Rozmowa

W pani pokoju, w którym siedzimy, jest kilkadziesiąt pucharów, medali, odznaczeń, dyplomów. Czy to wszystko są pani nagrody?

- Ależ skąd! To tylko marna część tego, co wygrałam. Kiedy było krucho z pieniędzmi, udało mi się sprzedać część pucharów, tych najwcześniejszych, do Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa.

Czy pani ma jeszcze konie?

- Doprowadziłam 28 koni do konkurencji programu św. Jerzego [pierwszy konkurs międzynarodowy - przyp. red.] i 5 koni do Grand Prix [najwyższa klasa ujeżdżenia - przyp. red]. Dzisiaj mam jednego - Nabucco. Ma 23 lata, a jest u mnie od 19. To koń klasy Grand Prix. Był moment, kiedy dawali mi za niego dużo pieniędzy, ale nie sprzedałam. On ma u mnie emeryturę, ale ponieważ dobrze się czuje, jeszcze na nim trenuję.

Ja nie zsiadam z konia. Codziennie się gimnastykuję, robię przysiady. Kiedy leżę na łóżku, też robię ćwiczenia. Jeszcze dwa lata temu startowałam w zawodach. Miałam przyczepę i woziłam konia na konkursy. Ja to kocham.

Ja nie zsiadam z konia! - mówi Wanda Wąsowska (fot. archiwum prywatne / wandawasowska.kochamkonie.pl)

Do dziś pani prowadzi?

- Mam wszystkie potrzebne uprawnienia do ciągnięcia przyczepy, ale w tym roku ją sprzedałam, już wystarczy.

W każdym razie dopóki Nabucco będzie sprawny, będę na nim jeździć. Ponieważ to jest koń Grand Prix, robię na nim wszystkie ruchy [figury w ujeżdżeniu - przyp. red.].

Czy trzeba mieć jakieś specjalne predyspozycje, by zacząć trenować ujeżdżenie?

- Co roku wyjeżdżałam do Arizony i tam na koniach widziałam ludzi chudych, grubych, starych i młodych. Oni wszyscy jeździli, ale nie na spacer, startowali w zawodach. Tylko pani, która ważyła 130 kg, miała odpowiedniego konia rasy pogrubionej. W tej dyscyplinie trzeba być stanowczym, cierpliwym i szanować partnera, jakim jest koń.

Zdarzyło się, że jako trenerka odesłała pani kogoś, bo się wybitnie nie nadawał?

- Nie, nie miałabym sumienia.

Czy to prawda, że w ciągu kariery trenerskiej dorobiła się pani około setki wychowanków?

- Więcej! Naliczyłam dwustu, ale są wśród nich też osoby, które jeździły dorywczo. Tych trenujących ujeżdżenie zawodowo było zdecydowanie mniej. Każdy, kto jeździł, miał do czynienia ze mną, albo na konsultacjach, albo na treningach w Starej Miłosnej. Prowadziłam też kursy instruktorskie dwa razy w roku, było na nich po 30 osób. Mnie się dzisiaj kłania bardzo dużo ludzi, znam ich twarze, ale nie pamiętam już nazwisk.

Wanda Wąsowska z uczniem Rafałem Czemierem. Po lewej podziękowania od rodziców Katarzyny Milczarek (fot. archiwum prywatne / wandawasowska.kochamkonie.pl

Wśród pani uczniów były m.in. Katarzyna Milczarek i Anna Bienias, wielokrotne mistrzynie Polski w konkurencji ujeżdżenie. Jakie cechy powinien mieć dobry trener?

- Trener jeżdżący to jest bardzo ważna sprawa. Bo jak coś uczniowi nie wychodzi, trener siada na konia i pokazuje. W ten sposób zdobywa autorytet. Musi znać swój fach i być psychologiem. Czasem jest tak, że coś się nie udaje i wtedy uwagami nie można dobijać delikwenta. Ale oszukiwać też nie wolno! Kiedy uczeń coś robi źle, a ja powiem, że jest dobrze, będzie wiedział, że to wazelina. Na koniec trzeba mu dać takie ćwiczenie, żeby nie wyszedł załamany. Dzisiaj młodzież mówi, że musi być tzw. chemia między trenerem a uczniem. A ja zawsze dobrze dogadywałam się z wychowankami. Oni mnie kochają, mówią o mnie "ukochana pani trener" albo "królowa jest tylko jedna - Wąsowska!"(śmiech) .

