Rozmowa

Jaka jest "Kura"?

- Agresywna. Do tego emocjonalna i zagubiona.

Dlaczego?

- Wyrosła w środowisku, które ją w ten sposób ukształtowało. Kiedy przygotowywałam się do roli, pomyślałam, że mam skrajnie inny system wartości niż ona, bo moje doświadczenia życiowe po prostu są inne. "Kurę" spotkało w życiu dużo niegodziwości i dlatego zachowuje się tak, a nie inaczej. Rzeczy, które robi, nie wydają jej się złe, jak mi czy pani. Taki jest po prostu jej świat. "Kura" ma inną perspektywę.

Ta perspektywa się nie zmienia? Zabiła, trafiła do więzienia. Jest taka scena, w której płacze.

- Tak, płacze, ale to nie są wyrzuty sumienia czy jakaś wielka refleksja, że zrobiła źle. Ona płacze, bo po pierwsze, ktoś ją poddusza i płacz jest tutaj fizjologią, a po drugie, ona po prostu boi się, co teraz z nią będzie. Boi się, że zostanie ukarana. Zresztą dowodem na to jest scena, w której "Kura" jedzie do więzienia. Pyta wtedy śledczego, czy jak będzie "robić laskę" klawiszom, to będzie miała lepiej. Ona chce przetrwać. To podpowiada jej instynkt.

Agnieszka Dygant, kadr z filmu "Pitbull. Nowe porządki" (fot. materiały prasowe)

Potępia ją pani?

- Jako człowiek - tak. Ale pracując nad rolą, próbowałam zapomnieć o tym, nie oceniałam jej. Próbowałam przyjąć jej punkt widzenia. Był taki moment, kiedy wydaje mi się, że poczułam namiastkę tego, co ona mogłaby czuć.

To był drugi dzień zdjęciowy, już po scenie, w której "Kura" zabiła człowieka. Miałam na sobie kostium i pełną charakteryzację. Właśnie szłam w kierunku planu zdjęciowego, bo mieliśmy zacząć grać. I chciałam ten czas wykorzystać jakoś, za przeproszeniem, twórczo. Aktorzy nazywają to wchodzeniem w rolę. Przechodziłam przez pasy bez sygnalizacji świetlnej, samochody przejeżdżały i nikt nie chciał się zatrzymać. W pewnym momencie jednak jeden kierowca stanął, żeby mnie przepuścić, a ja pomyślałam sobie: Masz szczęście, gnoju, bo tak się składa, że wczoraj zabiłam człowieka. Poczułam jakiś dziwny "power", pomyślałam, że jestem niebezpieczna i nieobliczalna. Że mogłabym uszkodzić chłopinę, no albo... przynajmniej jego samochód. (śmiech) To było dziwne, ale wiedziałam, że mam nad nim przewagę.

To taka przewaga, która pozwala kobietom rządzić gangami? Wywoływać strach nawet u mężczyzn i sprawiać, że są im posłuszni?

- Znamy takie przykłady, prawda? Choćby ostatnia historia pary, która w Rakowiskach zamordowała rodziców chłopaka. Z tego, co słyszałam, to właśnie dziewczyna była prowodyrką.

A pani jest silną kobietą?

- Ja - dość. Ale jeśli chodzi o "Kurę", mam wątpliwości. Z mojej perspektywy to, czego się dopuszcza, jest jednak wynikiem słabości. Inaczej postrzegam siłę. Dla mnie silna kobieta to taka, która sobie radzi. Nie jest uzależniona emocjonalnie, finansowo, mentalnie, nie musi nikogo zabijać, uciekać się do przemocy. To raczej ktoś, kto pracuje nad sobą i pokonuje swoje słabości.

Przykład?

- To raczej nie są spektakularne rzeczy, żadne wielkie czyny. Chodzi o przepracowanie w sobie pewnych emocji, na przykład zapanowanie nad zazdrością.

Ma pani na myśli zazdrość o rolę czy o przystojnego partnera?

- I to, i to. Patrick [Yoka, partner Agnieszki Dygant - przyp. red.] jest reżyserem i czasami bywam zazdrosna o emocje, które go łączą z aktorkami na planie. Sama jestem aktorką i wiem, jak można na tym budować swoją atrakcyjność, przekonanie o własnej wartości i wyjątkowości. To daje poczucie szczęścia i, niech mi pani wierzy, jest warte wszystkich pieniędzy. Pewnie stąd się biorą fascynacje, a bywa, że i romanse na planie.

Zazdrość połączona z mściwością pociągnęła "Kurę" na dno.

- Tak. "Kura" jest prostytutką i często doświadcza przemocy od swoich klientów. Przemoc jest też jej bronią. Zabija człowieka. Początkowo ten czyn staje się przepustką do lepszego życia, miłości, związku z gangsterem "Zupą", granym przez Krzyśka Czeczota. A potem, kiedy zostaje przez niego zdradzona i oszukana, to morderstwo pociąga za sobą szereg zdarzeń, które doprowadzają do tragedii.

Agnieszka Dygant i Krzysztof Czeczot, kadr z filmu "Pitbull. Nowe porządki" (fot. materiały prasowe)

Gdyby przymknęła oko na zdradę, to byłby przejaw siły?

