Rozmowa
Wadim Tyszkiewicz (fot. Agata Grzybowska/AG)
Wadim Tyszkiewicz (fot. Agata Grzybowska/AG)

Mniej więcej wtedy, gdy szef MSZ mówił, że prezes TK przypomina mu ajatollaha, pan w ambasadzie Iranu pozyskiwał inwestorów dla Nowej Soli.

- Bo warto rozmawiać. Wie pan, ja uważam, że trzeba wykorzystywać każdą szansę, żeby ludziom dać pracę i lepsze życie. Dla mnie, jako prezydenta miasta, jako samorządowca, nie ma nic ważniejszego niż rozwój gospodarczy. I nie powinno być ważniejszego celu dla rządzących naszym krajem. Jeżeli nasza gospodarka będzie silna, to i znajdą się pieniądze na edukację, kulturę, sport... Jednym słowem na godne życie. A to diabelnie ważne w moim mieście, które przeżyło transformację ustrojową w wyjątkowo bolesny sposób.

Jak bardzo bolesny?

- Nowa Sól za PRL-u była rozwijającym się, kwitnącym, prawdziwie robotniczym miastem. Jednak wraz z komuną upadły potężne nowosolskie fabryki. Dla miasta istniały dwa wyjścia: odbudować gospodarkę albo czekać na powolną śmierć. Albo jeszcze w agonii gdzieś trwać i się wykrwawiać, walcząc o przetrwanie. Postanowiliśmy odbudować upadłą gospodarkę. I dlatego wykorzystuję każdą szansę, by znaleźć inwestora, czy też pozyskać kontrahenta, który np. będzie kupował produkty z nowosolskich fabryk. Oczywiście są granice, współpraca z Koreą Północną mnie nie interesuje. Ale sankcje na Iran zostały zniesione. Mam nadzieję, że ten kraj zacznie się odbudowywać i będzie zmierzał we właściwym kierunku. A jeśli chce inwestować swoje pieniądze w Polsce, to uważam, że trzeba z nim rozmawiać.

Wadim Tyszkiewicz (fot. Michał Bedner/AG)

Ludzie piszą do pana na Facebooku: panie prezydencie, niech pan doradzi, jak pozyskiwać inwestorów. Bo się to panu udaje lepiej niż władzom wielu innych miast w Polsce.

- Powiem panu tak: tu będę nieskromny, ale nie będą to przechwałki. Udaje się, bo o pozyskiwaniu inwestorów wiem praktycznie wszystko. Zajmuję się tym 14 lat.

Wszystko?

- Zanim zostałem prezydentem miasta, przez siedemnaście lat prowadziłem własną firmę. I nauczyłem się wcielać w rolę klienta. Kiedy prowadziłem tę moją firmę, kierowałem autami, byłem magazynierem, stałem za ladą, byłem sprzedawcą, a także prezesem. Wiem, co to znaczy prowadzić własny biznes, wiem, co to znaczy ciężko pracować na swoim. I wiem, jak ustawić się "do klienta", czyli wejść w jego skórę i wyczuć jego oczekiwania i potrzeby.

Te doświadczenia przydają się na państwowym?

- Tak. Przeniosłem je na samorząd. To też swego rodzaju firma. Ale potem przez lata w samorządzie znów się uczyłem. Na początku przegrywałem. Wiele razy. Kiedy mnie koledzy pytają, jaki jest klucz do sukcesu w pozyskiwaniu inwestorów, odpowiadam: oprócz profesjonalizmu, trzeba jeszcze nauczyć się przegrywać i być cierpliwym.

Wiele razy pan przegrywał?

- Oj, na początku tak. Pięć, sześć razy co najmniej. Najpierw straciliśmy Bridgestone - opony samochodowe uciekły na Węgry, potem nie przyszedł do nas Asus, choć było bardzo blisko - komputery, płyty główne. Też przegraliśmy. Tym razem z Czechami. Potem jeszcze przegraliśmy... a właściwie nie tylko my. Wie pan, kto przegrał? Polska przegrała.

Dlaczego Polska?

- Bo w tych inwestycjach, o które walczyliśmy, to - mówię uczciwie - oferta Nowej Soli była najlepsza w kraju, tylko sama Polska przegrywała. To dotyczy Bridgestone'a, Asusa, Daimlera, Honeywella - to była nasza ostatnia bolesna przegrana. Turbosprężarki do silników samochodowych. Amerykański koncern po prostu uciekł na Słowację, bo został zlekceważony przez polski rząd. Więc ja i moi współpracownicy z Nowej Soli wielokrotnie przegrywaliśmy. Można byłoby się zniechęcić, powiedzieć "nie mamy siły, po co nam to, poddajemy się".

