Jak się zostaje królową paradokumentu?
- Nie zamierzałam nią być. Nigdy człowiek nie wie, jak się potoczy jego życie. A pani wiedziała, że będzie dziennikarką?
Tak.
- Naprawdę? Cóż, ludzie dzielą się na tych, którzy planują coś i konsekwentnie do tego dążą, i na tych, którzy są otwarci na to, co przyniesie życie. Mnie praca w jakiś sposób zwykle sama znajdowała. Skończyłam filologię polską, byłam dziennikarką, pracowałam w Polskim Radiu, byłam wśród osób, które tworzyły RMF. Od 16 lat jestem w TVN i w paradokumentach czuję się bardzo dobrze. Ale bardzo proszę nie nazywać mnie królową docusoap. Ja mam raczej poczucie bycia niewolnikiem.
Niewolnikiem?
- Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. To znaczy, że nie da się uciec od wymyślania kolejnych paradokumentów, jeśli okazują się sukcesem. Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu, od "W11 - Wydział Śledczy". "Szpital" czy "Szkoła" są produkcjami, które wyrosły na bazie tamtego sukcesu. "Szpital" jest zresztą jednym z autorskich pomysłów naszego zespołu, jesteśmy bardzo dumni z tego serialu.
Wraz z zainteresowaniem widzów zmieniały się pewnie zasady realizowania takich produkcji?
- Tak. "Szpital", który świetnie ogląda się od ponad dwóch lat, jest pierwszą produkcją opowiadaną inaczej, z narratorem w tle. Jest on równoprawnym bohaterem historii. Ten zabieg pozwala nam streścić te fragmenty historii bohatera, których nie zdołalibyśmy zmieścić w jednej, zamkniętej scenografii. Widzowi zaś pomaga poznać szerzej losy pokazywanej postaci.
Co jeszcze się zmieniło?
- Wprowadziliśmy "setki", czyli emocjonalne wypowiedzi bohaterów do kamery.
Po co?
- Wyjaśnię to na przykładzie "Szpitala". Człowiek, który trafia na Szpitalny Oddział Ratunkowy - a właśnie tu rozgrywa się akcja tego paradokumentu - spędza w nim maksymalnie dwie doby. Zatem nasz czas akcji w nich się zamyka. To, co dzieje się później, realizujemy na innym oddziale szpitala. Jesteśmy także zamknięci w określonej scenografii: izba przyjęć, sala obserwacji, sala zabiegowa i korytarze. Zatem skoro dysponujemy tylko tak krótkim czasem akcji i tak niewielką przestrzenią, a mamy przez godzinę opowiedzieć bardzo skomplikowane ludzkie historie, siłą rzeczy posiłkujemy się zarówno tekstem lektorskim, który uzupełni widzowi wiedzę o tym bohaterze, jak i "setkami".
Ile w "setkach" ma być emocji?
- Dobra "setka" jest jak aria operowa. Maksymalnie emocjonalna. I zapamiętywana przez widza, bo wywołuje w nim wzruszenie.
Powinnam mieć ciarki, jak słucham "setki"? Powinnam bohaterowi współczuć?
- Przede wszystkim powinna pani pomyśleć: Wierzę mu. Rozumiem, że jest w szale albo czuje nienawiść . Albo powinna się pani na przykład o niego bać.
I razem z nim cierpieć?
- Tak. Patrzy pani na niego i panią też wręcz bolą jego rany.
Naprawdę da się to osiągnąć "setką"?
- Tak, i my to osiągamy. Także dlatego, że angażujemy do grania ludzi, którzy potrafią pokazać dokładnie takie stany, o jakie nam chodzi. Takich, którzy naprawdę czują się tymi postaciami. Nie jest to aktorstwo typu: Zagram to pani najładniej, jak potrafię . To autentyczne współodczuwanie z graną postacią.
Czym "Szpital" różni się chociażby od popularnego serialu "Na dobre i na złe", który też rozgrywa się w szpitalu? Nie jest przypadkiem kalką sprawdzonego formatu?
