Rozmowa
Kaliber 44 (fot. Adam Plu / Move Picture)
Kaliber 44 (fot. Adam Plu / Move Picture)

Pod względem charakterów: co łączy, a co dzieli braci Marten?

"Dab": - Bardzo się różnimy w wielu aspektach. "Joka" jest bardziej wyluzowany, podczas gdy ja częściej się spinam. Michał podchodzi do wszystkiego z uśmiechem, dlatego ma ksywkę "joker" (śmiech) .

"Joka": - Dlatego jestem grubszy (śmiech) . A tak na poważnie, to trudno odpowiedzieć na takie pytanie, bo zwyczajnie ciężko spojrzeć na siebie z dystansem. Na pewno podziwiam u mojego brata wytrwałość, której mi brak. Jak mnie coś wkurzy, to od tego odchodzę. Marcin z kolei stawia sobie cele, które zawsze realizuje do końca.

Jaka jest między wami różnica wieku?

"Joka": - Półtora roku. Ja jestem starszy.

A który z was jako pierwszy "przyniósł" do domu hip-hop?

"Dab": - Pierwsze pomysły na rapowanie zrodziły się między mną, "Magikiem" i "Jajonaszem" (raper i producent związany z Kalibrem, głównie przy nagrywaniu debiutanckiego krążka zespołu - przyp. red.). Wszyscy chodziliśmy do jednej klasy. Zaczęliśmy się jednak kolegować dopiero pod koniec szóstej klasy podstawówki, gdy okazało się, że słuchamy podobnych rzeczy, które można było nazwać hip-hopem.

"Joka": - Jedna szkoła, podobne zainteresowania, więc wspólne rapowanie wyszło naturalnie.

Kaliber 44, Marcin "Dab" Marten i Michał "Joka" Marten (fot. Adam Plu / Move Picture)

Często podkreślacie, że hip-hop zaczęliście tak naprawdę poznawać przy nagrywaniu drugiej płyty, przebywając częściej w Warszawie.

"Dab": - Nie mieliśmy wcześniej większego pojęcia o hip-hopie jako o kulturze, nie znaliśmy szerszego kontekstu. W tamtych czasach ludzie nie widzieli różnicy między rapem a hip-hopem (rap to muzyka, będąca obok graffiti, B-boyingu oraz DJ-ingu, jednym z czterech elementów hip-hopowej kultury - przyp. red.). Ale Warszawa zawsze była parę kroków do przodu, jeśli chodzi o wiedzę. Szczególnie w epoce sprzed Internetu. Były czasy, że hip-hop w piosenkach liczyło się w procentach. Ktoś był w pełni hip-hopowy, a ktoś mniej. Szkoda gadać.

"Joka": - Staraliśmy się zawsze skupiać na naszej muzyce i pozytywnie nakręcać do bycia lepszymi w tym, co robimy. Dodatkowo kiedyś wiedzę o hip-hopie czerpało się z Zachodu, a teraz nastolatki mają setki polskich artystów, którzy uczą ich, co to rap. My nie mieliśmy takich wzorców, sami je tworzyliśmy.

Zawsze mnie zdumiewa fakt, że w czasach, gdy rodził się hip-hop w Polsce, nie było pewności, czy da się rapować po polsku. Wasz kawałek ze Wzgórzem Ya-Pa 3 "Język polski" wydaje się być kluczowy dla zmiany mentalności w tym aspekcie.

"Dab": - Tak, chcieliśmy pokazać, że w naszym języku da się rapować. Ekwilibrystyki językowe "Magika" w tym kawałku najlepiej oddały, że "Polacy nie gęsi..." (śmiech) .

 

"Joka": - Chodziliśmy od małego na lekcje języka angielskiego. Rodzice nas posyłali, przeczuwając, że to będzie kluczowa wiedza w przyszłości. Ale kiedy słuchaliśmy amerykańskich płyt, bardziej skupialiśmy się na brzmieniu, bo jednak sama znajomość języka nie pozwalała wszystkiego wyłapać. Inspirowała nas intonacja, ekspresja u kolegów z Zachodu.

