18+
Uwaga!

Ta strona zawiera treści przeznaczone wyłącznie
dla osób dorosłych

Mam co najmniej 18 lat. Chcę wejść
Nie mam jeszcze 18 lat. Wychodzę
Rozmowa

Młody Siergiej trafia do szkoły dla głuchoniemych z internatem. Szybko orientuje się, że tamtejsza rzeczywistość to brutalny świat szemranych biznesów, którymi zarządza uczniowski gang. Wymuszenia, pobicia, kradzieże, stręczycielstwo - to ich chleb codzienny. W takich realiach nie może być miejsca na uczucie. Sergiej łamie tę zasadę, czym wzbudza gniew szefów szkolnej mafii. Ile jest w "Plemieniu" prawdy, a i ile fantazji?

- To fikcyjna kompilacja rzeczywistych sytuacji i historii, które przytrafiły się prawdziwym ludziom w różnych momentach. Nie tylko głuchoniemym, również słyszącym. Byłem pod ogromnym wrażeniem opowieści o mafii głuchoniemych, to intrygująca i tajemnicza sprawa. Wiele osób ze społeczności Głuchych opowiadało mi historie o ich działalności. Oczywiście nie wszyscy Głusi obywatele do niej należą, ale taka tajna organizacja naprawdę istnieje, działa i ma się dobrze.

Rozmawiałem z wicedyrektorem szkoły dla głuchoniemych. Opowiadał o przypadkach, gdy rodzice chcący wysłać swoje głuchonieme dzieci na studia musieli płacić "podatek" - w rzeczywistości haracz - szefowi lokalnej mafii. To był warunek uzyskania pozwolenia na wyjazd do Kijowa i naukę w Instytucie. Pamiętam też człowieka z poważnym niedosłuchem, który znalazł dobrą pracę jako operator jednego z kanałów telewizyjnych. Zaproponowano mu regularną, całkiem niezłą pensję. Wkrótce potem został "poproszony" przez lokalnego bossa o "datki". Takich historii jest o wiele więcej, nie tylko na Ukrainie. Pamiętam, z pięć, może siedem lat temu, chyba we Francji, odbywał się największy w historii proces bossów "głuchoniemej mafii" z byłego Związku Radzieckiego. Ich przywódca, pseudonim "Nos", obecnie posiadający obywatelstwo Izraela, został oskarżony o handel ludźmi i nielegalną sprzedaż obnośną.

Kadr z filmu "Plemię" (fot. materiały promocyjne / Aurora)

U pana głuchonieme dzieciaki próbują sprzedawać drobne zabawki. W Polsce jest to zwykle święty obrazek z naszym papieżem, Janem Pawłem II.

- Myślę, że oferowany towar jest odzwierciedleniem sytuacji rynkowej kraju i wyrazem jego duszy. Kiedy byłem młodszy, w czasach Związku Radzieckiego głuchoniemi sprzedawcy w starych pociągach najczęściej sprzedawali kalendarze z gwiazdami. I pornografię.

Dlaczego zdecydował się pan osadzić akcję filmu w szkole?

- Z wielu powodów. To nie przypadek, że wszystkie formy ulicznej przestępczości, na przykład gangi, zawsze kiełkują w szkołach. To najniższy poziom kryminalnego środowiska. Po ukończeniu szkoły można pójść na studia, zostać prawnikiem, biznesmenem czy nawet prezydentem. Ale jeśli marzy się o karierze bandyty, to taką opcję szkoła też zapewnia. Poza tym realizowanie zdjęć w szkole było bardzo wygodne. To zamknięte środowisko, możemy po prostu opowiadać naszą historię, bez zewnętrznych interakcji z językiem mówionym. "Plemię" kręciliśmy w mojej własnej szkole, która znajduje się naprzeciwko placówki dla głuchoniemych. Ze szkolnej ławy obserwowałem to, co działo się po drugiej stronie ulicy. Byłem zafascynowany. Z doświadczenia wiem też, że w każdej szkole istnieje system wewnętrznej hierarchii. Może nie tak drastyczny jak w filmie, ale coś w tym jest. Ponadto jeśli w filmie miejscem akcji jest szkoła, zwłaszcza taka z internatem, lub więzienie, publiczność bezwiednie traktuje obraz jako metaforę społeczeństwa.

Chciał pan, żeby ta filmowa opowieść była właśnie tak traktowana?