Które sukcesy były dla pani ważniejsze - pani czy wychowanków?

- Trudne pytanie! Bo nie mogę powiedzieć, że tylko wychowanków, jestem próżna (śmiech) . Zależało mi na sukcesach, choć nie zaniedbywałam uczniów. Ale byłam zacięta, lubiłam rywalizować. Kiedy wyjeżdżaliśmy na zawody, zawsze startowałam ja i moi wychowankowie, oni jeździli w grupach juniorskich, ja w seniorach.

Trofea Wandy Wąsowska. Jak sama mówi, tylko marna część tego, co wygrała (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Kiedy pokochała pani konie?

- Kiedy zaczęłam mówić i chodzić. Urodziłam się na wsi na Kujawach, w majątku ziemskim Niemojewo, który należał do mojego ojca Ludwika Siniarskiego-Czaplickiego. Wszystkie lalki były rzucone w kąt, a ja ciągle urzędowałam w stajni i w oborze. Samodzielnie zaczęłam jeździć konno, kiedy miałam sześć lat. Mój koń - Baśka - był ślepy. Jeździłam na nim po ogrodzie i nikt się nie bał, że coś mi się stanie, bo ślepy koń nie bryknie. Baśka była zdana na mnie, to ja byłam jej oczami.

Pani ojciec był bogatym ziemianinem, mama hrabianką. Czy rodzice nie mieli nic przeciwko temu, że ich córka, panienka, całe dnie spędza w stajni i oborze?

- Ależ skąd. Byli bardzo zadowoleni, że kocham zwierzęta.

Pani wuj Janusz Komorowski był wybitnym jeźdźcem w okresie międzywojennym.

- To był brat rodzony mojej mamy. W latach 1933-1939 odnosił pasmo sukcesów jeździeckich. Zbieg, koń, na którym jeździł, był jednym z najlepszych w Europie. Mój wuj był przemiłym i czarującym człowiekiem, miał ogromne powodzenie u pań. A ponieważ moją pasją były konie, ja byłam jego ukochaną siostrzenicą.

Brał udział w olimpiadzie w Berlinie w 1936 roku.

- Jako jedyny z Polaków ukończył konkurs skoków**, ale zajął dalekie, 36. miejsce. On wtedy jeszcze nie był gotów na igrzyska. Później typowano go jako numer jeden na olimpiadę 1940 roku, ale ta się nie odbyła. A miał szalone szanse na medal olimpijski.

Janusz Komorowski (fot. archiwum prywatne / wandawasowska.kochamkonie.pl)

Często odwiedzał was w Niemojewie?

- Nasz majątek był dla niego przedłużeniem domu rodzinnego. Rodzice mamy, wuja Janusza i najstarszego brata, Jerzego, byli bardzo zamożni, mieli ogromny majątek na Białorusi, 12 tysięcy hektarów lasów. Kiedy wybuchła rewolucja w 1917 roku, musieli stamtąd uciekać, wszystko stracili. Mój dziadek w czasie podróży umarł na tyfus, a babcia - w 1928 roku.

Wuj Janusz przeżył wojnę?

- Był w oflagu w Murnau. Po zakończeniu wojny mama napisała do niego, żeby nie wracał do Polski. Jako przedwojenny oficer sanacyjny w komunie nie miał czego szukać. Wyjechał do Londynu i tam ujeżdżał konie na dworze królowej angielskiej. Królowa holenderska ofiarowała jej wtedy 70 koni. Wuj i kilku innych Polaków zajęli się ich trenowaniem. Kiedy do Londynu na zawody przyjechali Argentyńczycy, wujek się z nimi bardzo zaprzyjaźnił. Namówili go, by wyjechał do Argentyny. Tam już nie startował, został trenerem dużego klubu wojskowego. Jeździectwo w Argentynie postawił na bardzo wysokim poziomie. Po przejściu na emeryturę wrócił do Polski.