Z czasem to wy zaczęliście inspirować słuchaczy, co przełożyło się na niegasnące zainteresowanie losem zespołu. Przez szesnaście lat, w ciągu których fani czekali na wasz powrót, byłeś "Dab" bardzo aktywny na scenie, wydając kolejne solowe albumy. Domyślam się, że musiałeś się ciągle mierzyć w tym okresie z pytaniami o brata, o Kaliber. Czujesz ulgę w tym momencie?

"Dab": - Hmmm... Czuję radość i spełnienie, ale chyba ulgę też. I duże emocje przed nadchodzącą trasą koncertową. Muszę przyznać zupełnie szczerze, że przez wiele lat nie wierzyłem w możliwość nagrania przez nas nowej płyty. Mieszkaliśmy w różnych miejscach, przestaliśmy się rozumieć, inaczej się zachowywaliśmy itd. Jednak w głębi serca przekora kazała mi zachować trochę nadziei.

A jak to wyglądało z twojej perspektywy "Joka"? Pewnie wielu naciskało na powrót...

"Joka": - Rozmów z Marcinem nie nazwałbym naciskiem.

Chodziło mi bardziej o sytuacje, w których fan podchodzi na ulicy i pyta: "Co z tobą? Co z Kalibrem?". Takich momentów na pewno było mnóstwo.

"Joka": - Rzeczywiście zdarzały się takie sytuacje, ale zawsze robiłem to, na co miałem ochotę. W tej chwili chcę powrotu, dlatego się spotykamy.

Porozmawiajmy zatem o tym, co robiłeś, gdy nie miałeś ochoty nagrywać w Kalibrze. Opowiedz o emigracji do Stanów Zjednoczonych. Parę lat temu w utworze Miuosha nawinąłeś: "Za granicą jest pięknie, kiedy problemów węzeł".

"Joka": - Wyjechałem w 2000 roku, a bezpośrednim powodem było to, że moja dziewczyna zaszła w ciążę. Dodatkowo miałem potrzebę odizolowania się od wszystkiego, co działo się tutaj. Traktowałem tę podróż jak swoistą ucieczkę. Sprawiłem sobie chwilowe szczęście tym wyjazdem, jednak wiedziałem, że nie jest to rozwiązanie na zawsze.

 

Czym się tam zajmowałeś?

"Joka": - Mieszkałem na Staten Island w Nowym Jorku. Byłem tam kilkukrotnie wcześniej, bo przymierzałem się do tego wyjazdu od jakiegoś czasu. Zaczynałem od prostych zajęć: remontowałem, pracowałem u ogrodnika czy w restauracji. Cały czas miałem plan, żeby jeździć ciężarówką, niestety zrobienie w USA prawa jazdy na tego typu pojazd nie jest łatwe. Ostatecznie udało mi się je wyrobić w Maryland. W końcu zdobyłem ciekawą pracę - przy przeprowadzkach.

Naprawdę?! W 2010 roku przepracowałem prawie pół roku przy przeprowadzkach w Bostonie.

"Joka": - A więc sam wiesz, jak ciekawe jest to zajęcie, jak wiele domów możesz odwiedzić, ilu Amerykanów poznać. Pieniądze były niezłe, bo choć zaczynałem w kilku różnych firmach, to po jakimś czasie zacząłem pracować na własną rękę, ogłaszając się w gazetach etc. Poza tym łapałem fuchy, wożąc ciężarówką najróżniejsze rzeczy, np. warzywa z Pensylwanii. Dzięki tej pracy zjeździłem całe północne Stany Zjednoczone. Do Bostonu z kolei woziłem futra dla jakiejś rosyjskiej firmy.

Brzmi jak wątek z filmu "Chłopaki z ferajny" w reżyserii Martina Scorsese.

"Joka": - (śmiech) Żebyś wiedział, bo ta firma sprzedawała futra za setki tysięcy dolarów. Kupowali je głównie Rosjanie. Nawet w środku lata.