- Nie, wcale nie miałem takiego zamiaru. Ale ludzie natychmiast przyjęli, że "Plemię" to metafora. Tym bardziej że film miał światową premierę w zeszłym roku w Cannes, tego samego dnia co "Majdan", dokument mojego przyjaciela Siergieja Łoźnicy. Oczywiście wszyscy krytycy natychmiast wyskoczyli z hasłami typu "Plemię Majdanu"... To było dość zabawne. Moim celem było opowiedzenie historii według emocjonalnego klucza. Chciałem móc zaufać swojej intuicji. Nie wierzę, że ktoś może zaplanować realizację filmu metaforycznego. To poziom, który widownia odkrywa - lub nie - dopiero podczas seansu i długo po jego zakończeniu. Tego nie można zaplanować.

Wszyscy bohaterowie "Plemienia" to biedota. Chyba stąd wrażenie, że film jest próbą komentarza społeczno-filmowego. Pieniądze, a raczej ich brak, są motorem działań. Jedyną szansą na lepsze życie, władzę.

- Zdecydowanie. Aby znaleźć właściwych aktorów, spotkaliśmy się z blisko trzystoma niesłyszącymi kandydatami. Niektórzy pochodzili ze społecznych nizin, byli biedni jak mysz kościelna. Na Ukrainie nie mamy odpowiedniego systemu zabezpieczeń społecznych nawet dla zdrowych, a sytuacja osób niepełnosprawnych jest wyjątkowo ciężka. Oczywiście bogatsi obywatele mają możliwości, ale mafia - na Sycylii czy na Ukrainie - była przecież zawsze zakorzeniona w środowisku ubogich chłopów. Moi bohaterowie rozumieją, że pieniądze to potęga, że władza nierozerwalnie jest z nimi związana. Dla wielu ludzi na Ukrainie pieniądze, więcej pieniędzy, to jedyny powód, dla którego gotowi są ryzykować życie.

Kadr z filmu "Plemię" (fot. materiały promocyjne / Aurora)

Czy trudno było wyszukać aktorów, którzy umieliby migać, a jednocześnie byli w stanie udźwignąć tak skomplikowane role?

- Bardzo trudno, ale znalezienie dobrego aktora - słyszącego czy nie - to zawsze wyzwanie. Dla młodych ludzi, prosto po szkole, szczególną trudność stanowiła kwestia filmowej przemocy. Na szczęście od wewnątrz wygląda to zabawnie, jak gra lub żart. Na planie było wielu poważnych ludzi - najlepszy koordynator scen kaskaderskich w kraju i ja (śmiech) ... Cały zespół pracował na to, by skomplikowane sceny przemocy w filmie wyglądały wiarygodnie.

Był tylko jeden moment, w którym pojawia się prawdziwa przemoc fizyczna. Główny bohater, Grigorij, zostaje spoliczkowany przez szkolnego bossa. To bardzo długie ujęcie, które prowadzi widza przez korytarz, wreszcie kończy się w pokoju kolegi, chłopca z zespołem Downa. Scena zaczyna się powoli, a potem przyspiesza i wszystko się komplikuje. Nasz aktor z zespołem Downa jest wielką gwiazdą na Ukrainie, bardziej znaną od kogokolwiek innego związanego z tym filmem. Gra w specjalnym teatrze, dostaje najtrudniejsze role. Ale przyzwyczajony jest do teatralnych metod i ta spontaniczność go czasami paraliżowała. Dlatego musieliśmy zrobić kilka dubli, żeby uzyskać pożądany efekt. Z tego powodu Grigorij dostał w twarz siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt razy. Pod koniec był solidnie napuchnięty. Ale to jest twardy zawodnik, uprawia parkour, gra w piłkę, ma doświadczenie w walce ulicznej. Wziął to na klatę.

Przemoc to niejedyny kontrowersyjny aspekt filmu. Jest w nim też wiele scen seksu pokazanych odważniej, ostrzej niż w kinie mainstreamowym. Jak poradzili sobie z tym nieprofesjonalni aktorzy?

