Cukier w mojej diecie obecny jest chyba od zawsze. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby podważać zasadność spożywania go. Skąd w panu taka potrzeba?
- Śledziłem dyskusję specjalistów, którzy reprezentowali różne stanowiska na ten temat. Jedni przekonywali, że cukier to niezbędne źródło energii. Drudzy twierdzili, że to toksyna. Zacząłem się zastanawiać, kto, do cholery, ma rację. Zgłębiałem temat w internecie, który nie rozwiał moich wątpliwości. Wręcz przeciwnie - przyniósł tylko nowe pytania. Nie dawało mi spokoju, jak to jest możliwe, że w oficjalnych publikacjach ścierają się dwa tak radykalnie odmienne poglądy na tę kwestię. Odnalazłem w sobie żyłkę detektywa. Stwierdziłem, że muszę poznać prawdę, a do tej dotrę tylko, jeśli przeprowadzę eksperyment na własnym ciele.
I, ot tak, zdecydował się pan poświęcić własne ciało!?
- Wtedy nie wiedziałem zbyt wiele o odżywianiu. Nie zakładałem, że takie działanie może być ryzykowne. Rzadko sięgałem po czekoladę, napoje gazowane czy lody. Jedyna rzecz, której się obawiałem, to że ten eksperyment zaprowadzi mnie donikąd. Dlatego chciałem jeść cukier jak najdłużej. Uważałem, że 60 dni to lepsze rozwiązanie niż 30.
Wcześniej w ogóle nie zwracał pan uwagi na to, co je?
- Nie przejmowałem się tym za bardzo. Nie nazwałbym siebie ignorantem, ale o zagrożeniach płynących ze spożywania cukru nie wiedziałem nic. Potem rozmawiałem z kilkoma specjalistami, którzy powiedzieli mi, że nic w tym dziwnego. Producenci żywności starają się, ich zdaniem, tuszować takie informacje. To pewnie powód tego, że moim filmem niewiele osób się na początku zainteresowało. W ciągu ostatnich czterech lat przeczytałem chyba każdą możliwą publikację na ten temat. Dziś mój stan świadomości jest nieporównywalny z tym sprzed eksperymentu.
Na jakim etapie zauważył pan, że eksperyment nie idzie jak z płatka?
- Kiedy mój nastrój gwałtownie się pogorszył i zacząłem tracić siły. Stałem się ospały, przytyłem, często było mi niedobrze. Nie miałem ochoty na żadne aktywności. Kiedy budziłem się rano, nie chciało mi się wstawać, tylko spać dalej.
Ale przecież specjaliści mówili, że cukier to gwarancja energii.
- I nie dodawali, że chodzi o energię krótkotrwałą. To chwilowy zastrzyk. Końcowy etap eksperymentu był już nie do zniesienia. Moja żona była w ciąży, a to ja wymagałem więcej uwagi niż ona: miałem częste dołki, spadek formy, niechęć do stawania w szranki z codziennością. Dopóki do mojej diety nie powróciły świeże warzywa, ten stan się utrzymywał.
Skąd zmiany nastroju?
- Cukier wchłania się bardzo powoli. Wymaga to dużej pracy organizmu. W przeciwieństwie do pozyskiwania go choćby z warzyw. Ponadto mózg zapychany jest glukozą. W efekcie mamy problemy z koncentracją, szybko się męczymy, nie mamy na nic siły, towarzyszy nam zły humor. Oczywiście, każdy organizm reaguje inaczej. Ja jestem akurat z tych bardziej podatnych na takie reakcje.
A co z uzależnieniem od cukru? Pojawiło się u pana?
- To także kwestia, w której nie można generalizować, więc wypowiem się w swoim imieniu, ale proszę nie przykładać tych słów do każdego. U niektórych osób uzależnienie od cukru może przybrać formę skrajną, jak w wypadku nikotyny czy alkoholu. U mnie chęć dostarczenia go do organizmu pojawiała się rano. Kiedy już zwalczyłem senność i wyszedłem z łóżka, nie miałem ochoty na nic innego, jak tylko na coś słodkiego. To jak z winem. Dla mnie kieliszek wina wystarczy. Ale inni nie potrafią obejść się bez kolejnego. To kwestia budowy receptorów w naszym mózgu. Niektórzy potrzebują więcej dawek cukru, żeby je zaspokoić. Innym wystarcza mniej.
Chciał pan w którymś momencie przerwać eksperyment?
- Po kilku pierwszych dniach pojawiła się taka chęć. Normalnie ludzie przyzwyczajają się do cukru powoli. Mogą go jeść latami, zanim zauważą konsekwencje. Ja zafundowałem sobie terapię szokową. Skutki pojawiły się natychmiast. Czułem się wykończony, co wywołało myślenie, że nie mam siły tego kontynuować. Jednak po kilku następnych dobach zacząłem się do tego stanu przyzwyczajać. Chęć dobrnięcia do końca wygrała.
Ile cukru dziennie faktycznie potrzebujemy?
