam płytę. Za najważniejszy element mojej działalności uważam koncerty. Zresztą zawsze czułam, że jak jest ryzyko, to jest i zabawa.
Przez tych kilka lat polski rynek muzyczny zmienił się diametralnie. Czy śledzisz te zmiany? Jakie zjawiska są dla ciebie ważne, a może inspirujące?
- Fascynują mnie nowe technologie. Przyglądam się nowym mediom, które w moim przeświadczeniu sprzyjają totalnej niezależności artystycznej i dają możliwość natychmiastowej publikacji i weryfikacji własnej twórczości. Poza tym scena klubowa bardzo się rozrosła. To wszystko moim zdaniem potęguje kreatywność i entuzjazm wśród twórców.
Jak powstawał twój nowy materiał?
- Bardzo spontanicznie, bez jakichś konkretnych założeń czy kalkulacji. Chodziło o to, aby się wykrzyczeć, wypowiedzieć i wymienić wspólną energią. Decyzja o rozpoczęciu nagrań była też dosyć nieoczekiwana, bo przyznaję, że trudno mi było oderwać się od celebrowania życia rodzinnego. Myślę, że czekałam podświadomie na odpowiedni czas i ludzi, i kiedy już pojawili się na mojej drodze trzej niezależni producenci, reszta potoczyła się błyskawicznie.
Stendek, czyli Maciej Wojcieszkiewicz, gdański muzyk, który jest najważniejszym współtwórcą nowego materiału, do tej pory był ceniony przede wszystkim w dość głębokiej niszy. Co sprawiło, że zdecydowałaś się powierzyć mu pracę nad swoją nową płytą?
- Mój perkusista przedstawił mi go na jednej z prób. Kiedy usłyszałam jego nagrania, nie mogłam uwierzyć, że nie ma muzycznego wykształcenia. Myślę, że fakt, iż skończył malarstwo na ASP, nie jest bez znaczenia, ponieważ muzyka, którą tworzy, ma w sobie wiele z misternej architektury. Chyba urzekła mnie w nim świeżość i otwartość na czyjeś koncepcje. Stendek potrafi słuchać i nie jest ekspansywny. Myślę, że są to cechy, których mi ciągle brakuje, a że przeciwieństwa się przyciągają, ten układ okazał się idealny do współpracy.
Jaki był udział Bunia, Michała Skroka, w tworzeniu tej płyty? Na ile we wspólnej pracy nad muzyką pomagało wam to, że znacie się od lat?
- Bunio w tym przypadku popisał się umiejętnościami telepatycznymi, bo gdy tworzyłam w kompletnej tajemnicy pierwsze nagrania ze Stendekiem, on przysłał mi, ni stąd ni zowąd, maila z dopiskiem: - Nagrałem ten kawałek i pomyślałem o tobie, możesz z nim zrobić, co chcesz . To było o tyle niesamowite, że kilka lat się nie kontaktowaliśmy i w jakimś sensie zapomnieliśmy o sobie. Były co prawda po mojej płycie "Trans Misja" wspólne plany, aby coś zrobić razem z Dick4Dick, ale jakoś się nie złożyło. W każdym razie kawałek Bunia zainspirował mnie do napisania historii o Bejbi Siter i stał się ważną częścią mojej nowej płyty.
Współpracowałaś przy tej płycie także z Kubą Karasiem z grupy The Dumplings, muzykiem z zupełnie innego pokolenia. Skąd taki pomysł?
- Poznaliśmy się rok temu na jednym z sopockich koncertów The Dumplings. Kuba przygotował na ten właśnie koncert nowe remiksy ich kawałków z pierwszej płyty. Bardzo mi się one spodobały. Potem trochę razem poimprezowaliśmy i wpadliśmy na pomysł wspólnej sesji nagraniowej w wakacje. Podczas niej powstało kilka szkiców. Dwa z nich rozwinęliśmy po jakimś czasie i weszły na moją płytę w postaci bonusu. Kuba zaskoczył mnie znajomością i wyczuciem brzmień elektronicznych z lat 70. i 80. Mimo młodego wieku Kuba w ogóle jest jakiś retro. Bardzo mu kibicuję.