- Powiedzieliśmy Janie [gra główna rolę kobiecą - przyp. red.], że w filmie są sceny seksu, ale nie zdradziliśmy jej żadnych szczegółów. Na Białorusi, skąd pochodzi, miała chłopaka i oczywiście on nie chciał pozwolić, żeby jego dziewczyna rozbierała się przed kamerą. Powoli i spokojnie udało nam się to omówić. Zarówno ja, jak i moja żona, a także wielu innych członków ekipy tłumaczyło jej, dlaczego to jest ważne i potrzebne. Pokazaliśmy jej filmy, gdzie nawet ekstremalna nagość i seks mają dramaturgiczne uzasadnienie, na przykład "Nieodwracalne" Gaspara Noe czy "9 songs" Michaela Winterbottoma. Nasi aktorzy to dzieciaki z prowincji, nie kinofile. Jeśli w ogóle oglądają filmy, to jest to albo mainstream, albo porno.

Kadr z filmu "Plemię" (fot. materiały promocyjne / Aurora)

Nie rozumieli, że nagość może mieć walory artystyczne.

- Dokładnie. Próbowaliśmy im wyjaśnić, jaka jest różnica między naszym filmem i porno. Chłopak Jany nie ułatwiał tego zadania. Ale on był na Białorusi, ona w Kijowie... Potem nastąpił punkt zwrotny: Jana obejrzała "Życie Adeli" i strasznie spodobała jej się Adele Exarchopoulos. Uwierzyła w film, w tę historię. Mała dygresja: znasz anegdotę o lustrze Jany?

Nie?

- Aktorzy przyjechali do Kijowa z daleka, więc wynajęliśmy dla nich mieszkania, daliśmy kieszonkowe. W czasie zdjęć mieli prowadzić normalne życie. Pewnego dnia nasz asystent odwiedził Janę z jakąś drobną sprawą. W mieszkaniu stało lustro, na którym szminką napisano: Chcę wyjść za mąż za Romana - jej chłopaka. Jakiś czas później, po tych wszystkich filmach i naszych rozmowach, mój asystent poinformował mnie, że napis na lustrze się zmienił na: Muszę mieć Złotą Palmę .

Najzabawniej było, jak przyjechaliśmy do Cannes i wszyscy czuli euforię, tylko Jana zmarkotniała. Dowiedziała się, że za występ w filmie z naszej sekcji nie można dostać Złotej Palmy! Tragedia (śmiech). Ale później, gdy poznała Adele Exarchopoulos i Abdellatifa Kechiche'a, a także zebrała wiele pochwał, humor jej się poprawił. Jak wiemy, zgodziła się na udział w scenach erotycznych. Dla niej to było dużo trudniejsze niż dla Grigorija. On gra spoko kolesia, który bije się na ulicy, zalicza laski. Nie musiał się bać, że występ narazi na szwank jego reputację. Pierwsza scena seksu to było pamiętne ujęcie pozycji 69. Jana zorientowała się, co robimy. Poczuła, że jest bezpieczna, że nie musi się bać. Po zdjęciach wróciła do swojego chłopaka, którego wcześniej rzuciła. Żyją razem na Białorusi. Roman obejrzał film podczas festiwalu w Mińsku, gdzie dostaliśmy nagrodę. Podobało mu się.

Kadr z filmu "Plemię" (fot. materiały promocyjne / Aurora)

Na Ukrainie od dłuższego czasu jest bardzo trudna sytuacja polityczna. Miał pan jakieś problemy z promocją filmu, zgłaszaniem go na festiwale?

- Nie, ponieważ zrobiłem kilka krótkich filmów wcześniej i już wiedziałem, że Ukraińskie Ministerstwo Kulturowe nigdy nie dba o promocję czegokolwiek. Musiałem być w pełni przygotowany i wiedzieć, co mam robić tuż po ukończeniu zdjęć. Spotkaliśmy się z naszym francuskim agentem sprzedaży, upewniliśmy się, że wszystko jest OK. Mieliśmy wizy do każdego kraju, żadnych problemów.

Zna pan język migowy?

- Tylko kilka znaków. I kilka przekleństw, co się okazało przydatne. Zawsze używałem tłumacza, zarówno podczas castingu, jak i na planie. Był zobowiązany przekładać na język migowy wszystkie moje wskazówki i komentarze oraz kontrolować, czy dialogi zgadzają się z tym, co jest w scenariuszu. To był bardzo skomplikowany proces, bo migowy ukraiński operuje pojęciami inaczej niż język mówiony. Pod tym względem przypomina choćby język chiński. To znaczy istnieje migowy alfabet, za pomocą którego konstruuje się słowa jak w zdaniu, ale na Ukrainie używa się go tylko do imion albo nazw firm. W każdej innej sytuacji miga się pojęcia, na przykład uczucia. To całe morze znaków.

