W swoim debiutanckim filmie "Na skrzyżowaniu wichrów" dotyka pan tematu przymusowych przesiedleń mieszkańców krajów bałtyckich na Syberię. Co tak młodego człowieka zainteresowało w tym temacie?
- Na pewno kwestie rodzinne. Na Syberię został deportowany mój dziadek. W rodzinnym archiwum mamy dużo listów i pamiętników moich krewnych z tamtego okresu. Kiedy Estoński Instytut Filmowy ogłosił konkurs na dokument, zgłosiłem się z tym tematem. Chciałem zrobić film, w którym postacie nie poruszają się. Jedna z autorek listów tak właśnie swoje wrażenia opisywała: jakby czas się zatrzymał.
Po nakręceniu pierwszej sceny pracownicy Instytutu powiedzieli, że forma, którą wybrałem, wykracza poza dokument. Zdecydowałem się więc na fabularny eksperyment. Etap zdjęć był wycieńczający. Jedną scenę kręciliśmy czasami przez kilka tygodni, bo ustawienie aktorów na planie musiało być cały czas takie samo. Kamera zaś ogarniała przestrzeń dokoła, całe 360 stopni.
Z Syberii nie zachowały się żadne zdjęcia. Zresztą nie wiem, czy to właściwe określenie, bo prawdopodobnie tam fotografii nikt nigdy nie robił. Chciałem specyficzną formą swojego filmu dostarczyć takich właśnie materiałów: obraz jest stylizowany na trójwymiarowe, czarno-białe fotografie.
Temat deportacji domagał się przypomnienia w Estonii?
- To bardzo dobrze znany moment naszej historii. Jest na ten temat mnóstwo dokumentów i innych materiałów. Ale tak jest od niedawna, bo do czasu okupacji Estonii przez Związek Radziecki nie można było oficjalnie mówić o wywózkach na Syberię. Do lat 90. moi rodacy znali przekazy historyczne z ust babć i dziadków, którzy dzielili się wspomnieniami z wnukami. Młode pokolenie jedynie w ten sposób zdobywało wiedzę o tamtych wydarzeniach. Po upadku ZSRR zaczęto się z tym epizodem rozliczać jawnie. Powracał w debatach i dyskusjach w mediach publicznych, powstało wiele prac naukowych. Ci, którzy doświadczyli zsyłek, publikowali swoje wspomnienia i biografie. Często przeprowadzano z nimi wywiady.
Mnie nie interesowało przypominanie tego tematu, tylko odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście życie w obozie miało wymiar jedynie tragiczny. Stąd w moim filmie historia miłosna rozdzielonych męża i żony. Ciekawiło mnie, czy w nieludzkich warunkach uczucie jest w stanie przetrwać.
Jak wyglądała obozowa codzienność?
- Dla każdej osoby inaczej. To, czy było łatwiej, czy trudniej, zależało od liczby dzieci czy miejsca osadzenia. Lokacja odgrywała wielką rolę - to od niej zależało, jaki rodzaj pracy się wykonywało i jakie racje żywności się otrzymywało. Nie bez znaczenia była też znajomość rosyjskiego. Życie było znacząco łatwiejsze, jeśli władało się tym językiem.
Przy pracy nad filmem miałem zresztą wielki dylemat, dotyczący tego, jak przedstawić główną bohaterkę. Miałem wrażenie, że od takich produkcji oczekuje się dramatu, pokazania cierpienia i katorgi. A przecież to nie do końca prawda. Niektórzy zesłańcy żyli znośnym życiem. Dziś o tym nie pamiętamy, bo przekaz historyczny jest jednoznaczny: zsyłka do obozu to był dla wszystkich koszmar.
Pochodzenie też odgrywało rolę? Bogatsi mogli się wykupić, trafić w lepsze warunki?
- Pierwsza deportacja z Estonii odbyła się w 1941 roku. Druga, większa - w 1949 roku. W czasie pierwszej zsyłki skupiono się przede wszystkim na osobach zamożnych i wyedukowanych, jak i tych, które miały w rodzinie wojskowego albo pracownika rządowego. Każdy z przesiedlanych mógł zabrać bagaż ważący najwyżej 30 kg. Ci, którzy zdecydowali się wziąć przedmioty wartościowe, dokonali fatalnego wyboru. Waluta, jak i dobra materialne były na Syberii bezwartościowe. Ci zaś, którzy spakowali ubrania, na miejscu okazali się wygrani.
Ważniejsze od pieniędzy było też jedzenie.
