Rozmowa
Henry Rollins (fot. materiały prasowe)
Henry Rollins (fot. materiały prasowe)

Przygotowujesz się właśnie do bardzo intensywnej trasy. Już na początku roku będziesz robił to, z czego słyniesz od wielu lat: dawał wykłady. Czy jest jakiś temat czy zagadnienie, któremu będziesz chciał poświęcić szczególną uwagę podczas tych wystąpień?

- Będę chciał opowiadać przede wszystkim o tym, co robiłem przez ostatnich kilka lat: gdzie byłem, co widziałem, czego się nauczyłem. Będę wspominał także o najbardziej aktualnych sprawach i wydarzeniach. Świat nieustannie dostarcza ciekawych tematów, których nie sposób nie poruszyć podczas takich wystąpień jak moje.

Świat wpadł ostatnio w dość poważne turbulencje, czy może tylko nam się wydaje, że jest gorzej niż było dwie, trzy czy cztery dekady temu? Może wtedy było tak samo źle, tylko mało kto to dostrzegał, bo nie było jeszcze takich narzędzi komunikacyjnych, jakimi dysponujemy dziś?

- Nie mam najmniejszych wątpliwości, że zupełnie nie trzymamy ręki na pulsie poważnych problemów, z którymi mierzy się dziś świat.  Jednym z najważniejszych wyzwań ludzkości są problemy ekologiczne, poza tym Zachód dokonuje niedopuszczalnych przekroczeń na Bliskim Wschodzie. Wydaje mi się, że media wciąż za mało mówią o obu tych sprawach.

Henry Rollins (fot. materiały prasowe)

Co może mieć największy wpływ na przyszłość ludzkości?

- Jestem przekonany, że największe znaczenie mogą mieć zmiany klimatyczne, których skutki świat będzie odczuwał bardzo długo. Dzisiejsze problemy ekologiczne jutro mogą przerodzić się w prawdziwe katastrofy. Jeśli spojrzeć uważnie na źródła takiego stanu rzeczy, okaże się, że zmiany klimatyczne spowodowane są przez źle prowadzoną politykę państw. Zresztą istnienie Państwa Islamskiego również jest ewidentnie wynikiem złej polityki: niewłaściwych poczynań w relacjach międzynarodowych, fatalnej jakości przywództwa w wielu krajach, wywoływania sztucznych konfliktów.

Zamach na paryski klub, w którym odbywał się koncert zespołu Eagles Of Death Metal, jest w zasadzie pierwszym przypadkiem w historii światowego terroryzmu, kiedy napastnicy celowo zaatakowali imprezę kulturalną tego typu. Jak bardzo ten wypadek zmieni cały światowy rynek koncertowy, festiwalowy czy w ogóle, szerzej, kulturalny?

- Moim zdaniem ten atak będzie miał ogromne skutki dla całej branży. Zwłaszcza w Europie. Efektem widocznym na pierwszy rzut oka będzie z pewnością maksymalne podniesienie poziomu zabezpieczeń. A to pociągnie za sobą prawdziwą lawinę utrudnień, z którymi będą się musieli borykać wszyscy uczestnicy różnego rodzaju imprez: przed wejściem trzeba będzie czekać w długiej kolejce, pod sceną będzie stał cały oddział ochroniarzy. To automatycznie będzie też oznaczać, że wszyscy będą na siebie patrzeć podejrzliwie, zaufanie między ludźmi będzie o wiele mniejsze, a zabawa o wiele mniej beztroska i radosna. Generalnie będzie mniej tego wszystkiego, po co przychodzi się na koncert.

Ale powiedzmy sobie szczerze, koncert jest znakomitym celem ataku dla terrorystów - sytuacja z Paryża pokazała to wyraźnie. Przypuszczam, że to nie ostatnia próba dokonania zamachu na imprezie kulturalnej, choć bardzo chciałbym, żeby taka tragedia się więcej nie powtórzyła.

Dziś Henry Rollins częściej niż jako wokalista występuje jako polityczny i społeczny aktywista (fot. Jared eberhardt / Flickr.com / CC BY-SA 2.0)

W ostatnim czasie pojawiałeś się kilka razy na koncertach różnych wykonawców i gościnnie śpiewałeś z nimi na scenie. Nie brakuje ci tego, co kiedyś było twoim żywiołem, czyli właśnie grania muzyki na żywo? Planujesz wrócić kiedyś do regularnego koncertowania?