Nowy Jork to kolebka rapu. Muzyka chyba nie pozwalała o sobie tam zapomnieć?

"Joka": - Miałem w Nowym Jorku kolegów, z którymi sobie grillowałem i rapowałem, oni mieli też amatorskie studio. W tym mieście fascynowało mnie to, że rap był wszędzie. Szczególnie że mieszkałem w czarnej dzielnicy. Chodziłem często na koncerty, widziałem na żywo m.in. śp. Guru, Eminema, Redmana i Method Mana. Opowiadałem sąsiadom o moim rapowym zespole w Polsce, nawijałem im swoje teksty i choć nic nie rozumieli, to słyszeli, że mam flow.

Kiedy wróciłeś ze Stanów Zjednoczonych?

"Joka": - W 2005 roku. Po powrocie zacząłem trochę koncertować z Marcinem, Wujkiem Samo Zło i CNE (zaprzyjaźnieni raperzy, którzy wraz z Kalibrem tworzą koncertową grupę pod nazwą Baku Baku Skład - przyp. red.). Ale nie byłem gotowy na powrót do tworzenia muzyki. Zacząłem jeździć taksówką w Katowicach. Trwało to pięć lat.

Koncert Kaliber 44 z okazji promocji nowej płyty (fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Wróćmy do teraźniejszości. Na nowej płycie usłyszymy "Superstary" - solowy utwór "Daba" . To ciekawy pomysł na rapowe przechwałki, w których raper szydzi ze swojego wieku.

"Dab": - "Bajkowy rejs, Pan Kleks, Baj Apolinary - mam inny interfejs, bo ja jestem super stary".

"Joka": - Raczej ciężko będzie nam złapać więź z nastoletnim fanem.

"Dab": - Chociaż są takie przypadki, jak dziesięciolatka, która pisze do nas na Facebooku, że nie może się doczekać następnych kawałków.

"Joka": - Najgorsze byłoby kalkulowanie: Co mogę zrobić, żeby trafić do młodego odbiorcy? Jak być na czasie?

"Dab": - Nie tędy droga.

"Joka": - Mam trzynastoletnią córkę, która jak usłyszała singiel, powiedziała: - Tata, trochę takie... eee (śmiech). Jednak już po dziesięciu minutach stwierdziła, że coraz bardziej zaczyna się jej podobać.

Skoro już rozmawiamy o rodzinie - przeżyliście wspólnie tak wiele w przemyśle muzycznym: wielki sukces, rozstania, powroty. Zespół może się rozejść, ale z rodziną będziecie na zawsze.

"Dab": - Bywało różnie. Od momentów, w których nie mogłem zrozumieć pomysłów na życie "Joki", po takie, w których w pełni akceptowałem jego wybory. W większości wypadków miałem jednak wrażenie, że powinniśmy iść razem w muzykę. Na szczęście obecnie jest to fakt. Dogadujemy się świetnie, choć kiedy postanowiliśmy się reaktywować, często musieliśmy szukać wspólnego gruntu. Ważne było uniknięcie mojej dominacji i stworzenie prawdziwie wspólnego albumu. Udało się.

 

A jak wyglądały wigilie rodziny Martenów po waszym debiucie? Czy sukcesy synów zdominowały rozmowy przy rodzinnym stole?

"Dab": - Mieliśmy małe wigilie, czteroosobowe, tylko z rodzicami. Nie wiem, czy byliśmy dla nich takim tematem, bo my nie czuliśmy się gwiazdami. Pochodzimy z Katowic, z dużej, piętnastotysięcznej dzielnicy Bogucice, mieszkaliśmy na osiedlu Kukuczki. Są to średniozamożne rejony i nie wiadomo, jak nasze życie by się bez tego hip-hopu potoczyło. Muzyka pozwoliła się wyrwać z tego typu miejsc wielu ludziom, a my jesteśmy jednym z przykładów.

Jednak sukces musiał być przytłaczający dla debiutantów - ponad sto tysięcy sprzedanych płyt debiutu, nominacja do Fryderyka.