Czy biorąc pod uwagę, że żaden z przygotowanych dialogów nie zostaje na ekranie wypowiedziany, pana scenariusz wyglądał jakoś inaczej?

- Wyglądał całkowicie zwyczajnie. Do tego stopnia, że mieliśmy problemy ze znalezieniem finansowania, bo patrząc na skrypt, nikt nie zauważał, co wyjątkowego dzieje się w tym filmie. Trudno to sobie wyobrazić. Interesująco było na etapie zdjęć, bo niesłyszący aktorzy budują linijki w inny sposób niż ja i ty. Mieliśmy sytuacje, gdy coś pisaliśmy na kolanie od początku, bo przygotowany dialog nie sprawdzał się w akcji, w miganiu.

Ten film ma niesamowity rytm. Trochę jak taniec, ze względu na ruchy rąk. Ale także dlatego, że komunikując się za pomocą głosu, to w nim kanalizujemy emocje, a migający pokazują je ciałem.

- Oni nie potrzebują słów. Rozmawiają bezpośrednio, wymieniając emocje i uczucia. To magiczne. Wygląda jak cud. Między innymi dlatego chciałem zrobić ten film. Zawsze staram się podkreślać, że "Plemię" nie jest dla osób niedosłyszących oraz Głuchych. To nie jest punkt widzenia osoby głuchoniemej. To film dla wszystkich.

Kiedy mówimy, nazywamy emocje. Język migowy je wyraża.

- Ty i ja nosimy coś w rodzaju maski. Nasza mimika nie jest autorskim wytworem, a dziełem genetyki, spuścizną po ojcu, matce lub Bogu - po tym, komu przypisujemy nasze stworzenie. Ludzkie twarze są strukturalnie podobne, ale niektórzy mogą mieć bardziej wyrazistą mimikę, inni tzw. pokerową twarz. Ludzie niesłyszący, tak jak wszyscy inni, mają różne temperamenty - niektórzy są nudziarzami, inni furiatami i to wyraźnie widać w ich sposobie migania.

Kadr z filmu "Plemię" (fot. materiały promocyjne / Aurora)

W tekstach krytycznych dotyczących "Plemienia" powracają dwa nazwiska: Samuel Beckett i Peter Brook. To słuszne czy chybione intuicje? Tworząc swoją wizję, myślał pan o konkretnych punktach odniesienia?

- Skoro o Becketcie mowa, to wtrącę, że "Plemię" zdobyło nagrodę w Dublinie. Może dublińczycy wiedzą, co robią? Na etapie tworzenia krótkich metraży miałem w zwyczaju myśleć o wizualnych lub emocjonalnych punktach odniesienia - na przykład kinie rumuńskim. W tym przypadku największym problemem był właśnie brak konkretnych inspiracji. Wzbudzało to u mnie nerwowość.

Oczywiście, jako reżyser jestem pod wpływem wielu filmów i stylów. O czymkolwiek piszą krytycy - zgadzam się! (śmiech) . "Lot nad kukułczym gniazdem" Formana, filmy Ulricha Seidla... Uwielbiam Seidla. Uwielbiam jego kino. Podoba mi się też, że w kontekście "Plemienia" wielu krytyków przywołuje "Cztery miesiące, trzy tygodnie, dwa dni" Cristiana Mungiu czy "Proroka" Jacques'a Audiarda. Z kolei dziennikarze brytyjscy ze względu na pracę kamery wskazują na pokrewieństwo z Kubrickiem. Miałem szalony pomysł, aby nakręcić film w języku migowym, bez tłumaczenia, bez napisów, tyle. Zrobiłem to. Teraz, gdy ktoś stawia Słaboszpyckiego i Kubricka w jednym rzędzie, mogę tylko pomyśleć: "udało się". To zaszczyt. Szczególnie dlatego, że mistrz jasno podkreślał, że jego filmy nie mogą być wyświetlane z lektorem czy dubbingiem. Zapisał to w testamencie - wszelkie zagraniczne pokazy mogą odbywać się tylko w wersji z napisami. Każdy dystrybutor na świecie musiał się zobowiązać do przestrzegania tej zasady. Zatriumfowała artystyczna wizja.

