Słynie pani z tego, że aby zdobyć wiarygodny materiał do powieści, potrafi się pani posunąć bardzo daleko. Na przykład przy okazji przygotowań do pisania "Drzwi do piekła" spędziła pani tydzień w kobiecym więzieniu. Czego wymagała "Wariatka z Komańczy"?
- Moja bohaterka, Marta Kohn, trafia na Ukrainę. Ja wkrótce po pomarańczowej rewolucji również się tam wybrałam, nie do końca legalnie, ale byłam w Donbasie. Napisałam wtedy trylogię ukraińską, lecz "Wariatka z Komańczy" to zupełnie inna historia. Nie bardzo mogę mówić o motywach, którymi Marta kieruje się, wyjeżdżając w rejon walk, bo zdradziłabym puentę.
Można powiedzieć, że "Wariatka z Komańczy" chodziła mi po głowie od wielu lat, istnieje jej pierwowzór (nie ja!), ale brakowało mi odpowiedniej oprawy dla jej losów. I taką oprawą stało się uwięzienie w Donbasie, które samo w sobie jest tak dramatyczne, że świetnie się komponuje z życiem Marty, pełnym wzlotów i upadków. Jest malarką, która odniosła, można powiedzieć, światowy sukces, jednak w sprawach osobistych kiepsko sobie radzi. Jej marzenie o wielkim uczuciu do mężczyzny nieoczekiwanie spełnia się w najmniej sprzyjającym miejscu.
Często pojawiają się sugestie, że w książkach umieszcza pani sporo ze swojego życiorysu. Ile pani bardzo barwnego przecież życia jest w "Wariatce..."?
- No, powiedzmy trochę, ale obłożonego fikcją. Kilka lat temu poznałam trzech Francuzów, architektów i konserwatorów zabytków, którzy odrestaurowywali w Krakowie zabytkowe kamienice. Przyjechali do Bukowiny Tatrzańskiej, poszli na spacer. Kiedy zobaczyli mój dom, spytali przez domofon: Czy możemy poznać architekta, który projektował to cudo? Odpowiedziałam: To ja! No i zaprzyjaźniłam się z nimi, a z jednym z nich nawet bardzo, ale on ciągle jeździ po świecie ze swoją ekipą, więc nasz romans głównie polega na pisaniu maili. I za jego zgodą część z nich, tę opisową, zamieściłam w książce.
Mam mały pensjonat, "Dom Pod Smokami", i przed miesiącem doszło do katastrofy, bo najpierw rozchorował się mój personel, potem ja, a trzeba było obsłużyć gości. I nagle zjawia się mój ukochany, który "wpadł" do pensjonatu po drodze z Wyspy Wielkanocnej do Paryża, zakasał rękawy, posprzątał apartamenty, przygotował i podał gościom śniadanie. To chyba wystarczający dowód uczucia!
Ze sporym emocjonalnym zaangażowaniem pisze pani nie tylko o ludziach, ale i miejscach - Bieszczady, Paryż, Wiedeń, Warszawa...
- Paryż, Wiedeń i ostatnio Wyspa Wielkanocna mają związek z moimi francuskimi przyjaciółmi. Warszawa - wiadomo, spędziłam tam wiele lat i do dziś zachowałam warszawskie mieszkanie, mimo że większość roku spędzam w górach. Bieszczady opisuję już w dwóch wcześniejszych powieściach - "Nakarmić wilki" i " Requiem dla wilka". Bohaterka "Wariatki..." patrzy na te góry moimi oczami. Uważam, że to najbardziej tajemnicze miejsce w Polsce, miejsce magiczne, które przyciąga. Przyciągnęło także moją bohaterkę. Przyjechała na kilka dni i została na lata.