- Nie, to byłby konformizm, akceptacja zdrad w zamian za lepsze życie. Raczej chodzi mi o to, że mogła lepiej wykorzystać fakt, że "Zupa" wyciągnął ją z dotychczasowego świata. Instynkt jednak nie podpowiedział jej, żeby budować coś nowego, postawić na siebie, ocalić się. Nie miała dość siły, żeby zacząć nowe życie, bez niego.

Pani by miała?

- Taką mam nadzieję. W każdym razie próbuję przekuwać trudne doświadczenia w coś budującego, wyciągać wnioski. Choć też nie zawsze mi się udaje.

Na przykład?

- Moje życie nie jest tak ekstremalne ani "barwne", jak mojej bohaterki. Mam wrażenie, że moje przykłady wypadłyby dość blado.

Jako aktorka może pani co jakiś czas żyć nowym życiem...

- Na przykład prostytutki. Rzeczywiście, zawód aktorki wyczerpuje moje dziecięce marzenia o byciu różnymi osobami. Może i dobrze. (śmiech)

Hm, to kim chciała pani być jako dziecko?

- Zakonnicą. (śmiech) Chyba tylko aktorstwo nie wyklucza tych dwóch wcieleń.

Lubiła pani Nianię?

- A pyta pani a propos którego z tych dwóch wyżej wymienionych wcieleń? (śmiech)

Chodziło mi raczej o to, jak się pani czuła w roli lekko kiczowatej, wiecznie uśmiechniętej Niani.

- Nigdy się tak nie ubawiłam, jak przy realizacji tego serialu. To był świetny czas.

Kadr z serialu "Niania" (fot. materiały prasowe / TVN)

Mimo dziewięciu sezonów? Nie męczyła już pani ta postać?

- Nie. Byłam z nią bardzo emocjonalnie związana i naprawdę zrobiło mi się smutno, gdy serial się skończył. Zresztą zakończenie "Prawa Agaty" też mocno przeżyłam.

Bo nie spotykała się już pani z ekipą, która kręciła ten serial?

- Nie. Przeżywałam, że ta postać tak jakby... we mnie umarła. O rany, jak to strasznie i pretensjonalnie brzmi, ale naprawdę tak było.

Do której serialowej bohaterki jest pani bliżej - do Agaty czy Niani?

- Do żadnej. Z jednej strony obydwie gdzieś się we mnie mieściły, ale z drugiej nie jestem żadną z tych kobiet. Niania mnie wzruszała tym, że potrafiła się uśmiechać mimo łez, umiała udawać głupszą niż jest, żeby innym było lepiej. A Agata była po prostu dobra. Na pewno była lepszym człowiekiem ode mnie.

Bez przesady.

- Była znacznie delikatniejsza niż ja. I bardziej dyplomatyczna.

A jednak coś was łączy.

- Niby co?

Wspólna przyjaciółka, Daria Widawska.

- No tak. Kiedy miałyśmy się spotkać na zdjęciach próbnych, pomyślałam: O nie, to bez sensu. Daria grała przecież jedną z przyjaciółek Magdy M., i w "Prawie Agaty" też? Nie dość, że główna bohaterka to także prawniczka, jak Magda, to jeszcze ta sama przyjaciółka? Chory pomysł. Ale na zdjęciach okazało się, że to musi być ona. Daria ma rzadką umiejętność - nie stoi w cieniu głównej bohaterki, tylko potrafi stworzyć alternatywną, silną postać. A przy tym jest serdeczna. Typ harcerki, można na nią liczyć, czuwaj.

I naprawdę nie rywalizuje pani z nią?

- Nie. A wyglądam? (śmiech)

Kadr z serialu "Prawo Agaty" (fot. Agnieszka K. Jurek / TVN / materiały prasowe)

Ja panią postrzegam jako osobę waleczną, taką, która prze przed siebie, mimo przeciwności losu.

- I trochę tak jest, ale to nie wyklucza przyjaźni.

A gdyby jakiś reżyser położył waszą przyjaźń na szali?

- Raczej by poległ. Los nam sprzyja, gramy zupełnie różne role, jesteśmy zupełnie inne. Pewnie skończyłoby się to rezygnacją pana reżysera.

Jest pani pamiętliwa?

- Nie bardzo. A może inaczej: wybaczam bliskim, im wolno więcej. Ale w ogóle im jestem starsza, tym częściej staram się zrozumieć. Choć różnie z tym bywa.

A jak już ktoś nadepnie pani na odcisk, to bywa pani mściwa?

- Tak jak powiedziałam, różnie z tym bywa.

 

Agnieszka Dygant (ur. 1973). Pochodzi z Piaseczna. Jest absolwentką szkoły teatralnej w Łodzi. Popularność przyniosły jej role w serialach "Fala zbrodni", "Na dobre i na złe", "Niania" i "Prawo Agaty". Zdobywczyni dwóch Telekamer. Prywatnie mama niespełna sześcioletniego Xawerego. Jej partnerem jest Patrick Yoka, reżyser i scenarzysta.

Angelika Swoboda . Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.