Rozmowa

Rozmawiamy w okolicach walentynek o książce, która dotyczy filmu, miłości i miłości do filmu. O książce, w której się zwierzasz. Nie sposób więc nie zapytać: Jaka była twoja najlepsza i najgorsza kinowa randka?

- Najgorsza to "Mucha" w kinie, film zdecydowanie nierandkowy, dość obrzydliwy, głównie umieraliśmy ze śmiechu. Ta najlepsza wciąż jeszcze przede mną.

Piszesz, że obejrzałaś milion filmów. Czy coś cię jeszcze potrafi w kinie poruszyć i wybić z zawodowego dystansu?

- Zawsze porywają emocje pokazane w sposób, który nie pozwala przejść obok nich obojętnie, jak w filmie "Moja miłość". Mocna historia, często wzięta prosto z życia, która potrafi wciągnąć, jak ostatnio w "Spotlight". Doceniam biegłość realizatorską i szacunek dla widza, jak w "Big Short".

Karolina Korwin-Piotrowska (fot. Agnieszka K. Jurek)

W jaki sposób z tego miliona wybrałaś filmy, które opisujesz w książce?

- Najpierw wybrałam około 400 filmów z domowej biblioteczki i zaczęłam je oglądać. Kryterium było proste: zostaną tylko te filmy, które przejdą bezboleśnie próbę czasu, bo ten dla wielu filmów okazuje się, moim zdaniem, nieubłaganym i straszliwym sędzią. Zostało około 150. Żeby nie robić wielkiego, grubego tomu, wybrałam instynktownie pierwsze 91. Uprzedzam kolejne pytanie: mam w domu ponad 2000 filmów. Jeszcze sporo muszę zweryfikować.

Zdecydowałaś się na kolejność alfabetyczną - z ważnym wyjątkiem w postaci "Gwiezdnych wojen". Czemu właśnie tak? Chciałaś uciec od klasycznej chronologii historii kina, czy raczej od opowiadania swojego życia po kolei, a tym samym - porządkowania go?

- Jeśli uważnie czytałeś książkę, to wiesz: od "Gwiezdnych wojen" zaczęła się moja miłość do kina, bajka mnie porwała i dlatego film ten jest jako pierwszy. Dalej kolejność jest alfabetyczna, bo chciałam uciec od wartościowania filmów. Wszystkie w tej książce są dla mnie równie ważne. Chciałam też ułatwić nawigację w treści książki.

Przy okazji niektórych filmów obnażasz się niemal do... tenisówek, przy okazji innych ani słowem nie wspominasz o sobie. Od czego to zależy?

- Od miejsca, gdzie stawiam granicę w mojej prywatności. Wierz mi, są jeszcze ludzie, którzy szanują intymność i dbają o to nawet w czasach, kiedy ekshibicjonizm staje się religią.

(fot. Agnieszka K. Jurek)

Twoja książka ma bardzo charakterystyczny ton: daleki od głębokiej refleksji filmoznawczej, bliższy raczej przyjacielskim poleceniom w stylu: "idźcie do kina na ten film, bo...". Skąd się wzięła ta formuła i jak nad nią pracowałaś?

- Pierwszą wersję, bardziej wypraną z emocji i faktograficzną, po prostu wyrzuciłam do śmietnika. Przełomowa była uwaga rzucona przez mojego kumpla, który czytając fragment pierwszej wersji powiedział, że pamięta, jak mu fajnie opowiadałam o buciku Jane March na balustradzie promu w "Kochanku". I on właśnie po mojej opowieści obejrzał ten film. Zapytał, dlaczego nie napisałam o tym filmie właśnie tak... Ten bucik z materiału i opowieść o nim stały się objawieniem. Kino to emocje oraz wiedza, w tej kolejności. Nikogo w dobie internetu nie obchodzi, ile dat premier filmów znam. Ludzi obchodzą - i słusznie - moje emocje.

Nie masz w książce litości dla zawodowych krytyków filmowych. Co ci takiego zrobili? Albo co zrobili filmom, które cenisz?

- Przesadzasz, bardzo wielu z nich cytuję. Moim zdaniem krytycy filmowi wpadli we własną pułapkę: zachwyceni sobą i swoją wiedzą, często opowiadają o filmach z wyższością, językiem tak hermetycznym, że ich recenzje stają się czytelne

tylko dla nich i jeszcze paru kolegów. Nie zachęcają do niczego, a odrzucają. Do tego zdarza się im, co jest tajemnicą poliszynela, pisać o filmach, których nie widzieli. Byłam ostatnio na kilku pokazach filmowych, połowa sali, ponoć krytycy filmowi, podczas seansu siedziała na Facebooku. Potem zapewne ci eksperci napisali wielce błyskotliwe recenzje. To normalne?

Równie mocno wyśmiewasz w książce tych krytyków, którzy uciekają w hermetyczny dyskurs filmoznawczy, i tych, którzy przepisują materiały promocyjne dystrybutorów. Co jest gorsze? I jaka jest trzecia droga?

