Rozmowa

Kilka lat temu zapowiadał pan powieść o dwunastoletnim chłopcu-tenisiście. Tymczasem wydał książkę o dojrzałym winyloholiku.

- O chłopcu jest gotowa, znajomi namawiają mnie, żebym ją wydał, ale ja ciągle się waham. To opowieść, która dzieje się współcześnie, w czasie rzeczywistym. Występują tam gry komputerowe, telefony komórkowe, aktualni idole tenisowi. Tymczasem współczesność ciągle nam ucieka w coraz bardziej zawrotnym tempie.

Od czasu napisania książki wszystko się pozmieniało i szukam teraz sposobu, co zrobić, żeby nie była ona anachronizmem już w momencie ukazania się. Jestem drobiazgowy. Piszę szybko, ale potem długo poprawiam słowa, frazy, a jeśli ich nie poprawię, przez lata nie daje mi to spokoju. Mam nawet trochę takich słów w piosenkach sprzed czterdziestu lat, które do dziś mnie denerwują.

Książka, którą pan wydał, to fabularne rozwinięcie piosenki sprzed 32 lat - "Kryzysowej narzeczonej". Skąd taki pomysł?

- Któregoś dnia wpadli do mnie znajomi, słuchaliśmy starych piosenek i przy "Kryzysowej" pomyślałem, że to fajny pomysł na coś większego. Sam tytuł jest trochę prowokujący... Tam gość zwraca się do swojej dziewczyny, która wyjechała: "Mogłaś moją być, jakoś ze mną przebiedować, zamiast życzyć mi na pocztówce nie wiadomo skąd Wesołych Świąt / Mogłaś być już na dnie, a nie byłaś, nigdy nie dowiesz się, co straciłaś". Zaciekawiło mnie, o kim napisałem tekst i uruchomiłem wyobraźnię. Codziennie rano chodzę na spacer z psami na plażę...

Ech...

- I na tej plaży wymyślałem sceny [Andrzej Mogielnicki od kilku lat mieszka na Karaibach - przyp. red.]. Wracałem do domu i pisałem. Okazało się, że to pokoleniowa historia. Jest narrator - dziennikarz muzyczny, jego koleżka, zwany Inżynierem, i paru innych freaków, jest miłość, służby specjalne, 40 lat historii rockandrolla i historii Polski.

 

I wszystko zmieściło się na 130 stronach niedużego formatu.

- A kto powiedział, że książka, żeby była piękna, musi być gruba? Tu przecież nie chodzi o żonę jakiegoś plemiennego kacyka! Zachowując proporcje, "Stary człowiek i morze" albo "Witaj smutku" nie są grube, a piękne. Pewnie dlatego, że przez lata pisałem teksty piosenek, a w nich trzeba się streszczać, nie umiem lać wody.

Narratorem "Kryzysowej" jest facet, który dopiero w latach 90. zorientował się, że "w przyrodzie nie występuje rytmicznie grająca gitara basowa", bo wyszedł wreszcie ze swojego mieszkania, gdzie przez dekady słuchał płyt. Wątek pasji muzycznej jest tu bardzo ważny. Jest trochę pana w tej historii?

- Trochę. Ja, żyjąc w PRL-u, właściwie w nim nie mieszkałem. Bywało nudno, głupio, strasznie, ale często też zabawnie. Siedziałem w muzyce po uszy i rzeczywiście, jak coś mnie wkurzało, to brałem płytę i zamykałem się z nią w domu. W tym sensie narrator ma coś ze mnie.

Był pan wśród nielicznych osób w Warszawie, które w latach 60. miały najnowsze płyty. W książce nazywa pan tych zbieraczy winyloholikami.

- Ja aż tak maniacko nie zbierałem, ale rzeczywiście miałem kolekcję płyt. Mój ojciec pracował w centrali handlu zagranicznego, jeździł często do Wiednia i przywoził mi je. Byłem na nasłuchu radiowym - słuchałem zachodnich rozgłośni, no i znałem paru zwariowanych na punkcie tej muzyki ludzi, więc wiedziałem, co wyszło w Anglii, niemal na bieżąco. Pisałem ojcu na kartce, czego ma szukać. Był sklepik muzyczny w Wiedniu, dokąd tę kartkę zanosił. Jakoś po dwóch latach tych wizyt już zaprzyjaźnieni właściciele przywitali go: Herr Mogilniki, może przywiezie pan syna ze sobą, my go tu zatrudnimy. To fantastyczny chłopak, przewiduje wszystko, co będzie modne . Okazało się, że wiedziałem to szybciej niż oni.