- Nie. Jest zasadnicza różnica - my nie podążamy za prywatnym życiem lekarzy. Widz się o nich niewiele dowie, bo my skupiamy się na życiu pacjentów, którym lekarze udzielają pomocy. Poza tym wszystkie seriale fabularne zakładają kontynuację wątków. Gdyby na przykład nasz doktor Piotr miał problemy małżeńskie, to powinniśmy się nimi zajmować przez kilka kolejnych odcinków. Ale w paradokumentach po prostu tego nie robimy. Każdy odcinek to skończona całość, a lekarze i pielęgniarki codziennie towarzyszą innym bohaterom, czyli swoim pacjentom.
Jak konkretnie się to przekłada na scenariusz paradokumentu?
- Znowu podam przykład ze "Szpitala". W odcinku, który kręcimy dziś, młody człowiek poparzony w wybuchu gazu ma umrzeć, a jego dziewczyna ma urodzić. W serialu fabularnym w dalszych odcinkach śledzilibyśmy, co się dzieje z tym dzieckiem, jak ono sobie radzi. My tego nie planujemy. Z dwóch powodów. Po pierwsze, to nie są aktorzy, tylko naturszczycy, czyli statyści. Nie wiem, czy ta dziewczyna potrafiłaby stworzyć postać w rozbudowanym wątku. Po drugie, kontynuacje wymusiłyby na nas produkcję, jakiej robić nie chcemy, czyli telenowelę. A paradokument musi się od telenoweli ewidentnie odróżniać. I zaprzeczyłoby to zasadzie zmienności. Siłą paradokumentu jest opowiadanie mnóstwa różnych historii, co nie pozwala się widzowi znudzić jednym bohaterem.
Ma być miks.
- No właśnie.
W "W11" oglądaliśmy prawdziwych policjantów. Czemu w "Szpitalu" nie grają lekarze?
- Nasi komisarze z "W11" zostali urlopowani z policji, żeby móc grać. To była ich decyzja. Z lekarzami jest inaczej. Oni nagle nie porzucą pracy na rzecz roli w paradokumencie. Dlatego w lekarzy wcielają się aktorzy lub amatorzy.
Wie pani, nie sądzę, żeby to był dobry kierunek, by do ról nauczycieli brać nauczycieli, a do ról lekarzy prawdziwych lekarzy. My nie gramy na granicy reportażu. Nasze medyczne interwencje, powiedzmy to sobie szczerze, są markowane. To nie jest rodzaj ukrytej kamery, ale produkcje, w których aktor może nauczyć się fachowego grania wkłucia, intubowania czy reanimacji. Robi to pod okiem konsultanta, czyli lekarza, który pomaga nam w realizacji "Szpitala".
Nie wydaje się pani, że z udziałem prawdziwych lekarzy byłoby bardziej autentycznie?
- Każda produkcja jest efektem wyboru. My dostarczamy widzom pięć godzinnych odcinków tygodniowo. To jest naprawdę dużo. Dlatego produkcyjnie bezpieczniejsza jest taka właśnie formuła, która zresztą się sprawdza, więc nie ma powodu, żeby to zmieniać. Ale korzystamy z pomocy prawdziwych lekarzy. Dr Krzysztof Sosnowski, który na co dzień jest kardiologiem, konsultuje "Szpital". Dostarcza nam też wielu ciekawych tematów zaczerpniętych z własnej praktyki. Jak ma czas, gra u nas epizod. Nie ma jednak mowy, by zostawił swoją pracę dla grania.
Jaka tematyka dominuje w paradokumencie?
- Zawsze człowiek i jego historia. Klasyczny "obyczaj". Problemy z dziećmi, nastolatki i ich miłości, pogubienie w życiu oraz wynikające z tego perturbacje. Ale nie tylko. Opowiadamy też o problemach ludzi dojrzałych czy starszych. Staramy się, żeby wiek bohaterów również był zróżnicowany, aczkolwiek ze wskazaniem na grupę między 16. a 35. rokiem życia.