Wadim Tyszkiewicz (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Pan się nie poddał.

- To jest właśnie te siedemnaście lat prowadzenia własnej firmy. Były wzloty i upadki. Stworzyłem największą firmę informatyczną w województwie lubuskim, ale nie zawsze było z górki. Życie nauczyło mnie walki i reguł prowadzenia własnego biznesu, które mówią, że wcale nie musi się udać za pierwszym razem. Chyba, że ktoś ma wielkie szczęście i w totolotka wygrywa raz za razem. Ja takiego szczęścia nie mam i swoje szczęście musiałem wypracować - i w życiu, i w samorządzie. Nie ma nic za darmo.

Wielokrotnie krytykował pan centralne władze za zaprzepaszczanie polskich szans.

- Jak ja słyszę o programie Morawieckiego, to się dziwię tym zachwytom nad nim. Dla mnie tam nie ma żadnych konkretów. Są pobożne życzenia, jaki to będzie wzrost gospodarczy i jak to Polska niby będzie się pięknie rozwijać. Wzrost i rozwój muszą się z czegoś brać! Na czymś trzeba oprzeć ich podstawy. Na czym? Powiem panu. A mianowicie na tym, że się otworzymy na świat, że będziemy stosowali zachęty dla inwestycji zagranicznych. Wszystko jest policzalne. Wie pan, ja na przykład jestem zwolennikiem grantów.

Grantów?

- Grant to są pieniądze, którymi państwo wspiera gospodarkę i firmy, ale po to, żeby się zwróciły. Ktoś, kto tego nie rozumie, będzie się pieklił, że dajemy inwestorom pieniądze. Że to złodziejstwo. A jest dokładnie odwrotnie. Zasada jest prosta. W Polsce i Europie jest pomoc publiczna, określona w zależności od danego regionu. Można korzystać ze zwolnień i ulg podatkowych, np. w strefach ekonomicznych. Ale można też kogoś wesprzeć grantem.

Firmę? Inwestora?

- Tak! Tylko, że to nie będzie rozdawnictwo, ale forma pożyczki. Ktoś mówi tak: dobra, to ja nie wybuduję fabryki na Słowacji, tylko w Polsce. Daję mu grant: wsparcie na rozwój, czyli w pewnym sensie pożyczam pieniądze. On buduje fabrykę, zatrudnia ludzi. Ludzie zaczynają zarabiać i płacić podatki PIT. Zaczyna zarabiać też firma. Przekraczając próg pomocy zaczyna płacić podatki. Wszyscy po drodze zyskują. Grant, czyli zainwestowane pieniądze publiczne, się odzyskuje. My w mieście mamy nowoczesny zakład i podatki na inwestycje miejskie, a ludzie pracę. Ani poprzednie, ani obecne władze tego nie rozumieją. Nie rozumieją, że żeby rozwój gospodarczy był faktem, to trzeba zastosować pewne mechanizmy, które na ten rozwój gospodarczy się składają. Rozumieją to Czesi, Słowacy, a nawet Niemcy, na rzecz których tracimy inwestorów.

Rozumiem, że za osiągnięcia ostatnich 27 lat uważa pan transformację, wzrost PKB, inwestycje. Ale krytycy tego ćwierćwiecza argumentują: że wciąż jest duże bezrobocie i bieda, że 2 miliony wyemigrowały, że są miasta znajdujące się na drugim biegunie niż Nowa Sól.

- Wszystko zależy od tego, do kogo my chcemy się porównywać? Do krajów, które swój dobrobyt i potęgę gospodarczą budowały spokojnie przez dziesiątki, albo setki lat? Do Niemiec odbudowanych przez Plan Marshalla? Do Wielkiej Brytanii z eksploatowanymi koloniami przez wieki? Niepoważne. Możemy się porównywać do Węgier, Słowacji, Czech - to jest nasz poziom, a i z nimi zaczynamy dziś przegrywać, na przykład liczbą inwestycji zagranicznych i wysokością zarobków. Polska jest zróżnicowana, to fakt, dlatego trzeba rozsądnej, przemyślanej polityki wsparcia rozwoju całego kraju.

