Rozmowa
(fot. Michał Łepecki / Agencja Wyborcza.pl)
(fot. Michał Łepecki / Agencja Wyborcza.pl)

"Zakonnice odchodzą po cichu" - to tytuł twojej książki, w której dotykasz wciąż żywego tabu. Niby wiemy, że niektóre siostry zrzucają habity, a jednak ich rezygnacja z życia zakonnego otoczona jest nimbem tajemnicy.

- Zakonnicy czy księża, jeśli odchodzą, często żegnają się z parafianami. Niekiedy robią to w towarzystwie kamer, że wspomnę tu choćby o głośnym coming oucie księdza Charamsy. Potem nadal, już jako byli księża, pozostają ekspertami do spraw Kościoła, jak Stanisław Obirek czy Tadeusz Bartoś. A mnie od dłuższego czasu interesowało, co się dzieje z byłymi zakonnicami, dlaczego o nich nic nie słychać, dlaczego one nic nie mówią. Znam też wielu księży homoseksualnych, więc zastanawiałam się, czy istnieją nieheteroseksualne zakonnice. Ale wtedy jeszcze nie myślałam o książce.

Dopiero kiedy poznałam Joannę i Magdalenę, które zakochały się w sobie w zakonie, odeszły z niego i od 16 lat żyją razem, pomyślałam, że to jest materiał przynajmniej na reportaż. Joanna i Magdalena zainteresowały mnie też dlatego, że zachowały te same głęboko humanistyczne, chrześcijańskie wartości, które przywiodły je do zakonu. Opiekują się zwierzętami, walczą o wszelkie życie, chronią je, i nawet jeśli odeszły od Kościoła, to ich postępowanie można nazwać głęboko chrześcijańskim. Zastanawiałam się, jak sobie radzą inne zakonnice, czy pozostają wierne zasadom, które przyciągnęły je do zakonu, czy diametralnie zmieniają swoje życie.

Z opowieści twoich bohaterek wynika, że młoda, pełna ideałów dziewczyna trafia do zgromadzenia, a tam okazuje się, że ważniejsze od posługi wpisanej w konstytucję zakonu są dbanie o czystość, wielogodzinne modlitwy czy posłuszeństwo. Nie ma to chyba wiele wspólnego z posłannictwem?

- Faktycznie zakonnice mają mnóstwo obowiązków "domowych": muszą uprać, ugotować, posprzątać. Zakonnicy mają do tego osoby do pomocy, często właśnie zakonnice. Siostry muszą również posprzątać księdzu kapelanowi i przygotować mu jedzenie - zawsze lepsze, zawsze w osobnym garnku. Muszą też mu prać i prasować - a jak ksiądz chce mieć skarpetki w kancik, to je jeszcze wymaglować. Co gorsza, moje bohaterki często konstatowały, że ciągłe sprzątanie nie ma sensu, bo wszystko jest całkowicie czyste, a toaleta umyta dokładnie według zaleceń przełożonej. Ale uważam, że błędem jest mówienie, że wszystkiemu winna jest matka generalna albo przełożona. Zwierzchniczki nie mają wpływu na wiele spraw, są trybikami w systemie.

Siostry anuncjantki przeniosły się z Thiais pod Paryżem do Lichenia Starego w okolicy Konina na prośbę księży marianów (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)

W książce pokazuję, jak żeńskie pokolenia zakonne przez lata ewoluowały, jak stawały się zamknięte, żeby ochronić się przed dominacją Kościoła, przed wtrącaniem się księży w sprawy

zakonów. Siostry zamknęły się tak bardzo, że zdarza się, że nie pamiętają już o wychodzeniu do potrzebujących. Jeśli w dodatku nie ma w zgromadzeniu matki generalnej, która miałaby taką samą charyzmę, jak jego założycielka, to szanse na zmianę i powrót do wartości, które przyświecały zgromadzeniu w chwili jego powstania, są bardzo małe.

To właśnie z powodu tych wartości młode dziewczyny decydują się na życie w zakonie? Na ile świadomie twoje bohaterki wstępowały do zgromadzenia, a na ile decydował o tym impuls?