Kto to ogląda?
- Widzowie paradokumentów są podzieleni równomiernie, to znaczy tych w wieku 16-25 jest mniej więcej tyle samo, co widzów 60 plus.
Naprawdę? Myślałam, że większość widzów to emeryci.
- A właśnie, że nie. Z naszych badań wynika, że paradokumenty oglądają ludzie w każdym wieku.
Czemu oglądamy takie produkcje?
- Cóż, wydaje mi się, że jesteśmy ciekawi tych historii.
Lubimy podglądać innych?
- Hmm, nie wiem...
Dorota Wellman mówiła mi, że nie lubi paradokumentów, bo to dla niej tak, jakby podglądać sąsiadów.
- To porównanie wydaje mi się nietrafione. Bo jeśliby pani wzięła lornetkę i podglądała, co się dzieje u sąsiada, to zobaczyłaby pani pewnie potworną nudę, sąsiada chodzącego z pokoju do pokoju. My staramy się, żeby życie naszych bohaterów było ukazane w sposób telewizyjny, czyli nienaturalnie przyspieszone, zintensyfikowane. Takiego nagromadzenia wydarzeń, jak w naszych odcinkach, Dorota Wellman czy ktokolwiek inny nie przeżywa często w ciągu kilkunastu lat.
Bo na życie bohatera paradokumentu składają się historie wielu osób
.
- Zazwyczaj tak jest. Jego życie jest tworem fikcyjnym, ale takim, który ma wszelkie cechy prawdopodobieństwa. Myślę, że jak widz odnajdzie tu coś "swojego", to da się wciągnąć w wir historii. Bo opowiadamy ją w takim tempie, żeby się nie mógł oderwać. Wrócę tu do historii dziewczyny, która oczekuje dziecka i nie wie, że za chwilę zostanie samotną matką, bo jej chłopak zginie, ratując innych podczas wybuchu gazu. Ile osób przeżyło to, co ona? A jednocześnie trzeba to zrobić tak, by wyszło bardzo prawdopodobnie.
Czego w paradokumencie być nie może?
- Nie może być kłamstwa.
Są tematy tabu?
- Nie ma. Mieliśmy na oddziale "Szpitala" i psychopatów, i pedofilów. Ale zasada jest taka - my człowieka nie osądzamy. Nie zajmujemy się jego klasyfikowaniem. My opowiadamy historię jego leczenia, pokazujemy jego życie. Zwykle walczymy o bohatera, bo nie chcemy pokazywać "samego zła". Zresztą gorąco wierzę, że nie ma ludzi z gruntu złych. A widz i tak sam oceni.
Bierze pani tematy ze swojego życia, z życia znajomych?
- Ależ nie. My wszyscy, cała nasza ekipa, jesteśmy bardzo spokojnymi ludźmi. Na szczęście jest Internet i w nim znajdujemy tysiące fascynujących opowieści. Są autentyczne. A jeśli chodzi o przypadki medyczne, to przecież, jak już wspomniałam, mamy lekarzy konsultantów. Opowiadają nam, z czym się zetknęli podczas pracy. Natomiast tworzenie pasjonującej historii to już jest, proszę pani, największa tajemnica naszej kuchni.
Więc pewnie mi jej pani nie zdradzi?
- Powiem tak - każdy to może robić. Trzeba tylko stworzyć grupę ludzi, którzy potrafią ciekawe historie wyłapać i opisać tak, żeby z tego opisu dało się zrobić dobry odcinek. Największa katorga w naszej pracy zawsze rozgrywa się na etapie między pomysłem a historią. Wiedzie poprzez wszystkie kolejne wersje scenariuszowe do wersji produkcyjnej, która wreszcie może trafić na plan zdjęciowy. I z tego montujemy odcinek serialu.
Robienie paradokumentu jest tańsze niż serialu?
- Oczywiście. I szybsze. Godzinny odcinek powstaje w dwa dni zdjęciowe. Dla porównania: godzinny odcinek serialu fabularnego kręci się w pięć do siedmiu dni.