Andrzej Mogielnicki na scenie z zespołem Lady Pank (fot. archiwum prywatne)

Każdy z nas miał swoje sposoby na zdobywanie płyt. Ktoś miał ciotkę w Anglii, inny stryja lotnika. Stryj był nieprzejednanym antykomunistą, więc chłopak wysyłał mu rozpaczliwe listy o ciężkim życiu w Polsce, że nie ma honoru, Boga, ojczyzny, i na koniec prosił o płytę Animalsów. Stryj był wprawdzie konserwatywnym przedwojennym Polakiem, więc rockandrolla nie poważał, ale szedł do sklepu i przysyłał. Jakoś te płyty dochodziły, piszę o tym. W Polsce jeszcze nie było najgorzej. Często znaliśmy kulturę zachodnią z tzw. drugiej ręki. Pamiętam, po studiach byłem na wycieczce w Moskwie. Spędzałem tam wieczór z rosyjską dziewczyną - kinomanką. Opowiadała o filmach amerykańskich, znała je, kadr po kadrze. Byłem trochę zdziwiony, gdzie mogła je wszystkie oglądać. Spytałem o to, a ona w płacz: - Nie, nie widziałam żadnego, wiem tyle, co przeczytałam o nich w magazynach filmowych.

Muzyka była dla pana odskocznią od rzeczywistości?

- Była. Choć nie działałem w opozycji, w partii zresztą też nie. Nie byliśmy zainfekowani polityką. Z jednej strony Komitet Centralny partii, "Trybuna Ludu", Gomułka, Gierek, z drugiej strony - Wolna Europa, opozycja. Myśleliśmy więc naiwnie: - Stwórzmy kraj bez polityki. Okazuje się jednak, że to niemożliwe, nie da się uciec, zawsze trzeba opowiadać się po czyjejś stronie. Inżynier z mojej książki w młodości był lokalnym Casanovą, potem zapisał się do partii, dostał talon na samochód, a gdy zobaczył, że za części do fiata musi płacić w dolarach, zrozumiał, że to "musi pier***nąć". Cóż, byt kształtuje świadomość. Zaczął działać w opozycji, a w nowej Polsce został zabetonowanym "patriotą" na pograniczu paranoi. Tyle że odkrył, że sam ma haka w życiorysie - kryzysową narzeczoną...

Zostawmy czytelnikom niespodziankę, wróćmy do lat, gdy "Kryzysowa narzeczona" była hitem, a Lady Pank - zespół, który pan stworzył - najbardziej gwiazdorską grupą. Jak wyglądało gwiazdorskie życie lat 80.?

- Moim zdaniem wyglądało nędznie jak na gwiazdy. Stawki dla muzyków były ustalone w ministerstwie, dostawali chyba 120 zł za koncert. Grali więc tych koncertów 300 w roku. Jeździłem z nimi przez dwa lata, przez tę straszliwą Polskę, ciemną zupełnie. Więcej w tym było szpanu, gwiazdowania na pokaz niż forsy. Kiedyś, byliśmy wtedy na samym szczycie, graliśmy na festiwalu w Sopocie. Nagle przylatuje do mnie menedżer, że miały być lepsze stawki, a tymczasem będą jak za dom kultury. Biegnę więc do człowieka z Estrady Bałtyckiej, robię awanturę, a on: - A paszporty chcecie? Akurat czekała nas promocja w Stanach, więc co mieliśmy zrobić? Poszliśmy się upić.

W ogóle często chodziliście się upić.

- My jedni? A chirurdzy, architekci, kolejarze, dziennikarze nie pili? Wszyscy wtedy pili. Jak jest dzisiaj - nie wiem. Ale pewnie też za kołnierz nie wylewają.

Koncerty zespołu Lady Pank, lata 90. (fot. Waldemar Kompala / Piotr Molęcki / Agencja Gazeta)

Jak pan to przetrwał?

- Patrzę na panią na monitorze, a za monitorem [rozmawiamy przez Skype'a - przyp. red.] widzę ciepły ocean.

Ech...

- Niech pani przestanie wzdychać, proszę.

Wie pan, że tu jest ciemno od czternastej? I pada?

- Pewnie, że wiem. Nie ja jeden tutaj. Parę dni temu spotkałem w sklepie znajomego Niemca, on mi mówi: - Wiesz jaka jest pogoda dziś w Hamburgu? Deszcz ze śniegiem. I w śmiech. Bo staliśmy przy tej kasie w gaciach i klapkach. No, więc widzę za panią ciepły ocean i gdybym wsiadł do jakiejś porządnej motorówki, to po czterech godzinach dotarłbym do wyspy, gdzie mieszka Keith Richards. Mogę powiedzieć, że jest moim sąsiadem. W każdym razie, kiedy u mnie pada, to u niego też. Rzadko, najwyżej kilkanaście dni w roku.

No tak, skoro Stonesi przetrwali, to o czym mówimy.

- W książce, nad którą pracuję obecnie, jest taka scena, że bohaterowie chcą robić cmentarz gwiazd rockandrolla. - Jedna alejka Beatlesów, druga Stonesów, to będzie bardzo atrakcyjne dla turystów - mówi jeden. - To niemożliwe, bo Stonesi jeszcze grają - odpowiada drugi. A rzecz się dzieje pod koniec XXI wieku.