Mnie względy zawodowe zmuszają, abym była stosunkowo blisko cywilizacji. Muszę mieć internet i komórkę, a tam, gdzie chciałabym osiąść, nie ma zasięgu. Więc wybrałam góry. Są piękne, dosłownie tuż za moim oknem. Wczoraj w nocy wisiało nad nimi wielkie pomarańczowe koło księżyca...
W "Wariatce..." ponownie pojawia się motyw wilków i naukowców zajmujących się ich zwyczajami. Dlaczego tak bardzo pani zależy na odczarowaniu stereotypu, który wiąże się z tymi zwierzętami?
- Wilki towarzyszą mi od dziecka. Ojciec był leśnikiem, kochał te piękne i mądre stworzenia i chronił je w czasach słynnych obław w latach 50. Zdarzało się, że kiedy w trakcie obławy zginęła wilczyca matka, ojciec z gajowymi wyjmowali małe z nory i one dorastały w leśniczówce. Bawiłam się z nimi, nie różniły się niczym od małych piesków. Kiedy były względnie samodzielne, wywożono je do lasu i stado je przyjmowało! Ojciec nawet opisał - a miał prawdziwy talent literacki - takie spotkanie, które obserwował przez lornetkę.
Kiedy pisałam moje wcześniejsze powieści, moim doradcą był młody leśnik, pasjonat Bieszczad i wilków, absolwent SGGW - dotarłam do niego dzięki kanclerzowi tej uczelni. Wydawca opłacił mu pobyt w Domu ZAiKS-u w Zakopanem i przez dwa tygodnie pobierałam u niego nauki o wilkach. Dowiedziałam się wtedy pasjonujących rzeczy o tych zwierzętach. Łukasz potrafił nawet naśladować ich głosy, a ponieważ okno było otwarte, wpadł przerażony portier i pyta: - Trzymacie tu wilka?
Czasem w dość brutalnych słowach i obrazach promuje pani także wegetarianizm.
- Nie promuję wegetarianizmu, jest mi naprawdę obojętne, co inni jedzą. Rozumiem, że w ich menu trafia się mięso. Tak już jest w przyrodzie, że jedni zjadają drugich, ale jesteśmy ludźmi i powinniśmy uczynić wszystko, aby zwierzęta były zabijane w humanitarny sposób. A tak nie jest. Gdyby ktoś zobaczył z bliska, w jakich warunkach transportuje się konie przeznaczone na rzeź, nie tknąłby więcej koniny.
Czasami myślę, że Polska jest Trzecią Rzeszą dla zwierząt. Ciągle się słyszy o psach maltretowanych przez zwyrodnialców, a nasze sądy traktują zwierzęta nie jak żywe istoty, ale mienie, które zostało uszkodzone. Kiedy psu odrąbie się łapę, przecież może chodzić na trzech, w związku z tym właściciela bandytę się uniewinnia.
"Wariatka..." to kolejna pani książka, w której pojawia się motyw kobiety mszczącej się w krwawy sposób na mężczyźnie. Znów chodzi o symboliczne rozliczanie się z mężczyznami?
- W tym konkretnym wypadku Marta mści się na kimś, kto zabił jej psa. Moim zdaniem zło nie ma płci.
Sporo jest w nowej książce psychologii związanej ze sferą seksualną, choć o samym seksie pisze pani bardzo oględnie i lapidarnie. Skąd taki wybór?
- Wynika to z losów mojej bohaterki, która ma z tym problemy, ale jej marzenie o seksie, który "burzy krew i odbiera zmysły", w końcu się spełnia!
Mam wrażenie, że bohaterowie pani książki w bardzo niewielkim stopniu starają się kontrolować swoje życie seksualne. Niemal całkowicie poddają się hormonom i niezależnym od ich woli impulsom.
- Moja bohaterka przez wiele lat właśnie kontroluje swoje zachowania seksualne i to jest jej problem i problem dla jej partnerów. W końcu pojawia się ktoś, kto potrafi to zmienić. I ona jest tym przerażona, bo do tej pory kontrolowała się w każdej sytuacji i teraz nagle się to zmieniło. Myśli: - Sądziłam, że wszystko powinno mieć swoją rozpoznawalną granicę, także w seksie, a ona gwałtownie się przesunęła, a nawet zanikła...