- Głód był największym problemem wśród zesłanych. Najbardziej cierpiały na tym dzieci. Matki nie dostawały dodatkowego przydziału żywności na nie. Standardowa racja dzienna wynosiła 200 g chleba na osobę, czyli dzisiejsze trzy kromki. Matka, załóżmy, trójki dzieci dostawała tyle samo, co kobieta bezdzietna. Musiała swoją racją podzielić się z nimi. Zasada była prosta: jedzenie przysługuje tylko tym, którzy pracują. Kiedy żywność się kończyła, a tak było w czasie największych przesileń wojennych, bo wojsko pochłaniało wszystkie zasoby, Sowieci zamiast wypieczonego chleba przyznawali 200 g mąki.
Dochodziło do aktów kanibalizmu?
- Takie informacje, ani nawet przesłanki, nie pojawiają się w biografiach osadzonych czy w ich świadectwach. Na pewno do kanibalizmu dochodziło wcześniej, kiedy w latach 30. Sowieci deportowali na Syberię Rosjan. Kiedy mieszkańcy krajów bałtyckich padli ofiarą zsyłek, Rosjanie byli już na miejscu. I oni bardzo Litwinom, Łotyszom i Estończykom pomagali. Ich rola w ocaleniu nowych zesłanych była ogromna, o czym rzadko dziś się mówi. Bo w obozie nie występowały antagonizmy narodowe. Wróg był wspólny: był nim sowiecki reżim. Przesiedleni dbali o siebie nawzajem niezależnie od pochodzenia.
Czym różniły się warunki w poszczególnych kołchozach?
- Jeśli mieszkało się blisko rzeki albo lasu, dużo się na tym zyskiwało. Syberyjskie rzeki były bogate w ryby. Można więc było zaopatrzyć się w jedzenie niezależnie od przyznawanych racji. O wiele więcej ludzi przetrwało więc w kołchozach przy rzece.
Takie organizowanie sobie żywności było legalne?
- Oficjalnie nie. Jeśli w pobliżu rosło pole obsadzone kukurydzą, nie wolno było z niego nic zerwać. Traktowano to jak kradzież, za którą groziły kary. Ale jeśli ktoś łowił ryby na rzecz kołchozu, nie było problemu, żeby jedną czy dwie schować i przemycić. Tak samo z różnymi plonami robili pracownicy pola. Bo oczywiście własnego pola mieć nie było wolno. Nie można było sobie czegoś zasadzić i na własny użytek uprawiać.
Na dzikie zwierzęta też polowano?
- Tych hodowlanych na Syberii nie było. Sprowadzano je dopiero po wojnie. Natomiast jeśli chodzi o dzikie, w biografiach i opowieściach pojawiają się tylko wilki. Bardzo się ich bano. Panowało przekonanie, że żadna z osób uciekających z Syberii przez las nie wydostała się na wolność, tylko padła ich ofiarą. Nie mówi się nic o niedźwiedziach ani ptakach. Wykluczyłbym więc możliwość polowania na dzikie zwierzęta.
Co jeszcze miało znaczenie dla jakości życia syberyjskich zesłańców?
- Wielkość wsi i stojący na jej czele dowódca. Jeśli był tyranem, umieralność była ogromna. Tam, gdzie trafił się łagodniejszy, łatwej było przeżyć. Zastanowił mnie fakt, że historia nie chce pamiętać o roli naczelników jako tych, którzy pomagali zesłańcom w przetrwaniu. W świadomości społecznej wszyscy byli podli.
Naczelnicy nawiązywali prywatne relacje z mieszkańcami kołchozów?
- Szczególnie z tymi, którzy znali rosyjski. Estończycy tu przodowali, bo zazwyczaj mieli ten język opanowany. Podobnie było z osadzonymi wcześniej Rosjanami.
Warto zaznaczyć, że te relacje brały się z przeświadczenia, że wszyscy uczestniczymy w tej samej tragicznej historii. Wszyscy ją piszemy. Tak myśleli też niektórzy naczelnicy, którzy nie mogli zaakceptować tego, co się na Syberii dzieje. Oni szczególnie chętnie bratali się z osadzonymi. W biografiach i listach z Syberii jest wiele takich przykładów, mówiących, że Sowieci starali się pomóc przetrwać zesłanym.
Sowieccy naczelnicy wiązali się z osadzonymi?