"Joka": - Może tak tego nie odbieramy, bo na wszystko pracowaliśmy latami. Zastanawialiśmy się wtedy, w którą stronę pójść z naszą muzyką, jakich wyborów dokonać.

"Dab": - Nie da się ukryć skali sukcesu, choć w naszym odczuciu to było wieki temu.

Aż tak odległe są te wspomnienia?

"Dab": - Tak. Jakby to się wszystko wydarzyło w innym życiu. Kiedy przypominam sobie młodość, to mam wrażenie, że wspominam film, który kiedyś oglądałem.

(fot. Adam Plu / Move Picture)

"Joka" nawijał kiedyś o "konsekwentnym postępie w schodzeniu na manowce". Chyba dużo działo się w trasach koncertowych?

"Joka": - Tak, tak...

Lakoniczna odpowiedź.

"Joka": - Lakoniczna, bo... no nie wiem, taki tryb życia wiąże się z tym zawodem.

Zapytam inaczej: tęsknicie do wariackich czasów, czy wolicie ten dojrzały etap swojego życia?

"Dab": - Nie tęsknię za dawnymi czasami, bo kocham moje obecne życie, żonę, córki. Nie wróciłbym do okresu, kiedy musiałem prosić mamę, by dała mi trzydzieści złotych. Na pewno też zmieniło się podejście do tworzenia muzyki. Obecnie do studia chodzę codziennie, a nie jak kiedyś, raz na dwa tygodnie. Na przestrzeni tych lat wiele się nauczyliśmy, zmieniliśmy na lepsze.

A mieliście szansę uczyć się od najlepszych. Podobno Kaliber 44 nagrał kiedyś swoją wersję kolędy "Jezus Malusieńki" dla Michała Urbaniaka, który miał być waszym wydawcą.

"Dab": - Tak, powstała taka wariacja w naszym wykonaniu. Podchodziliśmy do pomysłu sceptycznie, ale "Magik" powiedział: - Mamy taką okazję - zróbmy to. Mam wrażenie, że wyszło nam to całkiem zgrabnie, jeśli tak można określić to karkołomne przedsięwzięcie.

"Joka": - Pamiętam, że zrobiliśmy to, bo to była kolejna okazja, żeby wejść do studia nagraniowego i sprawdzić się. To było studio Radia Kraków, które robiło na nas piorunujące wrażenie.

"Dab": - Do tej pory pamiętam wnętrze tego studia, więc było to dla nas nie lada wydarzenie. Samo poznanie Michała Urbaniaka i praca z nim były olbrzymią nobilitacją. "Magik" poszedł tam i zrobił bit w dzień czy dwa. Na szczęście utwór ten nigdy się nie ukazał i dobrze, bo nie byłby to najlepszy start do naszej kariery.

Skoro wspominamy "Magika" - co waszym zdaniem udało się w filmie "Jesteś Bogiem", a co was negatywnie zaskoczyło?

"Dab": - Nie chciałbym się bawić w takie wartościowanie. Dobrze, że film powstał i oddał hołd pionierom. Jest to fabuła, choć podana w dokumentalnym sosie. My zostaliśmy tam pokazani jako bohaterowie negatywni. Ktoś musi być "czarnym charakterem". Piep***ć to.

Jednak oglądając różne rozmowy z "Dabem" z okresu premiery tego filmu, można odnieść wrażenie, że jest sfrustrowany waszym śladowym udziałem w kinowej biografii "Magika".

 

"Joka": - Zostaliśmy zupełnie pominięci.

"Dab": - Przede wszystkim pominięta jest historia "Magika" w Kalibrze. Znaliśmy się jak łyse konie, przyjaźniliśmy wiele lat, bo od 1992 roku. Zanim "Magik" odszedł z Kalibra, zdążyliśmy niejedno razem przeżyć. Szkoda, że to pominięto i jego historia jest wyrwana z kontekstu. To tak, jakby zrobić film o Johnie Lennonie i zacząć od powstania utworu "Imagine".