Pani miała jednego brata - Andrzeja. Jego pasją też były konie?

- Zupełnie nie! Dla niego od początku istniały tylko motocykle i samochody. Był rajdowcem. Miał dwóch synów, jeden z nich - Janusz - brał udział w Railly Crossach w Słomczynie. Trzy razy został mistrzem Polski. Poszedł w ślady ojca.

Wanda Wąsowska ze swoim bratem Andrzejem. Obok jej mama Hanna Marai hrabianka z domu Komorowska (fot. archiwum prywatne / wandawasowska.kochamkonie.pl)

Po wojnie pani rodzina straciła cały majątek. Co się z panią działo w tamtym okresie?

- W czasie okupacji nie miałam do czynienia z końmi. Dopiero po maturze, w 1952 roku, zaczęłam jeździć u rotmistrza Tadeusza Jakobsona w ogrodzie zoologicznym w Warszawie. Z malarzem prof. Ludwikiem Maciągiem robiliśmy wtedy konne rajdy po 100-150 kilometrów. Wyjeżdżaliśmy w piątek, wracaliśmy w sobotę.

Z powodu mojego "złego" pochodzenia nie mogłam dostać się na studia, więc zaczęłam pracować jako chłopiec stajenny na Torze Wyścigowym na Służewcu. Nie przeżywałam jakoś bardzo tego wszystkiego, bo byłam młoda. Oczywiście nienawidziłam komuny, bo zabrała nam dom, pieniądze, musieliśmy się tułać.

W końcu dostała się pani na studia.

- Podstępem się udało. W Akademii Rolniczej w Olsztynie anatomię i fizjologię wykładał mój wuj Kazimierz Rzeszowski. Powiedział tak do mojego ojca: - Słuchaj Ludeczku, przywieź papiery Wandeczki, przecież ona zdała maturę. Mój ojciec kupił dwie pary nylonowych pończoch - to było wtedy och i ach - dał sekretarce te pończoszki, a ona wydała moje papiery. Rok szkolny zaczął się w październiku, dołączyłam na zajęcia w listopadzie.

Wanda Wąsowska (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Który etap kariery był dla pani najważniejszy?

- Po studiach, kiedy wyszłam za mąż, wiadomo było, że musimy wyjechać z Warszawy, bo nie mieliśmy gdzie mieszkać. Dostaliśmy kilka propozycji, wybraliśmy stadninę koni Rzeczna, później przenieśliśmy się do Sopotu, a potem do Warszawy.

W jeździectwie zaczynałam od skoków i WKKW [Wszechstronny Kurs Konia Wierzchowego - przyp. red.], ale kiedy urodziłam dwójkę dzieci, mój mąż powiedział: - Dosyć tego wariactwa, może zajęłabyś się ujeżdżeniem . W ujeżdżeniu najbardziej rozwinęłam się w Sopocie dzięki trenerowi i mojemu przyjacielowi - Andrzejowi Orłosiowi. To był jeden z najlepszych moich trenerów, a miałam ich wielu. Po powrocie do Warszawy zajęłam się również trenowaniem w Starej Miłosnej.

Tak jak wuj Janusz Komorowski, startowała pani na olimpiadzie.

- Wyjazd na igrzyska do Moskwy był dla mnie wielkim przeżyciem. Nie bałam się samego startu, bo byłam przyzwyczajona do rywalizacji na zawodach, często startowałam. Zajęłam 14. miejsce w konkursie indywidualnym w ujeżdżeniu i czwarte miejsce drużynowo. Jechałam na moim wspaniałym koniu Damazym.

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie wioska olimpijska. To był 1980 rok. W Polsce na półkach w sklepach stała tylko dynia w occie. Kiedy w wiosce olimpijskiej poszliśmy do jadalni i zobaczyliśmy tam góry jedzenia, owoce z całego świata, nie wiedzieliśmy, co brać. Tam było wszystko, czego dusza zapragnie. Wieczorami chodziliśmy do kina, teatru, na dyskotekę. Wszystko znajdowało się w wiosce olimpijskiej.