- Światowa Organizacja Zdrowia mówi, że racjonalna dzienna dawka cukru na osobę wynosi nie więcej niż sześć łyżeczek stołowych. Tymczasem większość ludzi na świecie dziennie spożywa 30 łyżeczek, czyli pięć razy ponad normę. Nasz organizm jest tak skonstruowany, że nie występuje w nim naturalna potrzeba spożywania cukru. Dawka, jaką zapewniamy sobie, jedząc warzywa i owoce, w zupełności nam wystarcza. Nie potrzebujemy nic więcej. Tymczasem mamy skłonności do jedzenia słodkich sosów, słodyczy, picia słodzonych napoi, przez co wyrabiamy w organizmie potrzebę dostarczania cukru. Lekarstwem może być jedynie uświadomienie sobie, ile cukru faktycznie jemy dziennie, i porównanie tego z tym, ile potrzebujemy.
Pan jadł jednak nie 30, a 40 łyżeczek dziennie.
- Przyjąłem za zasadne założenie, że 30 łyżeczek to średnia, która rośnie. Chciałem uprzedzić fakty i pokazać, co się stanie, kiedy liczba ta dobije do 40. Poza tym, kiedy ogląda się mój film, można łatwo dostrzec, że jedzenie 40 łyżeczek dziennie to pikuś. Nie ma w tym nic trudnego, bo na samo śniadanie można bez problemu zjeść 20 łyżeczek.
W pana filmie "Cały ten cukier" jest także scena, która pokazuje, jak działa mózg dziecka. Kiedy widzi ono cukier, jego mózg natychmiast każe mu po niego sięgnąć.
- To fakt, tak zostaliśmy zaprogramowani. Dziecko ma naturalną potrzebę spożywania cukru, co wykorzystują producenci żywności. Kiedyś cukier był bardzo trudny do zdobycia. Natura wykształciła w nas mechanizm, który każe nam reagować natychmiast, gdy go widzimy. Kiedy przejdzie się pan po supermarkecie, zobaczy pan, że słodycze ustawione są na wysokości wzroku dzieci. Nie trzeba dodawać, że te słodycze, które nie mają dodatku cukru, sprzedają się kilkakrotnie słabiej niż te, które mają w sobie cukier.
Producenci prześcigają się w dodawaniu cukru, bo wiedzą, że dzięki temu zapewnią sobie obecność na światowym rynku zbytu. Mechanizm jest prosty: kapitalizm kocha cukier, bo wie, że może na nim sporo zarobić. Dzieci mają naturalny instynkt szukania cukru, a producenci go dostarczają, jednocześnie dbając, by skład chemiczny żywności opartej na cukrze był jak najbardziej uzależniający. Kiedy dzieciak wpadnie w to błędne koło, producent ma powody do świętowania. Wie, że odtąd młody człowiek będzie nudził rodziców o kolejną dostawę wyprodukowanej przez niego żywności. Dodajmy, że produkcja cukru jest supertania.
To kapitalizm wypromował cukier? Wcześniej nie mieliśmy z nim problemów?
- Początki popularyzacji cukru wiążą się z rewolucją przemysłową. Odkąd cukier można produkować masowo, zwiększyła się jego obecność wszędzie. Apogeum nastąpiło w ciągu ostatnich trzydziestu lat, kiedy pojawiło się niezdrowe jedzenie. Gotowe produkty mają mnóstwo cukru. Pojawia się nawet w makaronach czy pieczywie. To kula śniegowa, która pędzi.
Z drugiej strony dziś trendem są bio i eko. Kulę uda się powstrzymać?
- Promocja zdrowego jedzenia musi iść w parze z uświadamianiem skutków działania tego niezdrowego. Nie wystarczy powiedzieć, że słodzone napoje są niezdrowe, bo reklamy, które pokazują szczęśliwych ludzi pijących je, mają większą siłę rażenia. Potrzebne są działania takie, jakie podjęto z papierosami. Odkąd wprowadzono zakaz palenia w miejscach publicznych, liczba palaczy gwałtownie spadła. Tak samo powinno stać się ze słodzonymi napojami. Nie powinny być dostępne w przestrzeni publicznej.
Na Berlinale widziałem film Michaela Moore'a "Where to Invide Next". Twórca pokazuje w nim stołówkę we francuskiej szkole. Dzieciaki są w niej tak odżywiane, że nie wiedzą, co to jest coca-cola.
- W Ameryce i Australii taki obrazek jest niespotykany. Tam nie ma żadnej edukacji pod tym kątem. A to kolejny wielki problem. Pracą u podstaw można, jak widać, wiele zdziałać.
Kiedy kręcił pan film, ktoś próbował na pana wpływać, zachęcał do przerwania produkcji?