- Na początku takie związki nie były mile widziane. Przez zesłanych były naznaczone piętnem kolaborowania z wrogiem. Ale już po pięciu latach stały się czymś powszechnym. Po dziesięciu - czymś zupełnie normalnym. Osadzeni, którzy zanim trafili do obozu, byli w związkach, zostali z partnerami rozdzieleni. Kobiety trafiały do kołchozu. Mężczyzn pozbawiano życia albo kierowano do zakładania nowych obozów, nakazywano pracę w nieludzkich warunkach, które mało kto mógł znieść. Kobiety zostawały same. Nie było wokół nich mężczyzn z ich ojczyzny. Zostawali im jedynie Rosjanie.
Jak, szczególnie w pierwszych latach po zesłaniu, radzono sobie z popędem seksualnym?
- To był pierwszy instynkt, którego organizm się pozbywał po przybyciu do obozu. Instynkt przetrwania brał górę nad wszystkimi innymi. W wielu biografiach i dokumentach pojawia się na ten temat refleksja: że zesłańcy nie myśleli o seksie ani masturbacji. Psychologia potwierdza, że tak właśnie zachowuje się organizm, który skupia się na walce o życie.
Zmiany można było dostrzec dopiero po zakończeniu wojny. Pracownicy kołchozów nie musieli wtedy wszystkiego wysyłać wojsku. Wcześniej, jeśli mieli, załóżmy, ziarna kukurydzy, wszystkie trafiały do armii. Zesłańcom nie zostawało nic. Ponadto po wojnie zmieniły się relacje panujące w samym obozie. Naczelnicy zaczęli traktować osadzonych nie jako więźniów, tylko jak mieszkańców Rosji - większość znała już język, część z naczelnikami się przyjaźniła. To pozwoliło na pewne rozluźnienie. Wytworzyło się coś na kształt społeczności.
Ciężarna kobieta musiała pracować normalnie, czy miała jakieś przywileje?
- Na początku odnotowane przypadki ciąży należały do rzadkości. Zajście w nią w takich warunkach było niemal niemożliwe. Kobiety, które w czasie deportacji były ciężarne, poroniły, najczęściej w wyniku niedożywienia. Dopiero w latach 50., kiedy warunki w obozach zaczęły się poprawiać, na świat zaczęły przychodzić dzieci.
W obozach istniała służba medyczna?
- Oficjalnie tak. Na konkretny region przypadał jeden lekarz. Był od wszystkiego. Niektórzy z tych lekarzy nie mieli nawet praktyki. Leczyli każdy przypadek tym samym lekiem. Jednak Estonia ma bardzo długą tradycję leczenia zielarskiego, zresztą funkcjonującą do dziś. Osoby, które trafiły do obozów, były więc wyposażone w wiedzę na temat ziół i innych roślin. Najczęściej to one pełniły rolę doktorów. Wykorzystywały roślinność, by sobie nawzajem pomagać.
Był czas, żeby te zioła zbierać? Osadzeni mieli jakiś czas wolny?
- Standardem była praca sześć dni w tygodniu. Osoby zajmujące się wyrębem drewna zazwyczaj robiły to w czasie, kiedy świeciło słońce, było jasno. Ci, którzy byli przydzieleni do fabryk, mieli okresy intensywniejszej pracy, gdy wojsko rosyjskie potrzebowało drewna albo cegieł, czyli w czasie najbardziej intensywnych działań wojennych. Produkcja w fabrykach odbywała się wtedy na kilka zmian non stop.
Dzień wolny można było sobie zrobić zawsze. Bo oficjalnie nikt do pracy nie był zmuszany. Ale jeśli nie poszło się do pracy, nie dostawało się przydziału żywności.
Która praca była najbardziej wycieńczająca?
- Dla kobiet na pewno była to wycinka drewna. Pracowały przez 10 godzin na trzydziestostopniowym mrozie z użyciem jedynie siekier i pił ręcznych. Zresztą to było jednocześnie najbardziej niebezpieczne zajęcie. Wiele osób przy nim zginęło. Wycinka drewna nie była poddana regulacjom. Drzewa rąbano jednocześnie w wielu miejscach, nikt nad tym nie panował. A trzeba pamiętać, że drzewa na Syberii nie są takie, jak w Estonii czy w Polsce, tylko o wiele wyższe. Kiedy takie drzewo spadało, nierzadko trafiało w ludzi, którzy rąbali inne.
W jakich warunkach mieszkali zesłańcy?
- Mieszkania, choć nie jest to adekwatne słowo, były przydzielane odgórnie. Niektórzy w sześć osób zajmowali jeden pokój, inni - jedynie w trzy osoby. Część dzieliła przestrzeń z Rosjanami, inni pozostawali w gronie krajan. Nikt nie miał oddzielnego pomieszczenia tylko dla siebie. W biografii jednego z estońskich zesłańców jest opisane, że naczelnik obozu mieszkał ze swoją żoną jedynie we dwójkę, więc przygarnęli do siebie kilku Estończyków.