Wadim Tyszkiewicz (fot. Michał Bedner / Agencja Gazeta)

Może więc krytycy mają trochę racji?

- Nie zgadzam się. To, że Polska jest w ruinie, to mówią hipokryci. Na dodatek mówią nieprawdę. Polska zrobiła gigantyczny krok do przodu. Jesteśmy zupełnie innym krajem, tak jak Nowa Sól jest zupełnie innym miastem, niż w 1989, czy choćby 2004 roku. Jeżeli ktoś tego nie docenia, to jest nieuczciwy politycznie i próbuje grać na ludzkich emocjach, mówiąc, że u nas wszędzie jest bieda i ruiny. A skąd się biorą ludzie biedni? Stąd, że jest słaba gospodarka. Nie ma pracy, to jest i bezrobocie, i bieda. Więc trzeba tę gospodarkę odbudowywać i rozwijać, a nie ciągle narzekać. Wie pan, jeżeli dziś w Polsce idziemy w stronę państwa socjalnego, a może nawet socjalistycznego, to to jest bardzo zły kierunek.

500 zł na dziecko...

- Właśnie. Pani premier mówi, że jest sukces, bo program 500+ zaczyna działać. Wie pan, gdyby rząd wskazał, skąd te pieniądze się wezmą, gdyby premier powiedziała: "Zarobiliśmy 20 miliardów złotych, rozkręciliśmy gospodarkę i dochód nam tak wzrósł, że mamy do wydania, rozdania 20 miliardów", to byłby sukces.

A my tych 20 miliardów nie mamy.

- Zgadza się. A jeśli zabierzemy jednym, żeby rozdać drugim, to zadziałamy wypisz, wymaluj jak bolszewicy, którzy zabierali bogatym i dawali biednym, równając w dół. Albo jak Janosik, który według historyków niekoniecznie był bohaterem. To nie jest dobra informacja dla Polaków, bo oznacza, że wydajemy coś, czego nie mamy.

Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej nie przyznał np. Małopolsce 20 mln zł dotacji na realizację antysmogowego programu LIFE.

- Na przykład. Nauczmy się wreszcie, że jeżeli nie mamy pieniędzy, a chcemy wydawać, to albo musimy je dodrukować, co jest złe, albo musimy je komuś zabrać. Skąd i komu zabierzemy? Z miejsc, które miały służyć rozwojowi państwa. Dla mnie to nie jest dobra informacja. Polacy niestety odbierają to inaczej, stąd tak wysokie poparcie dla PiS w sondażach.

Wadim Tyszkiewicz (fot. Adam Stępień/AG)

To jak pomagać biednym?

- Na pewno nie poprzez bezmyślne rozdawnictwo, które demoralizuje i utrwala biedę. Gdybyśmy zarobili te pieniądze i mądrze rozdawali, to co innego. Najskuteczniejszą formą pomocy - sprawdziłem to w moim mieście - jest pomoc poprzez zapewnienie pracy. Praca, praca, praca. Ludziom trzeba pomagać. My w Nowej Soli mamy program robót publicznych. Tym, którzy nie płacą czynszów pomagamy, ale nie poprzez anulowanie zaległości, ale poprzez umożliwienie ich odpracowania. Sprawdza się.

Ludzie chcą pracować?

- Nie wszyscy. Oceniam, że co trzecia osoba. Ale to i tak dużo. Roboty publiczne sprawdzają się u nas do dziś, mimo że miasto jest bogatsze, niż było. Na przykład są przydatne dla ludzi w wieku średnim. Przecież jak ktoś ma 57 lat i jest bezrobotny, to trudno mu znaleźć pracę w nowych, nowoczesnych fabrykach. Nasz program to szansa na powrót takich osób do aktywności zawodowej. Szansa na dotrwanie do emerytury. A w ramach robót publicznych ludzie robią genialne rzeczy - mamy dzięki nim Park Krasnala, centrum rozrywki, gdzie ludzie pracują i budują wspaniałe rzeczy. To jest realna pomoc przez pracę. Obawiam się, że program 500+ zniweczy nasze wysiłki - ludziom przestanie się opłacać pracować. Będą woleli pójść do okienka i sięgnąć po pieniążki, które ot tak rozda państwo.

Sfotografował pan rozwalone lokum socjalne i stwierdził, że nie wszystkim warto pomagać. Tylko tym, którzy chcą, żeby im pomóc.