- Kilku producentów żywności zwróciło się do mnie, ale nie żeby prosić mnie o przerwanie eksperymentu, tylko żeby porozmawiać. Chcą wprowadzić zmiany w produkowaniu swojej żywności. Prosili mnie o porady, chcieli, żebym zwrócił ich uwagę na palące kwestie. Międzynarodowa Organizacja Cukru w Australii miała wiele zastrzeżeń do mojego dokumentu, ale to było oczywiste. W USA za każdym razem, kiedy miałem wypowiadać się na temat którejś z firm, zjawiał się prawnik, który pilnował, żebym nie "szkalował" jej imienia. W social mediach, w których na bieżąco informowałem o przebiegu eksperymentu, pojawiło się wiele negatywnych komentarzy na mój temat. Ale to też nie było zaskoczenie. Wiadomo, że wielkie firmy opłacają takich ludzi. Nikt nie próbował mnie wprost powstrzymywać, bo nikt nie ma argumentów przeciwko. Wszyscy producenci żywności wiedzą, jak szkodliwy jest cukier. Ale póki ta wiedza nie jest jawna, nikt się tym nie przejmuje.
Wierzy pan, że pański film ma szansę coś zmienić?
- Mam taką nadzieję. Cieszy mnie, że odbywa się mnóstwo pokazów dla młodej widowni. Na niej zależy mi najbardziej, bo to ona pada najczęściej ofiarą manipulacji producentów żywności. W Wielkiej Brytanii i Nowej Zelandii odbyły się projekcje w parlamencie. To również dla mnie ważne, żeby ludzie, którzy mają realny wpływ na zmianę świata, obejrzeli go. Kilka korporacji chciało zmienić swoją strategię produkcyjną po zapoznaniu się z nim. Mam więc podstawy, żeby taką nadzieję mieć.
Tymczasem w filmie pokazał pan chłopaka z zepsutymi przez słodzone napoje zębami, który po całkowitej, okrutnie bolesnej wymianie całego uzębienia zapowiedział, że nie zrezygnuje z picia Mountain Dew.
- On przypominał mi ludzi, którzy trafiają na oddział onkologiczny, a po wyjściu ze szpitala i tak wracają do palenia papierosów. Mountain Dew ma 40 procent więcej cukru i kofeiny niż inne napoje gazowane, przez co uzależnia najłatwiej ze wszystkich. Firma twierdzi, że jest inaczej. Pijąc dwa litry tego napoju dziennie, nie ma możliwości, żeby zachować zdrowe uzębienie. Z tym chłopakiem jestem cały czas w kontakcie. Ostatnio powiedział mi, że jest na etapie zrywania ze swoim uzależnieniem. Bardzo mu kibicuję.
Co go do tego skłoniło?
- Został lokalną gwiazdą. Ludzie rozpoznają go z filmu. Wszyscy pytają go, czy zerwał z nałogiem. Presja społeczna zrobiła swoje. Wykonał pierwszy krok we właściwą stronę.
Eksperyment przeprowadzał pan w kilku krajach, między innymi w Australii i USA. Widzi pan różnice w podejściu do tego tematu między tymi miejscami?
- Jest bardzo podobne. Różnica zasadza się chyba tylko na rynku reklamy. W obu krajach ta odwołuje się do "słodkich chwil" w życiu, jak wesele czy urodziny. Ale w USA reklama cukru jest bardziej natarczywa. Problem jest globalny, nie dotyczy tylko wysoko rozwiniętych krajów. Producenci żywności wydają biliony dolarów rocznie na reklamy swoich produktów w Afryce i w Azji. To gigantyczne rynki zbytu, które trzeba uzależnić od cukru.
Co grozi Afrykanom i Azjatom, jeśli misja koncernów się powiedzie?
- Niewydolność wątroby, cukrzyca, zawały serca, impotencja, depresje, skoki nastrojów, otyłość. To tak na początek.
Powiedział pan, że produkcja cukru jest tania. A co, jeśli nie mam pieniędzy na droższe jedzenie, wolne od cukru?
- Nie trzeba być bogatym, żeby wykluczyć cukier z diety. Wystarczy jeść naturalne produkty, warzywa, owoce. Zamiast pić sok jabłkowy, zjeść prawdziwe jabłko. Zamiast sięgać po przekąskę w postaci batona, zjeść banana. Zamiast pić słodzone napoje, napić się wody. To jest naprawdę proste i niedrogie.
Powtórzyłby pan swój eksperyment?
- Za nic w świecie, przenigdy! Przekroczyłem granicę. Nie zamierzam tego robić nigdy więcej.
Damon Gameau. Australijski aktor i reżyser, wystąpił m.in. w serialach "Porachunki", "Życie od kuchni" i "Howzat! Kerry Packer's War" oraz w filmach "Pięciu z Balibo" (nominacja do nagrody AACTA w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy), "The Tracker" i "Save Your Legs". Wyreżyserował i napisał scenariusz do krótkometrażówki "Animal Beatbox", która wygrała festiwal Tropfest w 2011 roku i była pokazywana na 25 festiwalach na całym świecie. "Cały ten cukier" to jego debiut pełnometrażowy, towarzyszy mu debiutancka książka pod tym samym tytułem.
Artur Zaborski. Studiował krytykę literacką i filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracował jako redaktor w portalach Onet.pl i Stopklatka.pl (w tym drugim szefował redakcji przez pół roku). Współpracuje z rozlicznymi mediami i festiwalami filmowymi. Zakochany w kulturze Iranu. Kibicuje transformacji Warszawy w miasto wielokulturowe.