Po maturze, z ogierem Merszaum, w warszawskim ogrodzie zoologiczym (fot. archiwum prywatne / wandawasowska.kochamkonie.pl)

Pani jest świetnie znana w środowisku jeździeckim. Osoby, które nie są z nim związane, usłyszały o pani przy okazji listu, który napisała pani do Marka Skomorowskiego - nowego dyrektora stadniny w Janowie Podlaskim. Dlaczego tak gwałtownie zareagowała pani na zmiany w stadninie?

- Bo zabolała mnie ta niesprawiedliwość. Pana Marka Trelę [odwołanego dyrektora w Janowie Podlaskim - przyp. red.] poznałam, kiedy był młodym lekarzem weterynarii. Po studiach przyjechał do mojego męża, też weterynarza, na praktykę i przez trzy miesiące mieszkał w naszym domu w Sopocie. Z moją mamą do późna grywali w garibaldkę [gra karciana - przyp. red.]. Pan Trela przez wiele lat był lekarzem weterynarii w Janowie Podlaskim. Po odejściu dyrektora stadniny, pana Andrzeja Krzyształowicza, przejął jego obowiązki.

Z kolei pana Jerzego Białoboka [drugi odwołany dyrektor stadniny w Michałowie - przyp. red.] też poznałam jako młodego człowieka. Był w Michałowie na stażu. To były późne lata 70.,już wtedy wykazywał ogromne zaangażowanie w pracę w hodowli arabów. Stanowisko dyrektora przejął po Panu Ignacym Jaworowskim, wspaniałym, wieloletnim hodowcy.

Czy to są ludzie nie do zastąpienia?

- Panowie Trela i Białobok traktowali konie jak własne dzieci. Do każdego porodu wstawali w nocy, to są wspaniali fachowcy! A żeby takim fachowcem zostać, nie można pracować dziesięć czy nawet dwadzieścia lat. Hodowla koni jest najtrudniejsza. Ani hodowla świń, ani krów czy owiec nie jest tak wymagająca. Do tego trzeba mieć też iskrę bożą.

Zdjęcie ich ze stanowiska było ogromnym. Nie krytykuję PiS-u jako partii, bo nie o to chodzi, czy ja jestem PiS, czy PO. Tu chodzi o krzywdę ludzi i koni. Ci, którzy przyszli, nie poprowadzą dobrze stadnin. Jeżeli dyrektor w Janowie nie zna się na arabach, a przyznał się do tego otwarcie, trzeba będzie dać mu kogoś, kto się zna. A to oznacza płacenie dodatkowej pensji. To jest wszystko absurd!

W obronie odwołanych dyrektorów przyszło cztery tysiąc podpisów z całego świata. Tam doskonale znają nasze konie. Odwołani dyrektorzy byli sędziami, mieli kontakty na całym świecie, co ułatwiało sprzedaż koni.

Wanda Wąsowska (fot. archiwum prywatne / wandawasowska.kochamkonie.pl)

Spodziewała się pani, że pani list wywoła takie poruszenie?

- Ważne było to, że miałam odwagę się pod nim podpisać, bo w Internecie różne śmieszności się zamieszcza, ale nikt się pod nimi nie podpisuje. Kiedy list został opublikowany, wiele osób mi gratulowało, nie spotkały mnie nieprzychylne komentarze.

Jakie nowe cele sobie pani stawia?

- Teraz gram w brydża namiętnie. Dwa razy w tygodniu. Bardzo się cieszę, że mam kółko brydżowe z przeuroczymi osobami.

A cel mój jest taki, żeby mając 85 lat, każdą godzinę mojego życia dobrze wykorzystać. Ja się czuję świetnie, wszyscy w rodzinie mnie podziwiają, ale ja na to pracuję - rozwiązuję krzyżówki, no i brydż jest intelektualnie wymagający. Staram się bywać i sama przyjmuję gości, na imieninach jest u mnie 50 osób. W sobotę i niedzielę nigdy nie siedzę w domu.

Słyszałam, że pani lubi tańczyć.