- Posypały się wtedy na mnie gromy, ale cieszę się, że większość ludzi stanęła jednak po mojej stronie. Te mieszkania zniszczyli ludzie, którzy je dostali za darmo od miasta, w ramach pomocy. Nie wszyscy są to wstanie docenić. Przykład: w sprawie dewastacji interweniowała Straż Miejska, sprawa trafiła do sądu, sąd wydał wyrok, o ile pamiętam: 3 miesiące aresztu, albo zamiennie prace społeczne. Straż zaproponowała, żeby w ramach tych prac sprawcy posprzątali zniszczone i zaniedbane przez nich podwórko przed ich lokalem. Wie pan, że woleli pójść do aresztu?

Pan żartuje!

- Nie. Tak było. Ludzie nauczyli się żyć za cudze, za pomoc społeczną, przyzwyczaili się do tego, że zawsze ktoś im pomoże. Pieniądze dawane za darmo sprawiają, że ludzie się demoralizują, a bieda jest dziedziczona z pokolenia na pokolenie.

Inaczej wydaje się pieniądze, które się zarobiło, niż te, które dostało się do ręki za nic.

- Tak jest. I zupełnie inaczej się je szanuje. Dostanie czegoś za darmo powoduje to, co opisałem przy okazji tych zniszczonych mieszkań socjalnych. Bieda i patologia, w którą ludzie wpadają, są często dziedziczone. Ojciec i matka nie pracowali, żyli z zasiłków i "jakoś dawali sobie radę"! I dzieci potem powielają ten schemat życia za 700-800 zł miesięcznie pobrane z różnych okienek. Dobrze jeśli jeszcze gdzieś coś dorobią na boku. I teraz, jak niektórzy dostaną po te 500 zł, to obawiam się, że w wielu przypadkach ta patologia po prostu się pogłębi.

Czyli pana zdaniem państwo, zamiast przerywać w ten sposób łańcuch biedy, tylko go umacnia?

- Ludziom trzeba pomagać poprzez umożliwienie im pracy. Będę to powtarzał do upadłego jak mantrę. Chcesz pomocy? Proszę bardzo. U mnie ludzie zamiatają ulice, pracują przy robotach stolarskich czy budowlanych w Parku Krasnala, zbudowali tor do jazdy rowerami bmx, wykonują też prace melioracyjne itd. Popadli w kłopoty, potrzebują pomocy - i taką pomoc otrzymują. Pracę. Jeżeli się daje pieniądze za nic, to do niczego dobrego nie prowadzi.

Wadim Tyszkiewicz (fot. Sebastian Rzepiel/AG)

Polska zmierza w złym kierunku?

- Tak uważam. Idziemy w kierunku kraju "zarządzanego przez jedną osobę", jest na to nazwa i jest to niebezpieczne, co pokazała wielokrotnie historia. Zresztą - ktoś może nawet i mieć szczytne intencje, ale niekoniecznie na wszystkim musi się znać. I tyle.

Dlaczego wszedł pan w centralną politykę, czyli dołączył do Nowoczesnej?

- Mam poczucie, że w Nowej Soli wszystko działa tak, że beze mnie się nie rozsypie. Mamy wieloletni plan inwestycyjny i finansowy, mamy cele. Nowa Sól wprawdzie nadal nie jest jeszcze miastem najbogatszym, wciąż mamy wiele realnych problemów. Ale sądzę, że idzie ku lepszemu. To jest moja ostatnia kadencja, więcej kandydował nie będę, bo polityki w samorządzie powinno być jak najmniej. I tak radzę moim kolegom wójtom, burmistrzom i prezydentom. Gdy Nowoczesna, którą współtworzyłem, przekształcała się ze stowarzyszenia w partię, postanowiłem zostać z boku. Myślałem, że wytrzymam bez polityki do końca tej kadencji.

No więc dlaczego pan nie wytrzymał?

- Bo po tym, co się w Polsce wydarzyło w ostatnich miesiącach, sumienie mi nie pozwala stać z boku. Boję się, że stracimy to, co przez wiele lat ciężką pracą wywalczyliśmy i wypracowaliśmy. Spróbuję więc, nawet w opozycji, mieć bezpośredni wpływ na tę politykę, żebyśmy się nie cofali w rozwoju.