"Dab", jesteś znany z dwuznacznych, ekwilibrystycznych tekstów, które są bardzo różnie interpretowane. Czy przekładało się to na relacje w zespole?

"Dab": - Niejednokrotnie mi się za to dostało. Już po śmierci "Magika" dowiedziałem się, że miał do mnie pretensje, bo myślał, że ubliżam mu w swoich linijkach. Okazało się, że pół Bogucic w to wierzyło. Dowiedziałem się o tym po latach i było mi bardzo przykro.

"Joka": - "Magik" nadinterpretowywał wiele kwestii, wynikało to z jego stanu zdrowia.

Psychorap, który zapoczątkowaliście wraz z "Magikiem", nigdy za mocno się nie rozwinął w Polsce.

"Dab": - Bo to po***any pomysł, nie uważasz? To była dla nas intensywna podróż w głąb świadomości. Żeby robić to dalej szczerze, trzeba by brać twarde narkotyki albo żyć wyłącznie introwertyzmem. Nas ten mrok znudził, woleliśmy się pobawić słowem, wyluzować. Przeszliśmy z N.W.A na Tribe Called Quest (pierwszy zespół reprezentował agresywny gangsta-rap, a drugi to spokojne, jazzowe oblicze rapu - przyp. red.). Jednak słuchając wcześniejszego pokolenia, umiałem wykryć, kto się inspirował "Magikiem" czy "Joką".

"Dab" podczas koncertu promującego nową płytę (fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Podczas gdy ty, "Joka", nie wydawałeś, twój brat nagrał pięć albumów solowych. Czujesz presję z tego powodu?

"Joka": - Przede wszystkim dumny jestem z brata. Jak słucham jego kawałków, ciągle odnajduję coś nowego. Jestem jego fanem, tak po prostu.

To zabawne, że wracacie z płytą pod tytułem "Ułamek Tarcia", biorąc pod uwagę, że przez krótki moment tak się nazywał wasz zespół.

"Joka": - Wiesz o tym? Chyba przez chwilę, w 1992 roku, tak się rzeczywiście nazywaliśmy.

To na koniec abstrakcyjne pytanie. Gdybym puścił "Dabowi" i "Joce" z 1992 roku waszą nową płytę, co by powiedzieli?

"Dab": - Za lajtowa, za lekka. Może w 1998 roku jeszcze by nam podeszła, ale w czasach debiutu - raczej nie (śmiech) ...

(fot.: k44.info)

Michał "Joka" i Marcin "Dab" Martenowie. Bracia, raperzy i producenci muzyczni, wraz z Piotrem "Magikiem" Łuszczem, założyciele zespołu hip-hopowego Kaliber 44. Grupa powstała w pierwszej połowie lat 90. Po odejściu "Magika" w 1998, do zespołu dołączył "DJ Feel-X" Filiks, który wcześniej współpracował z Kalibrem jako muzyk sesyjny. Oficjalny debiut zespołu - album "Księga Tajemnicza. Prolog" (1996 r.) - okazał się olbrzymim sukcesem. Sprzedał się w ponad 100 tys. egzemplarzy, a Kaliber 44 otrzymał nominacje do Fryderyków w kategoriach debiut roku oraz album roku (muzyka alternatywna). Dwa lata później ukazała się następna płyta "W 63 minuty dookoła świata", po której z zespołu odszedł "Magik". Trzeci album "3:44", to ostatnie wydawnictwo Kalibra przed zawieszeniem działalności w 2003 r. W 2013 r. bracia Marten wznowili koncertową działalność zespołu, a w tym roku powrócili z nowym albumem pt. "Ułamek Tarcia".

Bartek Strowski . Aspirujący scenarzysta, fanatyk NBA, kolekcjoner płyt i ciężkostrawnych przyzwyczajeń. Przeprowadza wywiady dla CGM.pl oraz na antenie Trójki Polskiego Radia w audycji "Soul Muzyka Duszy" Hirka Wrony. Prowadzi fanpage Discmen .