- Żadna z moich bohaterek nie wiedziała, jak w praktyce wygląda życie zakonne. Wszystkie szły do zakonu czynić dobro. Czasem do podjęcia decyzji skłoniła je raczej pewna aura, czyli tzw. powołaniówka. To takie przedstawienie życia w zgromadzeniu, jakby było one najlepsze i najcudowniejsze. Góry, ognisko, miłe, uśmiechnięte siostry grają na gitarach, opowiadają, jak wspaniałe jest życie w zakonie. Nawet jedzenie wówczas podaje się dużo lepsze niż zazwyczaj.

Część moich rozmówczyń przyznała, że one potem także zachęcały w ten sposób młode dziewczęta do wstąpienia do zakonu. W jednym z dużych zgromadzeń była nawet konkurencja między prowincjami, która będzie miała najwięcej powołań. Zakonnice wysyłano więc w teren, żeby przekonały do życia zakonnego jak najwięcej kandydatek. Spotkałam też takie, które powiedziały, że poszły do zakonu tylko dla Chrystusa, z miłości do niego. Tak jak siostra Izabela, która była, moim zdaniem, urodzoną zakonnicą. Nie dość, że nie miała kryzysu wiary, przestrzegała wszystkich reguł życia w zgromadzeniu, to jeszcze miała ogromne sukcesy w nauczaniu młodzieży, w przekazywaniu jej swojej wiary. Ale nie uchroniło jej to przed wykluczeniem ze zgromadzenia, siostry powiedziały jej, że nie ma powołania - po dziewięciu latach, tuż przed ślubami wieczystymi.

Młode kobiety, które idą do zakonu, nie wiedzą, jak wygląda życie w nim (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)

Kto idzie do zakonu, jaki typ dziewczyn, kobiet?

- Mogę mówić tylko o moich bohaterkach. Część z nich pochodziła z małych miejscowości, ze wsi. Szły do zakonu od razu po szkole, zanim jeszcze poznały inne możliwości kształtowania swojego życia. Część z nich przez lata chodziła na oazę.

Tak poznały zakonnice i zakiełkowała w nich myśl, że może i one spróbują. Wszystkie były wierzące, tylko ich wiara miała różne odcienie.

Czy jako zakonnice mają szansę na rozwój swojej wiary, ale też rozwój indywidualny?

- Siostry nie mają w zakonie zbyt wielu możliwości kształcenia - w odróżnieniu od braci. Moje bohaterki opowiadały, że w zakonie nie mogły czytać, nie mogły się kształcić, a to, czy mogły zrobić maturę albo pójść na studia, zależało wyłącznie od decyzji przełożonej. Nie miały też możliwości dyskusji na temat wiary. Kościół to świat stworzony przede wszystkim przez mężczyzn. Do początku XX wieku biskupi uważali, że nie jest zbyt bezpieczne umożliwiać dziewczętom pobieranie nauk w szkole elementarnej, nie mówiąc już o studiach wyższych. Z jakiegoś powodu mężczyznom przez wieki wygodniej było trzymać kobiety w niewiedzy. Dlatego też, jak sądzę, jest tak ogromna różnica w wykształceniu zakonnic i zakonników.

Siostry mówią o nieustannej inwigilacji, życiu na łasce i niełasce matki przełożonej. Nie wolno wybrać książki do czytania, nie wolno się zaprzyjaźnić, a za karę można często dostać pracę ponad siły. No i zamiast posługi wobec bliźnich - nieustanna modlitwa, umartwianie się i sprzątanie.

- Zgromadzenia czynne powstały po to, żeby realizować swój charyzmat, który najczęściej jest jakimś rodzajem pracy na rzecz bliźnich - opieką nad chorymi, bezdomnymi, kształceniem ubogich itp. Byłe siostry opowiadały mi jednak o pracy ponad siły, w której nie widziały sensu, o całkowitym posłuszeństwie wobec przełożonej, które czasem stawiało je wobec konfliktu wartości.

Jedna z zakonnic opowiadała mi, że pracowała jako katechetka, przygotowywała dzieci do pierwszej komunii. Pracowała też jako wychowawczyni w domu dziecka. Zdecydowała o odejściu, bo nie zgadzała się z metodami stosowanymi przez przełożoną, na przykład z tym, że dzieci należy przede wszystkim karać. Chciała przed swoim odejściem zamknąć wszystkie sprawy - doprowadzić dzieci do pierwszej komunii, zakończyć rok szkolny w domu dziecka. Nie pozwolono jej. Kazano jechać od razu do domu i nie wracać. Nie mogła nawet pożegnać się z dziećmi. - Po ośmiu latach wyrzuciły mnie jak starego kartofla - mówiła z żalem.