- Och, szalenie. Muszę się przyznać, że bardzo lekko tańczę i dobrze. W wieku 40-50 lat na parkiecie miałam lepsze rwanie niż dwudziestolatki. Zawsze byłam roztańczona, młode dziewczyny siedziały, a ja fruwałam.

W mieszkaniu Wandy Wąsowskiej na każdym kroku widać jej pasję (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Podobno na balach była pani jedyną damą, która przed północą trzy razy zmieniała kreacje.

- Zdarzało się. Bardzo uważam, żeby ubranie pasowało do okazji. Na przykład na zawody ubieram się na sportowo, ale już na memoriał wkładam elegancką sukienkę. Na gonitwę derby - obowiązkowo w kapeluszu. Staram się.

Czy pani tęskni do życia w majątku?

- Niewyobrażalnie! Mnie ten świat zupełnie nie odpowiada. Nie odpowiadają mi komórki, mam komputer, ale nie umiem go obsługiwać, wnuczek przyjeżdża i mi pomaga.

Proszę pani, kiedyś to było inaczej, nie było samochodów. Kiedy były imieniny, bryczkami przyjeżdżali goście, mieli piękne konie. W stajni robiło się specjalnie miejsce dla nich. I była druga kolacja dla stangretów, czyli powożących. Z kolei w niedzielę, jak się jechało do kościoła, każdy patrzył, który majątek ma najładniejsze konie.

I nie było tego straszliwego tempa życia.

Dzisiaj pani mieszka na terenie wyścigów konnych na Służewcu.

- Wszyscy mówią: - Jak ty ładnie mieszkasz , ale nie jestem tutaj szczęśliwa, lepiej mi było w Sopocie. Miałam tam duże mieszkanie, a tutaj jest tylko 38 metrów. Tyle że mam ogródek i - faktycznie - jest cicho.

(Dzwoni Maciek, bratanek pani Wandy, chce wiedzieć, jak rozmowa z "cioteczką" i gdzie będzie można przeczytać wywiad)

Wanda Wąsowska (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Pani bratanek właśnie powiedział, że pani bardzo szybko jeździ samochodem

.

- Owszem, nie opiep***m się. Lubię docisnąć, ale tylko jak jest miejsce i nigdy wieczorem. Na autostradzie jadę 150 kilometrów na godzinę.

Bratanek bardzo mnie kocha, ale kiedy mamy razem jechać, chce mi zabrać kluczyki, mówi, że się będę popisywać za kierownicą. Faktycznie, my, Siniarscy, mieliśmy coś takiego, że się lubiliśmy popisywać. Trzeba się przyznawać do swoich słabostek.

*Ujeżdżenie - olimpijska konkurencja jeździectwa; jeździec i koń na prostokątnej arenie wykonują serię określonych i zaplanowanych ruchów, tzw. figur, m.in. stęp, galop, kłus, chody boczne, pasaż, piaff, piruet.

**Skoki przez przeszkody - olimpijska konkurencja jeździectwa; jeździec i koń pokonują przeszkody na torze nazywanym parkurem. Są różnego rodzaju konkursy (dokładności i szybkości) rozgrywane na różnych wysokościach.

Wanda Wąsowska. Urodzona w 1931 roku, córka Hanny Marii hrabianki z domu Komorowskiej i Ludwika Siniarskiego-Czaplickiego, olimpijka w jeździectwie, wicemistrzyni Polski w dyscyplinie ujeżdżenia, trenerka najlepszych zawodników w kraju (Katarzyny Milczarek, Anny Bienias, Ewy Iwaszkiewicz, Karoliny Gogolińskiej, Anny Frejlak, Adama Tarnowskiego, Danuty Darul, Marka Zabłockiego, Leszka Niczyporuka), działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Za swoje osiągnięcia została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi. Ma dwie córki i troje wnucząt.

Anna Budyńska. Redaktorka w dużym wydawnictwie, pisze teksty dla portalu Instytutu Goethego w Warszawie, jest sekretarzem redakcji magazynu "Świat Mózgu" wydawanego przez fundację NeuroPozytywni.