Warunki, jak w każdej lepiance, były fatalne. W większości te pomieszczenia były zbudowane z myślą o zwierzętach. Powstawały z błota i gałęzi. Nie było szans, żeby chroniły przed syberyjskimi mrozami. A rozmawiamy o temperaturach z zakresu minus trzydzieści, minus czterdzieści stopni. Zazwyczaj w budynku było tylko jedno palenisko, w którym ogień palił się cały czas.
Kto je zbudował?
- Rosjanie, którzy zostali zesłani przez Sowietów w latach 30. Potem, kiedy dołączyli do nich nowi zesłańcy, zaczęto wznosić kolejne budowle, ale na mniejszą skalę.
Osadzeni przez cały czas chodzili w ubraniach, które zabrali z domów?
- Przez kilka lat. Dopiero po wojnie Estończycy mogli swoim krewnym na Syberii wysyłać paczki. Wtedy nastąpiły pierwsze dostawy nowych rzeczy. One miały, po jedzeniu, najwyższą wartość. Jeśli ktoś dysponował ubraniem, miał największą szansę na przetrwanie.
Skąd krewni wiedzieli, że osadzeni wciąż żyją? Mogli się z nimi kontaktować?
- Zesłańcy pisali mnóstwo listów, ale nigdy ich nie wysłali. Tak samo było z moją bohaterką. Jej korespondencja to raczej forma pamiętnika, dziennika trzymanego w ukryciu. Pierwsze formy kontaktu z tymi, którzy pozostali w ojczyźnie, zesłańcy nawiązywali trzy, cztery lata po osadzeniu w obozie. Komunikacja była fatalna. Czasami jeden list szedł nawet pół roku. Ale to i tak nie był największy problem. Sprawę najbardziej utrudniał brak papieru. Nie było na czym pisać listów. Wiele z nich zostało napisanych na płatach drewna.
Więźniowie sami między sobą mogli się swobodnie komunikować?
- Z tym nie było problemów. Socjalizacja była nawet wymagana, kiedy w kołchozie obchodzono sowieckie święta. Wtedy razem śpiewano, spędzano cały dzień w większym towarzystwie.
Najważniejszą częścią obchodów były przemowy naczelników i innych, często stojących wyżej oficjeli. W tych przemowach wychwalano komunizm, zapewniano o jego wielkości i niezłomności. To była propaganda najwyższej próby. Robiono wszystko, by podnieść morale więźniów. Czasami z okazji świąt dostawali oni większe przydziały żywności, nawet podwójne. Zdarzało się również, że przygotowywano im zupę. To były ważne dni w życiu obozu.
Codzienność była jednak niewyobrażalnie trudna do zniesienia. Samobójstwa były częste na Syberii?
- Ten temat stanowił absolutne tabu. Nie wolno było go poruszać pod żadnym pozorem. Wiem, że zdarzały się sytuacje, że matki popełniały samobójstwo, żeby ocalić swoje dzieci. Sieroty trafiały bowiem do przytułków i właśnie tam przetrwało najwięcej dzieci. Nawet jeśli warunki w nich były fatalne, dostawały jedzenie.
Chciałby pan zrobić kolejny film na ten temat?
- Nie, mam dość. To przerażający epizod w dziejach świata. Zagłębiłem się w niego na tyle, że uważam, że moja misja została wypełniona. Teraz chciałbym się zająć czymś zupełnie innym.
Martti Helde. Urodzony w 1987 roku w Estonii reżyser. Studiował reżyserię w Bałtyckiej Szkole Filmowej i Medialnej (Uniwersytet Talliński) oraz reżyserię teatralną w Akademii Muzycznej i Teatralnej w Tallinnie. Jego debiutancki pełnometrażowy film "Na skrzyżowaniu wiatrów" dotyka tematyki zesłań mieszkańców krajów bałtyckich na Syberię. Wcześniej twórca podpisał siedem filmów krótkometrażowych i ponad 150 reklamowych. Był za nie wielokrotnie nagradzany.
Artur Zaborski. Studiował krytykę literacką i filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracował jako redaktor w portalach Onet.pl i Stopklatka.pl (w tym drugim szefował redakcji przez pół roku). Współpracuje z rozlicznymi mediami i festiwalami filmowymi. Zakochany w kulturze Iranu. Kibicuje transformacji Warszawy w miasto wielokulturowe.