I to nie jest wyjątek. Siostry mówiły mi, że nie ma czegoś takiego jak tajemnica korespondencji, listy przychodzące i wysyłane są otwierane. Trzeba prosić o zgodę na przeczytanie książki i musi być to pozycja, do której przełożona nie ma zastrzeżeń. Indywidualne przyjaźnie są niemile widziane. Spędzając czas ze współsiostrami, należy postępować w myśl zasady: rzadko sama, nigdy we dwie, zawsze we trzy lub więcej.

Trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie w takiej instytucji.

- Głęboko wierzę, że mimo to w zakonach jest wciąż wiele osób, które chcą czynić dobro, pomagać potrzebującym, żyć w zgodzie z tym, co głosił Chrystus. Część z nich nie ma jednak tej możliwości - wówczas albo tracą poczucie sensu, albo czynią to dobro pokątnie, jak Agnieszka, która chodziła do chorych wbrew woli przełożonej.

Mówimy o 20,5 tysiącu zakonnic, żyjących - zależnie od zgromadzenia - według reguł przedsoborowych i całkowicie podporządkowanych decyzjom matek przełożonych. Co tobą najbardziej wstrząsnęło podczas rozmów z nimi?

- Przede wszystkim to, w jakiej sytuacji są te, które zdecydowały się odejść z zakonu. Kiedy wychodzą, nie mają nic. Czterdziestoletnia zakonnica, która ostatnie dwadzieścia lat spędziła w zgromadzeniu, wychodzi z jedną bluzką, w pożyczonej spódnicy. Często nie ma się gdzie zameldować, nie ma swoich pieniędzy, żadnego ręcznika, garnka, talerza. Nie ma przyjaciół, a rodzina niejednokrotnie mówi: - Przyniosłaś wstyd całej wsi, odejdź. Zostają więc zupełnie same, nie mają znikąd pomocy, niektóre nie miały nawet odprowadzanych składek emerytalnych. To dla mnie niewyobrażalne, jak porzucone przez Kościół są te kobiety.

Jak zazwyczaj przebiega ich rozstanie z zakonem?

- Nierzadko muszą po prostu bez pożegnania zniknąć z życia wspólnoty, odejść po cichu. Jedna z moich bohaterek przytacza taką scenę, kiedy matka generalna staje przy pulpicie w refektarzu i mówi: - Dziś odeszła od nas siostra taka i taka, proszę jeść dalej . Tymczasem przecież dla wszystkich - zarówno dla tej, która odchodzi, jak i dla innych sióstr - jest to szalenie trudna sytuacja, ale nie ma możliwości, żeby o tym porozmawiać. Zdarza się, że zakonnice muszą odchodzić chyłkiem, po cichu, nie przez główną bramę, tylko przez furtkę do wyrzucania śmieci, przed świtem. To jest temat tabu w zgromadzeniach.

(fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)

Czemu siostry znikają bez śladu, czemu to odejście jest takim tabu?

- Trudno sobie wyobrazić, że odchodzące siostry mówią publicznie, co przeżyły w zgromadzeniu. Musiałyby stanąć samotnie przeciw Kościołowi. A tymczasem mówimy o dziewczynach, które do zgromadzenia trafiły jako osiemnastolatki, a pobyt tam nie nauczył ich przecież swobody myślenia, wyrażania głośno swojego zdania.

Byłe siostry często zaczynały rozmowę ze mną od tego, że nie chciałyby, żeby ktoś przez nie stracił wiarę, nie chciałyby, żeby to, co powiedzą, dotknęło siostry w zgromadzeniu. Była w tym także autentyczna troska o te siostry, które wciąż są w zgromadzeniu i starają się, nawet pokątnie, czynić dobro.

Mam wrażenie, że jest w tym też silna potrzeba chronienia systemu, który je przeżuł i wypluł, często po wielu latach posługi.