- I nadmierne epatowanie wiedzą z wyższością, i przepisywanie materiałów od dystrybutorów jest złe. U nas niemal nie ma opowiadania dla zwykłego odbiorcy, bez nadęcia, prosto, zwykłym językiem, bez tej wyższości, którą wyczuwam w wielu recenzjach: chodź tu, biedny człowieku, jako wybitny intelektualista opowiem ci, dlaczego dla mnie ten film jest dobry. Najlepszy, i zarazem najtrudniejszy, jest środek: kiedy weźmiesz do ręki jakąkolwiek książkę o filmach wydaną w Anglii czy Stanach, a wierz mi, przeczytałam niemal wszystko, co ukazało się w ciągu ostatnich dziesięciu lat, widać jedno: one są pisane językiem "dla ludzi", prostym, zrozumiałym, dowcipnym, osadzającym dany film w jakimś kontekście kulturowym czy historycznym, co tylko przybliża widza do takiego filmu. Tego u nas niemal nie ma. To umiał Kałużyński. To, jak mu pozwolą, ma Raczek. Widz nie chce nudnej i nadętej gadki, i ma do tego prawo.

Czy są jacyś krytycy, których teksty czytasz i którym ufasz?

- Wychowałam się na Płażewskim. Oprócz tego: Zygmunt Kałużyński, Tomasz Raczek, Łukasz Maciejewski, Łukasz Adamski. Lubię czytać Barbarę Hollender, Zdzisława Pietrasika i blog Michała Oleszczyka "Ostatni fotel po prawej stronie". Czytam niegrzeczne recenzje na "Dzikiej bandzie" i na "Zombie samurai", mogę się z nimi nie zgadzać, ale są po coś, wzbudzają emocje. I dyskusje. Lubię, kiedy pisze się dla ludzi. Nie dla kolegów.

(fot. Agnieszka K. Jurek)

Zaczynałaś karierę w mediach od poważnych rozmów o filmach i poważnych rozmów z filmowcami. Dziś jesteś znana głównie za sprawą programu piętnującego wady celebrytów. Jak się czujesz na tej równi pochyłej, po której powaga mediów zsuwa się coraz niżej?

- Ja się na równi pochyłej raczej nie czuję. Mam za sobą owocny, 10-letni romans z show-biznesem i dzięki temu sporą i, według mnie, dość unikatową wiedzę na temat mechanizmu, który pełni ważną rolę w popkulturze, czy to się komuś podoba, czy nie. To, że napisałam książkę o filmach i mam gdzie wrócić pokazuje, że nie jest chyba ze mną tak źle.

Na spotkaniach autorskich ludzie nieustannie pytali mnie, czy będę miała znowu gdzieś program o filmie, albo w radiu, albo w telewizji, bo oni wciąż pamiętali to, jak mówię o filmach. Sama zresztą wiem, że to wychodzi mi najlepiej. Wzięłam sprawy w swoje ręce i jest książka, pierwsza z serii. A media głupieją, na pewno te mainstreamowe, o czym parę razy w tej książce wspominam. Pisałam o tym też w książce "Ćwiartka raz", pokazałam tam momenty, kiedy głupota medialna stawała się cnotą. Dlatego wiele nadziei pokładam w internecie. Tam się wiele dzieje dobrego, także w kwestii filmowej, bo takie serwisy jak np. Filmweb czy Stopklatka mają, według mnie, światowy poziom.

Sam pomysł na książkę zdaje się mieć mocno "celebrycki" wymiar: moje życie jest jak film, więc wam o nim opowiem. Czemu zdecydowałaś się na taką formułę?

- Każde życie jest jak film, nie tylko moje, twoje zapewne też, tylko się nad tym nie zastanawiałeś. A to jest mój subiektywny wybór. Nie jestem filmoznawcą, chcę opowiedzieć historię o fajnych, ważnych dla mnie filmach. Łatwiej i ciekawiej jest mi to zrobić, jeśli zrobię to przez pryzmat pewnych epizodów z mojego życia, a nie dat z Wikipedii. Dla czytelnika też tak jest ciekawiej i bardziej wiarygodnie. To twoim zdaniem błąd?

Jesteś gdzieś między mocnym krytykowaniem celebrytów a byciem celebrytką. Jak ci się udaje łączyć te dwie, sprzeczne przecież, sprawy?

- Mam dwa "epizody celebryckie" w roku, na konferencjach mojej stacji staję na ściankach. Tyle. Moim psim obowiązkiem wobec moich odbiorców i szefów jest zareklamowanie tego, co robię, bo przecież nie mam się czego wstydzić. To jest część mojej pracy. Gdybym była celebrytką, to pewnie - wzorem paru gwiazd - miałabym w głębokim poważaniu wszelkie media, odbiorców oraz szefów i uciekała z konferencji "ramówkowych". Moje ego tak daleko nie sięga. Co tu łączyć? Jeśli zacytuje mnie jakiś portal to tylko dlatego, że pewnie się klikam i news ze mną z tego powodu ląduje wtedy obok innych celebrytów, ich majtek, zdrad czy popijaw. Nie widzę powodu, by tłumaczyć się z tego, że to, na co pracowałam tyle lat, czyli twarz i nazwisko, jest rozpoznawalne i wzbudza emocje.