Andrzej Mogielnicki (fot. Wojciech Druszcz / Reporter)

Rozstał się pan z Lady Pank w 1986 roku.

- To moje dziecko, Lady Pank. Stworzyłem ich od zera, byłem kimś w rodzaju producenta, choć nie było wtedy takiego zawodu. Na początku to było fajne - pięciu chłopaków, popularność... A potem zaczęły się dziewczyny, żony, sprawy finansowe, grajdoł. Dziecko wyrosło, zaczęło się rozpychać, myśleć, że jest rozgarnięte - co zresztą nie było do końca prawdą. Dziennie odbierałem w ich sprawie po trzydzieści telefonów. Że pokłócili się z kelnerem, że zdemolowali pokój, więc w końcu stwierdziłem, że przecież ja mam swoją drogę życiową, nie mogę skończyć na Lady Pank. Potem jeszcze pisałem im teksty, ale już jako freelancer.

Tworząc zespół na początku lat 80., nie miał pan poczucia, że porządni muzycy jadą do Jarocina, a pan daje legitymację władzy?

- Nie. Owszem, być może polityka sprawiła, że władza przymknęła oko na rocka. Wtedy weszliśmy my, Maanam, Perfect - ludzie, którzy w latach 70., gdy była zgoda tylko na muzykę estradową, nie mieli szans. Ale Jarocin? Ja nigdy nie byłem zwolennikiem amatorki, a tam była amatorka - szczera, uczciwa, ale amatorka. Lubię dobre rzemiosło, pracę w studiu, nie lubię stada. Oczywiście słyszałem setki razy, że byliśmy wentylem władzy. Ale to nieprawda. W latach 80. było już jasne, jakie wszyscy mają poglądy polityczne. Cenzor miał robotę, jaką miał, ale potem szedł na wódkę, narzekał na komunę i Jaruzela jak jasna cholera. Dziwny to był kraj, ale bardzo twórczy.

 

Dom na Dominikanie zawdzięcza pan Lady Pank?

- Pewnie też. Najbardziej chyba piosenkom z przełomu wieków, "Takie tango" Budki Suflera było dużym hitem. Napisałem z tysiąc czy tysiąc dwieście piosenek, w tym sporo przebojów. W tej branży, żeby zarobić jakieś pieniądze, odnieść sukces, trzeba się przez lata napracować. Ludziom wydaje się, że jeden hit i będzie Dominikana. Na pewno nie. Nawet moja żona, która jest dla mnie dość surowa, mówi: - Zapracowałeś na to. Należało ci się. Ale widzi pani, skończyłem pisać "Kryzysową narzeczoną", pomyślałem, że teraz powinienem pojechać na wakacje. Rozejrzałem się i okazało się, że nie mam dokąd. Palmy i ocean mam za oknem, ludzie wspaniali, uśmiechnięci, codziennie słońce.

Straszne. Wspominałam już, że u mnie za oknem jest ciemno? Mówi pan o książce dziejącej się w przyszłości. Czyli ciągle pan pisze?

- Tak, "Czwarte królestwo" to political fiction, tym razem mam już 250 stron i końca nie widać. Chcę też, by "Kryzysowa" była początkiem tryptyku. Następne będą "Zamki na piasku" i "Mniej niż zero". "Zamki" właściwie mam - napisałem je 15 lat przed tekstem, pisałem wtedy trochę prozy, publikowałem nawet. Na "Mniej niż zero" mam pomysł, ale nie zacząłem jeszcze pisać, bo wychodzi mi strasznie ponuro. A najbardziej, co mnie w życiu odrzuca, to brak dystansu do wszystkiego, włącznie ze samym sobą, i brak poczucia humoru. Muszę jeszcze trochę pochodzić na te spacery z psami. Swoją drogą to przyjemna plaża, przyjeżdżają tu surferzy ze Stanów, ładnie wygląda, jak się ślizgają od rana na fali.

Andrzej Mogielnicki "Kryzysowa narzeczona", Wydawnictwo Szelest (fot. materiały prasowe)

Andrzej Mogielnicki (ur. 1948). Z wykształcenia prawnik, z zawodu tekściarz. Autor piosenek m.in. dla Budki Suflera, Zbigniewa Hołdysa, Anny Jantar, Dwa Plus Jeden, Kapitana Nemo. Współzałożyciel zespołu Lady Pank. Z urodzenia warszawiak, w 2009 roku wybrał klimat Karaibów.

Aleksandra Boćkowska. Dziennikarka, redaktorka. Przez wiele lat sekretarz redakcji w "Elle" i "Viva! Moda", współpracuje m.in z Weekend.gazeta.pl i Magazynem Świątecznym Gazety Wyborczej. Autorka książki "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL" (wyd. Czarne), pracuje nad książką o luksusie w PRL.