- W ogóle nie tęsknię za graniem w zespole. Czasem zastanawiam się, dlaczego tak jest. Jedyna odpowiedź, która przychodzi mi wtedy do głowy jest taka, że w przeszłości robiłem to bardzo długo, i, nie ma co tu kryć, w dość ekstremalny sposób. Nie mam już żadnych pytań, na które mógłbym znaleźć odpowiedź poprzez taką formę ekspresji. Nie nauczyłbym się już w ten sposób niczego nowego. Nie ukrywam, że nie mam też pomysłów na teksty piosenek, które chciałbym śpiewać. A za nic nie chciałbym się powtarzać, kręcić się w kółko i nie posuwać się do przodu. Zawsze kiedy docierało do mnie, że znalazłem się w takiej sytuacji, szukałem dla siebie czegoś nowego.

Podczas swoich występów często i chętnie opowiadasz o punkowych korzeniach, czasach, kiedy występowałeś jako wokalista zespołu Black Flag. Mówisz wtedy, że miało to kluczowe znaczenie dla twojego dalszego życia i dla tego, kim teraz jesteś. Na ile twoja punkowa przeszłość ma wpływ na twoją teraźniejszość? Czy ta ostatnia także jest wciąż punkowa?

- To były bardzo trudne czasy, które świetnie przygotowały mnie do wszystkiego, co mnie spotkało później. Myślę, że tamte lata nauczyły mnie przede wszystkim, jak podchodzić do różnych spraw i zadań w życiu. Etyka, którą wtedy sobie przyswoiłem, okazywała się bardzo przydatna. To właśnie wtedy dowiedziałem się, że zawsze muszę być gotowy na ciężką pracę i kiedy przyjdzie odpowiedni moment - zabierać się do niej.

Jestem przekonany, że jest wiele innych sposobów, żeby nauczyć się tego wszystkiego, ale dla mnie droga poznawania prawdy o życiu poprzez granie koncertów i jeżdżenie na trasy w ekstremalnie trudnych warunkach okazały się bardzo skuteczne. Dzięki temu dziś umiem sobie poradzić w każdej sytuacji. Nie wiem i nie zastanawiam się, na ile punkowa jest moja teraźniejszość. Raczej skupiam się na tym, żeby rozwiązać problemy, które dziś stają przede mną.

Rollins Band w 1993 roku (fot. Pelle Sten / Flickr.com / CC BY-SA 2.0)

Coraz głośniej jest o najnowszym filmie, w którym grasz - "He Never Died". Zwykle pojawiałeś się na ekranie w epizodach, tym razem w zasadzie nie wychodzisz z kadru. Czy praca nad tym projektem różniła się od twoich poprzednich przygód aktorskich?

- Nie, w zasadzie nie. Nawet do tamtych małych ról przygotowywałem się bardzo solidnie i ciężko nad nimi pracowałem. Każde tego typu zadanie traktuję równie poważnie. W przypadku najnowszego filmu było bardzo podobnie, tylko pracy było trochę więcej. Przez jedenaście miesięcy, zanim zaczęliśmy zdjęcia, konstruowałem swoją postać. Dzięki temu, kiedy kamera włączyła się pierwszy raz, byłem w pełni gotowy, żeby stać się bohaterem, którego gram. Jestem bardzo zadowolony z efektu: wszystko wskazuje na to, że film się udał, i wygląda na to, że podoba się widzom.

 

Jesteś aktywny na wielu polach: piszesz książki, felietony, grasz w filmach, prowadzisz audycje radiowe, występujesz na żywo. Dlaczego ważne jest dla ciebie wykorzystywanie tak wielu różnych dróg dotarcia do odbiorców? Którą z nich uważasz za najbardziej skuteczną?

- Po prostu bardzo lubię być zajęty. Bawi mnie wypróbowywanie różnych rzeczy, branie na siebie odpowiedzialności różnego rodzaju, nabywanie różnych umiejętności. Dzięki temu mam poczucie, że moje życie jest ciekawe. To chyba główny powód. Pochodzę ze świata, w którym ludzie pracują za minimalną płacę i nie mają szans na nic. Z tego punktu widzenia wszystko, co teraz robię, to sprawy, o których dawniej nie mogłem nawet pomarzyć. Doceniam to i chcę z tego czerpać jak najwięcej.

W tym wszystkim wciąż znajdujesz czas, żeby osobiście odpisywać ludziom na e-maile i rozmawiać ze swoimi fanami twarzą w twarz po występach. Jak ważny jest dla ciebie taki bezpośredni kontakt?