Jako celebrytkę często dotyka cię krytyka czy to ze strony dziennikarzy, czy to zwykłych internetowych komentatorów. Jak ją znosisz? Masz jakieś mechanizmy obronne, czy po prostu mocne poczucie własnej wartości?

- Mam na to wywalone. W razie czego są prawnicy. Od lat jestem potwornie uczulona na chamski hejt internetowy i z nim walczę. Nie mam dla niego litości. Bywa, że dziennie muszę blokować na Facebooku dziesiątki, a nawet setki osób, i nie chodzi nawet o to, co ci ludzie wypisują o mnie, ale głównie o to, jaki poziom dyskusji reprezentują między sobą. To potworne i nie mam dla tego akceptacji. Przeraża mnie, że ostatnio najgorszy i najbardziej prostacki, a zarazem bezkarny, hejt na zwykłych ludzi, całe kampanie nienawiści, idzie ze strony medialnych celebrytów, jak Pudzianowski, czy posłów na Sejm, jak Kukiz. Język debaty publicznej od czasów wyborów prezydenckich i parlamentarnych sięgnął dna szambiarki. Nie chcę do tego przykładać ręki, brzydzę się tym i uciekam ostatnio od tego jak najdalej. Wolę książki i filmy.

Czy wszyscy celebryci cię nie lubią? Czy raczej wiedzą, że grają w grę, a jednym z jej elementów jest Korwin-Piotrowska, która się czepia? A tak naprawdę prywatnie się prawie przyjaźnicie?

- Nie interesuje mnie zdanie na mój temat paru niewyedukowanych i wypomadowanych matołków, dla których pewnie Visconti to marka obuwnicza. Błagam, trzeba mieć jakieś kryteria. Mam paru dobrych znajomych w show-biznesie, może nawet kilku przyjaciół, ale moje życie jest gdzie indziej. Doświadczenie boleśnie nauczyło mnie, żeby nie łączyć tych dwóch światów za bardzo.

(fot. Agnieszka K. Jurek)

Jak najchętniej oglądasz filmy? W kinie, w telewizji, zawinięta w koc na własnej kanapie, czy na laptopie? Czy oglądanie na laptopie to jeszcze w ogóle oglądanie filmów?

- Całkiem niedawno kupiłam większy telewizor do oglądania filmów w domu. Laptop pomaga na przykład przy pisaniu książki, mnie pomógł. Komputer przydaje się na wakacjach, podobnie tablet i smartfon, ale magii kina nie odda ekranik na kolanach. Tak uważam.

A masz jakieś ulubione kino, do którego najchętniej wracasz i w którym każdy film wygląda jakby jakoś lepiej?

- Wchodząc na salę kinową, zamykam się kompletnie we własnym świecie. Byle fotel był dość wygodny i dobry ekran. Tyle.

Wolisz oglądać filmy sama czy w tłumie innych widzów?

- Zależy. Uwielbiam oglądać filmy nie na pokazach prasowych, ale na zwykłych seansach, obserwując reakcje sali.

Zdarza ci się wychodzić z filmów przed końcem? Co reżyser musi zrobić, żeby cię wygonić z sali kinowej?

- Nakręcić "Ciacho" albo "Kac Wawa". Obrazić mnie swoim tupetem i brakiem talentu oraz hucpą.

Już dziś zapowiadasz kolejne części swojego przewodnika po filmach i własnym życiu. Czemu chcesz to kontynuować?

- Bo jestem hedonistką, lubię robić tylko to, co jest dla mnie przyjemne, a pisanie tej książki i zagłębienie się w świat filmu, po pewnej przerwie, było dla mnie orgiastyczną przyjemnością, której nie dam sobie zabrać.

Karolina Korwin-Piotrowska, "Krótka książka o miłości" (fot. Agnieszka K. Jurek)

Karolina Korwin-Piotrowska. Dziennikarka znana z fal radiowych, ekranów telewizyjnych i łamów licznych gazet i czasopism. Zaczynała od programów radiowych o tematyce filmowej - w Radiu Zet opowiadała o premierach i kinowej klasyce. Z czasem coraz chętniej zajmowała się tematyką związaną z show-biznesem, prowadziła m.in. program, w którym piętnowała słabości, potknięcia i wady celebrytów. Wydała dwie książki na ten temat, a nakładem wydawnictwa Prószyński Media właśnie ukazała się "Krótka książka o miłości", poświęcona jej fascynacjom filmowym.

Przemysław Gulda. Dziennikarz "Gazety Wyborczej" od 2000 roku. Pisze o kulturze. Relacjonuje festiwale muzyczne na całym świecie. Ma w dorobku dwie książki: powieść "Siedemnaście sekund" i zbiór opowiadań "Chłopcy i dziewczęta w Polsce", jest współautorem alternatywnego przewodnika "Zrób to w Trójmieście" (wyd. Agora). We wrześniu ukazała się jego książka "Moi sąsiedzi nie żyją" - reportaż o gdańskich Żydach.