Nie ma też wziętych aktorów, którzy zgarniają spore gaże.
- To prawda, choć powiem pani, że nasi bohaterowie też stają się rozpoznawalni. Ostatnio aktor, który gra w "Szpitalu" doktora Piotra, opowiadał mi, że spotkał go sąsiad. I mówi do niego: Panie Maćku, ale pan dał czadu, jak pan ratował tego człowieka, to były takie emocje . Sąsiad wie, że on jest aktorem, ale i tak się wkręcił w naszą opowieść.
Pani nie ma w takich momentach wrażenia, że jednak widzowie paradokumentów są trochę "nabierani"?
- Ale taka jest, proszę pani, cała telewizja. Oczywiście, że są "nabierani". Przecież naszą rolą jest tworzenie iluzji. Wszystko, co robimy, jest właśnie tym. Proszę włączyć dowolny program w telewizji. Czyż to nie jest tworzenie iluzji?
Największą iluzją, jaką tworzy "Szpital", jest fantastyczny, bezpieczny świat, który otwiera się na progu naszego SOR-u: lekarze są profesjonalni i życzliwi, pacjenci dostają dobrą pomoc: i medyczną, i ludzką. Czy może być piękniejsza iluzja?
Niektórzy krytykują paradokumenty, twierdząc, że są głupie i wymyślone.
- Są ludzie, którzy po prostu estetycznie mają inne potrzeby. Paradokumenty są emitowane w porze, kiedy ludzie wracają z pracy do domu, są zmęczeni. Dlatego forma takich seriali musi być dość prosta. My staramy się, żeby była nie łopatologiczna, ale po prostu nieskomplikowana. Żeby było jednoznacznie. I ta jednoznaczność też może się nie podobać komuś, kto woli niuanse. A tu nie ma na nie miejsca. Widz musi dostać jasny, prosty komunikat.
Jak w tabloidzie.
- Ja bym powiedziała tak: każdy z nas w określonych sytuacjach kieruje się jedną motywacją, realizuje jeden schemat działania. Refleksje przychodzą później. I na tym właśnie polega nasze uproszczenie. Skupiamy się na jednym rysie bohatera i ten rys przedstawiamy jako dla niego charakterystyczny. Nie patrzymy na złożoną osobowość postaci.
To jest trochę inaczej niż w tabloidzie, bo tabloid dąży do jakiejś tezy, a my nie. Bardzo często zakończenie przeczy temu, co jakaś postać robiła przez cały odcinek. Stawiamy ją w otwartej sytuacji - nie wie, co wybierze, musi się zastanowić. Czasem widz może przewidywać, jak się dana historia zakończy, udaje mu się dobrze obstawić, ale bywa, że go zaskakujemy.
Lepiej, żeby pomyślał sobie na końcu: "wiedziałem, że tak będzie", czy raczej: "o, tego się nie spodziewałem"?
- W dobrym paradokumencie musi być i jedno, i drugie. Jeśli widz dostawałby od poniedziałku do piątku same przewidywalne historie, to po co miałby je oglądać?
Skąd pani to wszystko wie?
- A, to jest wiedza, do której nasz cały zespół doszedł w praktyce przez wiele lat pracy, badając, co się sprawdza, a co nie. Ta wiedza to nasza bezcenna zdobycz.
Krystyna Lasoń. Absolwentka filologii polskiej UJ, dziennikarka radiowa i telewizyjna, a od kilkunastu lat producent telewizyjny i filmowy TVN. Produkuje seriale: dokumentalne ("Cela"), fabularne ("Majka" "Julia") i dokumentalno-fabularne ("Adopcje" "W11" "Detektywi" "Szpital" i "Szkoła"). Jest autorką serii siedmiu filmów fabularnych zatytułowanej "Prawdziwe historie" ("Krzysztof", "Laura", "Cisza", "Bokser", "Nad życie", "Oszukane", "Mój biegun"), wyprodukowanej w TVN.
Angelika Swoboda. Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.