Nie sposób przy okazji nowej książki nie przypomnieć - tym bardziej że sama to pani robi, posługując się nietypowym zabiegiem umieszczenia w powieści, będącej tworem fikcji literackiej, przedruku prawdziwego materiału prasowego - sprawy pani listu otwartego do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w którym apeluje pani, żeby nie leciał do Katynia. Dlaczego zdecydowała się go pani wówczas opublikować?
- To już wyjaśniłam w książce ustami mojej bohaterki, która nie może się pogodzić z upolitycznianiem tego miejsca. Ja też nie mogłam się z tym pogodzić. Przepychanki premiera i prezydenta, kto poleci pierwszy, a kto drugi, budziły mój sprzeciw. Nie chciałam, aby w tej szarpaninie ucierpiał autorytet prezydenta Polski i poprosiłam go, aby tam nie leciał.
Czy doczekała się pani jakiejś urzędowej albo nieoficjalnej reakcji na list, jeszcze przed lotem?
- Nie, mój list został zlekceważony.
A kiedy dowiedziała się pani o tragicznym wypadku samolotu...
- ...byłam wstrząśnięta. Katastrofy lotnicze się zdarzają, ale ten samolot nie powinien był tam lecieć. Gdyby prezydent mnie posłuchał, inne byłyby losy mojego kraju i moje osobiście, ta katastrofa uczyniła Polskę domem nieustającej żałoby.
Wiele osób pamiętało mój apel do prezydenta i miało podobne odczucia, co ja. Byłoby lepiej, gdyby tym pierwszym samolotem poleciał polski prezydent, miałoby to wyższą rangę, ale na miejscu czekał na naszą delegację rosyjski premier i z tym trzeba było się pogodzić. Lech Kaczyński wyzwał swój los i zabrał ze sobą dziewięćdziesiąt pięć osób.
Kiedyś żaliła się pani, że jest "chłopcem do bicia" krytyki literackiej. Recepcja pani twórczości w Polsce miała w ogóle niezwykły przebieg i przechodziła zaskakujące zmiany: najpierw uznanie przez krytykę i samego Iwaszkiewicza, potem odstawienie na półkę literatury popularnej, dziś z kolei znów zaczęto pani twórczość traktować poważnie. Czy ma to jeszcze dla pani jakieś znaczenie?
- Czasami mnie śmieszy, a czasem denerwuje fakt, że recenzenci wykazują się nieznajomością moich książek albo mieszają fikcję z moim życiorysem. Jedna z feministek, które nie pałają do mnie życzliwym uczuciem, napisała w recenzji, że byłam internowana, a internowana była moja bohaterka. Albo recenzent "Polityki", który notabene prowadzi dział porad kulinarnych, recenzując książkę o Andersie, zarzucił mi, że piszę niegramatycznie, wytknął mi błędy językowe, a to były przedruki autentycznych rozkazów dowódców z września 1939 roku.
Czy zgodzi się pani z opinią, że pani pisarstwo balansuje między literaturą wysoką a popularną? Gdzie pani sama widzi miejsce swojej twórczości?
- Najważniejsze jest dla mnie, aby moi bohaterowie nie byli papierowi. Jeśli uda mi się tchnąć w nich życie, uważam, że odniosłam sukces. I czytelnicy dokładnie o tym piszą w listach do mnie - mają wrażenie obcowania z żywymi postaciami.