Uczestniczył pan w marszu KOD, napisał pan, że trzeba tam być. Z automatu jest pan gorszym sortem, ubekiem i konspiratorem.

- Jeśli tak mówią najważniejsze osoby w państwie, to jest mi bardzo przykro.

A pan ma w żyłach krew polską, niemiecką, ukraińską, jest pan przesiedleńcem z ZSRR. Jak się pan dzisiaj w Polsce czuje?

- Do tej pory czułem się bardzo dobrze, ale ostatnio nie najlepiej.

To znaczy?

- Jeżeli ja ciężko pracowałem przez całe swoje życie, i coś osiągnąłem dzięki tej pracy, to jak ktoś mnie teraz nazywa komunistą i złodziejem, to ja się bardzo źle z tym czuję. Są ludzie w tym kraju, którzy sieją nienawiść i na złych emocjach budują swoją pozycję. To powoduje, że ludzie w Polsce są najbardziej skłóceni od 1989 r. Wtedy brat stawał przeciw bratu i ludzie byli bardzo wrodzy wobec siebie. Niestety to wróciło. Nie czuję się ani złodziejem, ani komunistą, ja nigdy nie byłem w żadnej partii. I gdy mój prezydent, który miał być prezydentem wszystkich Polaków, nazywa mnie człowiekiem drugiej kategorii , bo jako demonstrujący raczej nie należę według niego do kategorii pierwszej, to taka kategoryzacja chyba nie jest najlepszym sposobem budowania wspólnoty narodowej, prawda? Z jednej strony ktoś mówi, że jest katolikiem, chodzi do kościoła, z drugiej strony sieje nienawiść i dzieli ludzi na lepszych i gorszych. Jak wielu Polaków, nie czuję się przez to komfortowo w swoim kraju.

Zobaczył pan ostatnio skutki tego dzielenia na poziomie zwykłych obywateli - kiedy dwie panie w aptece pokłóciły się strasznie o to, czy pan dobrze zrobił dołączając do Nowoczesnej. W pana mieście się ludzie o pana pokłócili.

- To pokazuje poziom napięcia pomiędzy Polakami. Mój zastępca, wiceprezydent Nowej Soli,- nazwijmy to żartobliwie - jest "kaczystą". Więc może pan sobie wyobrazić, że nasze spory o politykę są bardzo ostre. Ale właśnie przy tym podkreślam: samorząd nie ma barw politycznych. Na co dzień współpracujemy i wspólnie rozwiązujemy nasze lokalne problemy.

Nie przeszkadza wam to pracować w jednej drużynie?

- Nie. Przeszkadza nam, jak się pokłócimy o oponę w aucie prezydenta, czy o katastrofę smoleńską, ja mam inną opinię, mój wiceprezydent inną. Ale o to możemy się kłócić w chwilach wolnych od pracy, prywatnie, dla "relaksu". Natomiast jeśli chodzi o rozwiązywanie problemów w samorządzie, to tu nie może być polityki. Prywatnie możemy się kłócić i nie zgadzać. Ale łatanie dziur w drodze powinno być apolityczne. Tam, gdzie trzeba pracować i rozwiązywać problemy ludzi, tam jak najmniej powinno być polityki, bo to tylko rodzi prolemy.

Wadim Tyszkiewicz. Polski samorządowiec, przedsiębiorca, od 2002 prezydent Nowej Soli. Czterokrotnie wybierany na to stanowisko - dostawał odpowiednio 55,15, 83,51, 86,40 i 85,90 proc. oddanych głosów. Wielokrotnie nagradzany (np. Samorządowiec Roku 2013 w Polsce wg "Wspólnoty").W 2014 zdobył popularność w całej Polsce, gdy zatrzymał nietrzeźwego kierowcę - sprawcę tragicznego wypadku drogowego. Nowa Sól pod jego kierownictwem wyrosła na jedno z najprężniejszych małych polskich miast, za rządów Tyszkiewicza stopa bezrobocia w mieście spadła z ponad 40 proc. do ok. 10 proc.

Michał Gostkiewicz . Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl, wcześniej w Dzienniku.pl i tygodniku "Newsweek". Rozmawiał m.in. z Richardem Bransonem, Benjaminem Barberem, Robertem Biedroniem i prezydentem Andrzejem Dudą. Prowadzi bloga Realpolitik , bywa na Twitterze i Instagramie . Gdy nie pracuje, chodzi po górach i robi zdjęcia.

(fot. Publio.pl)