Jak bardzo trzeba będzie zmodyfikować ten materiał, żeby móc go zagrać na żywo? Budujesz specjalny zespół na koncerty?
- Z tą transformacją nie będzie problemu, ponieważ na trasę koncertową wybieram się z producentem większości moich kawałków, czyli ze Stendekiem. Towarzyszyć nam będą również elektroniczne bębny i wizualizacje. Chcemy też przygotować dla moich fanów kilka remiksów starszych kawałków.
Jak będzie wyglądała koncertowa promocja tego materiału? Planujesz intensywną trasę po całym kraju czy raczej kilka występów w prestiżowych miejscach?
- Zaczynamy z premierowymi koncertami w klubach w kilku miastach Polski. Potem, mamy nadzieję, zagramy na paru letnich festiwalach, a jesienią wracamy z większą trasą koncertową po całym kraju.
W ostatnich latach stałaś się niemal ikoną zdrowego stylu życia. Czy to się da w jakikolwiek sposób pogodzić z tym, co się dzieje na trasie koncertowej?
- Trasy koncertowe rządzą się własnymi prawami i bliżej im do rock'n'rolla niż do zdrowego stylu życia. O ile dziś coraz częściej można poprosić o wegetariański catering w garderobie, albo zjeść coś lekkostrawnego w restauracji, to nie oszuka się organizmu, grając koncerty po północy. To rozregulowuje na dobre i bardzo trudno potem dojść do równowagi. Natomiast satysfakcja z grania koncertów jest tak wielka, że wszystkie te niedogodności idą w niepamięć. Jak to zwykle bywa: coś za coś...
Na ile da się we współczesnym świecie uciec od tego, co w nim niezdrowe?
- Zdrowy styl życia nie jest dziś łatwy. Na wyciągnięcie ręki mamy dostępną zazwyczaj wysoko przetworzoną żywność, naszpikowaną pestycydami i herbicydami. W wielu miastach Polski pojawił się smog. Poza tym wiem z własnego doświadczenia, że naszym największym wrogiem jest brak czasu, co oczywiście nas nie tłumaczy i nie rozgrzesza. Wychodzę natomiast z założenia, że tam, gdzie mamy wpływ na jakość naszego życia, powinniśmy z tego korzystać i dokonywać perspektywicznych wyborów, których nie będą żałowały przyszłe pokolenia.
Reni Jusis. Polska wokalistka, kompozytorka i autorka tekstów. Urodziła się w 1974 roku. Z muzyką związana była od dziecka. Jej solowy debiut ukazał się w 1998 roku. Płyta "Zakręcona" sprawiła, że Jusis dołączyła do czołówki wykonawców polskiej muzyki popowej. Kolejne płyty umacniały jej pozycję i pokazywały spore możliwości artystki, która skutecznie próbowała swoich sił w różnych gatunkach. Wycofała się z aktywnej działalności muzycznej, skupiając się przede wszystkim na życiu rodzinnym. Jej partnerem jest muzyk, Tomasz Makowiecki, mają dwoje dzieci. Artystka właśnie wraca na scenę - wydała pierwszy od siedmiu lat album zatytułowany "BANG!".
Przemysław Gulda. Dziennikarz "Gazety Wyborczej" od 2000 roku. Pisze o kulturze. Relacjonuje festiwale muzyczne na całym świecie. Ma w dorobku dwie książki: powieść "Siedemnaście sekund" i zbiór opowiadań "Chłopcy i dziewczęta w Polsce", jest współautorem alternatywnego przewodnika "Zrób to w Trójmieście" (wyd. Agora). We wrześniu ukazała się jego książka "Moi sąsiedzi nie żyją" - reportaż o gdańskich Żydach.