- Robię wszystko, żeby moi fani mieli do mnie dostęp. Bardzo lubię spotykać się z ludźmi i rozmawiać z nimi, słuchać tego, co mają mi do powiedzenia. Ale z drugiej strony, gdybym chciał odpowiadać na wszystkie e-maile, nie miałbym czasu na inne sprawy: pisanie, przygotowanie audycji itd. Trudno ogarnąć to wszystko, kiedy odpowiada się na jeden e-mail za drugim.

Nowe sposoby komunikacji otworzyły też niespotykane wcześniej drogi wyrażania krytyki. Ty sam ostatnio stałeś się celem bardzo mocnych ataków - po niektórych wystąpieniach, np. felietonie na temat samobójstwa Robina Williamsa, spadła na ciebie prawdziwa internetowa lawina nienawiści. Jak sobie z tym radzisz?

- Rzeczywiście, półtora roku temu opublikowałem tekst o samobójstwie, dla którego inspiracją była śmierć Williamsa . To była dla mnie wielka strata, zawsze uważałem go za wspaniałą osobę. Zapytałem w swoim tekście, jak to jest możliwe, żeby zrobić coś takiego swoim dzieciom. Wydaje mi się, że to uczciwie postawione i uzasadnione pytanie.

Wiele osób, które pisały do mnie pełne wściekłości wiadomości po publikacji tego felietonu przyznawało, że go nie czytały, a tylko słyszały o nim. A przecież sam tekst nie był w żaden sposób prowokacyjny ani kontrowersyjny. Niektórzy ludzie twierdzili jednak, że moje słowa ich zabolały. I to było coś, co naprawdę mnie poruszyło, bo ani przez moment nie było to moim zamiarem. Tłumaczę sobie, że w tego typu sytuacjach ludzie zawsze używają mocnych słów. A ja przecież dobrze wiem, że nie jestem złym człowiekiem, więc nie powinienem się przejmować, kiedy ktoś tak o mnie pisze.

Henry Rollins w Comedy Theatre w Bonnaroo (fot. Melanie Levi / Flickr.com / CC BY-SA 2.0)

Czy odwiedzając różne kraje podczas swojej trasy, masz czas sprawdzić, jak żyją ich mieszkańcy, żeby poświęcić część swojego wystąpienia lokalnym problemom?

- Robię tak tylko wtedy, kiedy sam przeżywam tam coś ważnego. Nie chcę czytać o jakichś sprawach w gazetach czy książkach, a potem powtarzać ludziom, co przeczytałem. To byłoby zwykłym oszukiwaniem moich słuchaczy. W Polsce byłem do tej pory dwa razy, ale nie spędziłem u was zbyt dużo czasu. Na pewno za mało, żeby dobrze poznać ten kraj. Na pewno za mało, żeby o nim mówić. Wpadałem tylko na występ i zaraz musiałem jechać dalej.

Jakie masz plany na ten rok, poza odwiedzinami w Polsce? Znając cię, to będzie dla ciebie kolejnych dwanaście pracowitych miesięcy.

- Przez większość roku będę w drodze. I na tym będę chciał się mocno skoncentrować, żeby mieć pewność, że daję publiczności podczas występów wszystko, na co mnie stać. Nie mam za to jeszcze żadnych planów na 2017 rok.

Henry Rollins w ramach najnowszej trasy wystąpi w Polsce dwukrotnie. W sobotę, 23 stycznia, będzie go można zobaczyć w warszawskim klubie Palladium, a dzień później, w niedzielę, 24 stycznia, da występ w Sali Koncertowej Radia Wrocław we Wrocławiu.

Henry Rollins . Amerykański muzyk, pisarz i aktywista, związany ze sceną punkową. Po raz pierwszy dał się poznać jako wokalista kanonicznej formacji Black Flag. W latach 90. z powodzeniem występował na czele swojej własnej grupy, Rollins Band. Potem przestał śpiewać i zaczął... opowiadać. Od lat objeżdża świat ze swoimi "spoken words", prezentacjami w formie wykładów, podczas których opowiada o tym, co przeżył. Rollins bardzo dużo publikuje: pisze felietony, dzienniki z podróży, teksty publicystyczne. Jest także zaangażowany w wiele akcji o charakterze humanitarnym czy charytatywnym.

Przemysław Gulda . Dziennikarz "Gazety Wyborczej" od 2000 roku. Pisze o kulturze. Relacjonuje festiwale muzyczne na całym świecie. Ma w dorobku dwie książki: powieść "Siedemnaście sekund" i zbiór opowiadań "Chłopcy i dziewczęta w Polsce", jest współautorem alternatywnego przewodnika "Zrób to w Trójmieście" (wyd. Agora). We wrześniu ukazała się jego książka "Moi sąsiedzi nie żyją" - reportaż o gdańskich Żydach.