- Odchodząc nie patrzą tak na to, to może być nasza refleksja, może niektóre z nich tak to widzą po wielu latach. Ale ponieważ w społeczeństwie nie było i nie ma żadnej dyskusji na ten temat, więc byłe zakonnice też z nikim o tym nie rozmawiają. Część z nich nawet pytała mnie, jak jest w innych zgromadzeniach, czy to może jest tylko ich doświadczenie. Byłe siostry nie mają ze sobą kontaktu, nie wiedzą, czy są wyjątkiem, czy jest więcej takich, jak one. Choć można powiedzieć, że rozmawiałam tylko z dwudziestoma siostrami, jednak ich historie były do siebie bardzo podobne. Wszystko przypieczętowali zakonnicy, którzy powiedzieli: siostry mówią prawdę. Więc wydaje mi się, że sytuacja w zakonach żeńskich wymaga dyskusji.

A teraz codziennie dostaję kilka maili od byłych zakonnic, które dziękują za książkę, za to, że ktoś wreszcie podniósł ten temat i opisał to, czego doświadczyły. Piszą: Nawet Pani nie wie, jak ważna jest to książka , albo: Czytając Pani książkę pomyślałam, że żadna osoba duchowna nie poruszyłaby tego tematu. Księża nie - z obawy przed utratą pozycji, zakonnice też nie - bo "to się nie godzi". Myślę, że ta książka może rozpętać burzę. Poza tym nie spotka się z aprobatą zgromadzeń zakonnych. Zebrała Pani historie byłych sióstr (i ja wiem, że to są historie autentyczne - wszędzie jest tak samo), ale te kobiety, które odeszły (w tym też ja), zawsze przez siostry "wierne" (czyli te, które "trwają w powołaniu") są uważane za "niewierne", niezależnie od tego, z jakiego powodu by odeszły.

Siostry, które rozmawiały z Martą Abramowicz, często zaczynały rozmowę od tego, że nie chcą, żeby ktoś przez nie stracił wiarę, żeby to, co powiedzą, dotknęło siostry w zgromadzeniu (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta /zdjęcie ilustracyjne)

Zakonnice odchodzą, bo przegrywają z systemem?

- One nie mają szans wpływać na system, bo nie mają prawa głosu. Zakonnice żyją w skomplikowanej strukturze, która przez lata ewoluowała aż do tego punktu - instytucji, w której nie ma się wolnej woli, swobody myślenia i działania. W teorii wszystko może być w porządku, w konstytucji zapisuje się, że wszystkie siostry po ślubach wieczystych mają wpływ na wybór matki generalnej. Ale moje bohaterki mówiły, że w praktyce w ich zgromadzeniu to matka generalna wybierała radę, a rada wybierała matkę generalną. To matka generalna mianowała przełożone, które potem wybierały matkę i wskazywały siostry-delegatki na te wybory. Nietrudno zgadnąć, że aby dostać się do takiego gremium, trzeba było wykonywać wszystko po myśli przełożonej.

Wszystkie siostry, z którymi rozmawiałam, chciały zrobić coś dobrego, wierzyły, że to im się uda, ale zderzyły się ze strukturą i praktykami sprzecznymi z ich wartościami. Dziś wiele z nich uważa, że Kościół jako instytucja jest daleki od myśli Chrystusa.

W swojej książce piszesz o byłych siostrach, które wyszły za mąż, wróciły do rodziny, albo tak jak Joanna i Magdalena - zajęły się ratowaniem życia zwierząt, żyjąc z pracy w bibliotece. Jakie jest życie po zakonie?

- Trudno jest na to pytanie odpowiedzieć w kilku słowach. Siostry, odchodząc ze zgromadzenia, zostawiają za sobą całe swoje dotychczasowe życie. Nie wiedzą, jak będzie wyglądało nowe - kim w nim będą, gdzie zamieszkają, jak sobie poradzą ze światem. Ale przede wszystkim muszą na nowo ułożyć sobie swoją relację z Bogiem. Odnalezienie się w nowej rzeczywistości zajmuje im wiele lat. Faktycznie wszystkie byłe siostry, z którymi rozmawiałam, nie poszły pracować do korporacji, ani do biur. Wybrały życie, w którym pomagają innym.

W książce jeden z twoich rozmówców - zakonnik - mówi: "Niektórzy wśród nas, księży, mówią wprost, że zakonnice to współczesne niewolnice".