Pana film niesamowicie łączy w sobie wiele pozornie niepasujących gatunków: dramat, love story, thriller... Skąd pomysł na tak niezwykły miks?

- Już kiedy byłem bardzo młody, miałem może trzynaście lat, wiedziałem, co to znaczy "najlepszy film na świecie". Kung-fu horror porno! To chyba znacznie lepsza kombinacja niż dramato-love story-thriller, czyż nie? A tak na poważnie, to myślę, że nakręciłem coming-of-age story [opowieść o dojrzewaniu - przyp. red.] w konwencji dramatu. To bardzo prosta historia, prawie jak w westernie. Do małego miasteczka, rządzonego przez dziką bandę złoczyńców, przybywa cudzoziemiec, nawiązuje romans z najpiękniejszą dziewczyną w mieście i... Morricone w tle, wszystko jasne.

Prosta historia, która wzbudza kontrowersje.

We Francji otrzymaliśmy kategorię wiekową 16+. Powiem wprost: to jest prawdziwa katastrofa. Tam tę kategorię dostaje nie więcej niż 10 filmów rocznie i są to albo pornosy, albo snuff [fikcyjne fabuły udające "realistyczny" zapis tortur, gwałtu, zabójstwa etc. - przyp. red.]. To jest bardzo zła sytuacja dla filmu. W tym przypadku powodem nie są treści erotyczne. Nie we Francji.

Plakat filmu "Plemię" (fot. materiały promocyjne / Aurora)

Jeśli się nie mylę, niższą kategorię niż wy dostało tam "Pięćdziesiąt twarzy Greya".

- Tak. Ale bądźmy szczerzy, w Greyu nie ma ani seksu, ani pełnej nagości. Tylko gra cieni. Cóż, my otrzymaliśmy taką kategorię ze względu na przemoc. Musiało tak być - "Życie Adeli" miało we Francji kategorię 13+. Omówiliśmy to z dystrybutorem. Byli na tyle sfrustrowani decyzją zarządu, że najwyraźniej wysłali list do francuskiego Ministerstwa Kultury. W związku z tym otrzymaliśmy oficjalne uzasadnienie takiej decyzji. Zgodnie z przewidywaniami pisali o przemocy i seksie, ale podali także dwa wyjątkowo kuriozalne powody. Numer 1: Brak w filmie dorosłych, którzy mogliby wyjaśnić nastoletnim bohaterom, co jest dobre, a co złe . Nawiasem mówiąc, jest to również powód, dla którego tak wielu krytyków porównuje "Plemię" do "Władcy much". Numer 2: Dziwna atmosfera w filmie . Słucham?... Zostawmy te głupoty.

Film ma "zachodnią" strukturę, klasycznie buduje napięcie, opowiada o trudach dorastania. Klasyk. Ale ponieważ kręcimy go bez dźwięku, publiczność mocniej się w niego angażuje. I chyba naturalnie akceptuje wprowadzane stopniowo elementy thrillera. Właściwie to uważam, że "Plemieniu" bardzo blisko do mojej nastoletniej fantazji, kung-fu porroru. Porror, czyli porno horror. Przejęzyczenie, ale fajne, prawda? Brzmi jak poważna nazwa dla nowego gatunku filmowego.

Nakręci pan kiedyś kung-fu porror?

- Chyba nie. Sądzę, że to film, który chciałem obejrzeć jako trzynastolatek, a nie nakręcić jako dorosły.

Mirosław Słaboszpycki. Reżyser urodzony w 1974 w Kijowie. Syn pisarza i krytyka literackiego Michajło Słaboszpyckiego. Skończył studia teatralno-filmowe, pracował jako reporter, pisał scenariusze, realizował krótkie filmy. Jego debiut fabularny, "Plemię", zdobył rozliczne nagrody m.in. na festiwalu w Cannes, Londynie, Mediolanie, Sitges, Sao Paulo, Erewanie i Tbilisi, a także na polskim festiwalu TOFIFEST.

Anna Tatarska. Dziennikarka filmowa pisząca dla polskich i amerykańskich mediów. Współpracuje z wieloma redakcjami, od magazynów branżowych po pisma kobiece. Tak jak w pracy, ceni wolność też w życiu: zawsze na walizkach, w ruchu. Za dużo mówi. Jej pasją są wywiady, podróże, sztuka kulinarna i rowery, ale najbardziej lubi innych ludzi.