Niesamowite jest to, że moje książki podobnie odbierane są poza Polską, trafiają do bardzo różnych grup czytelników. Na przykład w Chinach "Listy miłości" sprzedały się w trzech milionach egzemplarzy. Do tej pory dostaję stamtąd wiadomości, a wydawało mi się, że gdzie jak gdzie, ale tam będzie problem ze zrozumieniem tej książki. To samo w Niemczech, we Francji, w 18 innych krajach. Napisałam "Listy miłości" świadomie na granicy kiczu, za co mnie tutaj krytyka omal nie zlinczowała. Z kolei jeden z krytyków napisał w "Le Figaro", że "Listy..." to zjazd ze stromej góry na jednej narcie, który kończy się dla autorki szczęśliwie. I ja tak zawsze piszę, jakbym zjeżdżała ze stromej góry na jednej narcie.
Odniosła pani spory sukces także w sensie czysto materialnym. Po latach nieprzynoszącej wielkich korzyści pracy literackiej, nagle na konto zaczęły wpływać większe kwoty...
- To był szok. Kiedy nadeszło pierwsze rozliczenie, myślałam, że to jest kilkadziesiąt tysięcy marek, bo pomyliły mi się zera, a to było kilkaset.
Jak, poza słynnym już kupnem luksusowej limuzyny, sukces zmienił pani życie? Czy pojawiła się presja, żeby zaspokoić oczekiwania czytelników?
- Nigdy nie myślę o tym, czy książka się sprzeda. Zawsze decyduje temat, który mnie zainspiruje. Wbrew pozorom moje książki nie są łatwe i przyjemne, a moi czytelnicy to nie są ci, którzy oglądają tasiemcowe seriale w telewizji. Są wśród nich zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Co do limuzyny - dawno ją sprzedałam, jeżdżę dżipem z napędem na cztery koła, bo inaczej nie wjechałabym pod górę, na której teraz mieszkam.
Pani literaturę traktuje się dość jednoznacznie jako kobiecą.
- Nie ma takiej, jest tylko dobra albo zła. Zdarza się tak, że jacyś panowie mnie zaczepiają w przypadkowych miejscach i zaczyna się dyskusja. Ostatnio tak się stało w kolejce w sklepie. Zaczęliśmy ze starszym panem dyskutować o mojej książce "Miłość rano, miłość wieczorem". Chodziło o powstanie warszawskie. W pewnej chwili zauważyłam, że już jesteśmy przy ladzie, a reszta kolejki i sprzedawczyni taktownie nam nie przerywają...
Czy nadal marzy pani i fantazjuje o Seanie Connerym, którego nie mogło oczywiście zabraknąć i w najnowszej powieści?
- Jasne, chociaż mój przyjaciel mi powtarza, że Sean jest już stary i łysy!
Najnowsza powieść Marii Nurowskiej, zatytułowana "Wariatka z Komańczy", ukazała się 20 października nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka
Książki Marii Nurowskiej do nabycia w atrakcyjnych cenach w Publio.pl
Maria Nurowska . Urodziła się 3 marca 1944 roku w niewielkiej wsi w województwie podlaskim. Jest jedną z najchętniej czytanych i najbardziej znanych polskich powieściopisarek. Jej książki podbijają serca kolejnych pokoleń czytelników. Najbardziej znane to: "Mój przyjaciel zdrajca", "Sprawa Niny S.", "Nakarmić wilki", "Drzwi do piekła", "Dom na krawędzi". Autorka dzieli czas między Warszawę i Bukowinę Tatrzańską, gdzie prowadzi urokliwy pensjonat z imponującym widokiem na góry.
Przemysław Gulda . Dziennikarz "Gazety Wyborczej" od 2000 roku. Pisze o kulturze. Relacjonuje festiwale muzyczne na całym świecie. Ma w dorobku dwie książki: powieść "Siedemnaście sekund" i zbiór opowiadań "Chłopcy i dziewczęta w Polsce", jest współautorem alternatywnego przewodnika "Zrób to w Trójmieście" (wyd. Agora). We wrześniu ukazała się jego książka "Moi sąsiedzi nie żyją" - reportaż o gdańskich Żydach.