- Myślę, że w niektórych zakonach męskich, na przykład u dominikanów właśnie, jest refleksja na ten temat, ale pytanie też, co dalej z tą refleksją. Moi rozmówcy czują się bezsilni wobec takiego porządku, ale przecież oni także funkcjonują w strukturze kościelnej. W książce cytuję Eugena Drewermanna, niemieckiego teologa i analityka, który pyta, czy w samej strukturze Kościoła nie kryje się odpowiedź na to pytanie. Ja jestem tylko reporterką, nie piszę o swoich poglądach, w mojej książce oddaje głos innym. Chcę, aby czytelnik sam mógł sobie ułożyć w głowie wszystkie puzzle i zdecydować, co widzi na obrazku.

Siostry nie mają prawa głosu (fot. Matusz Skwarczek / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)

Twoja książka oskarża jednak Kościół o grzech zaniechania wobec zakonnic, pozostawienia ich w strukturze, która nie pozwala im żyć i rozwijać się zgodnie z własnym sumieniem.

- Tak mówią moje bohaterki. Uważam, że one - jako osoby, które były wewnątrz tej struktury - mają prawo do wygłaszania takich sądów. Dla mnie zaskakujące jest to, jak mało Kościół daje zakonnicom, także szacunku. Zresztą w książce padają takie słowa, że podkreślanie geniuszu kobiety przez Kościół wiąże się z jej wyjątkową rolą matki. A zakonnica przecież się w tej roli nie spełnia. Co zaskakujące, śluby, które zawierają zakonnice - czyli symboliczne małżeństwo z Chrystusem - nie są w randze sakramentu, jak małżeństwo, tylko zwykłego przyrzeczenia.

Zakonnice są obywatelkami trzeciej kategorii?

- Wynika to z moich dyskusji z zakonnikami. I jest to wielka niesprawiedliwość. Tym większa, że byłe zakonnice traktuje się jak osoby wykluczone - zgromadzenia nie chcą o nich pamiętać.

Zgromadzenia nie chcą pamiętać o byłych zakonnicach (Waldemar Góralewski / Agencja Gazeta / zdjęcie ilustracyjne)

Do kogo ta książka - w twoim zamierzeniu - powinna dotrzeć?

- Chciałabym, żeby przeczytali ją wszyscy, bo byłe zakonnice żyją wśród nas. Ich historie będą szczególnie ciekawe dla osób wierzących, które widzą grzechy i zaniedbania Kościoła. Bo byłe siostry musiały swoją wiarę i relacje z Bogiem uporządkować na nowo po odejściu z zakonu i same poradzić sobie z tymi dylematami. Chciałabym także, żeby przeczytały ją osoby wewnątrz Kościoła, choć nie mam złudzeń, że większość matek generalnych nie pozwoliłaby zakonnicom na przeczytanie mojej książki. Mam nadzieję, że wezmą ją do ręki również czytelnicy pism katolickich.

Część byłych zakonnic nadal żyje w poczuciu winy, że nie podołała, że może można było inaczej. Ale czy jednostka może sama zmienić tak potężny system, jakim jest Kościół katolicki? Czy była więc dla nich inna droga? Dlatego przede wszystkim piszę to dla innych byłych zakonnic. Jeśli myślimy, że jesteśmy jedyną osobą na świecie, której przydarzyło się wykluczenie, to zderzamy się z ogromną samotnością. Mam nadzieję, że dzięki tej

książce byłe siostry zobaczą, że nie są same.

Książka "Zakonnice odchodzą po cichu" dostępna w Publio.pl >>

Marta Abramowicz i jej książka (fot. materiały prasowe)

Marta Abramowicz. Dziennikarka, badaczka, psycholożka. Reportażu uczyła się pod okiem Hanny Krall. Napisała wiele tekstów lekkich, gazetowych, i sporo poważniejszych, naukowych, w tym kilka książek. Robi badania społeczne, najczęściej o ludziach, którym trudniej się odnaleźć. Zawsze najbliżsi jej byli wykluczeni, więc od lat z różnymi organizacjami pozarządowymi szuka sposobów na zmianę świata. Możesz się z nią skontaktować tutaj: martaabramowicz.pl

Katarzyna Kazimierowska. Dziennikarka, współpracuje z takimi tytułami jak "Zwierciadło", "Sens", "Tygodnik Powszechny". Stała autorka felietonów w Kulturze Liberalnej, koordynatorka takich inicjatyw jak "Pracownie" i "Wiersze w Metrze", feministka, kocha Portugalię i ucieczki poza miasto. Czyta nałogowo.