Rozmowa
Kadr z filmu "Carandiru" (fot. materiały promocyjne)
Kadr z filmu

Trzynaście lat temu zburzono Carandiru, największy, jeden z najbardziej przeludnionych i najniebezpieczniejszych zakładów penitencjarnych w Brazylii. Pan mimo trudnych doświadczeń opisanych w książce "Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii" nadal pracuje z więźniami.

- Rzeczywiście, nie zrezygnowałem z pracy w podobnych miejscach. Od jakiegoś czasu zajmuję się też więźniarkami.

Po co wszedł pan do najniebezpieczniejszego więzienia Brazylii?

- Nie wiedziałem, co mnie spotka, nie spodziewałem się, że tam zostanę.

W Carandiru chciałem zrealizować film dotyczący HIV i AIDS, i przy okazji sprawdzić, ile osób w więzieniu może być nosicielami wirusa. Tak się zaczęło.

I został tam pan...

- Trzynaście lat. Wciągnęła mnie praca, na początku był to wolontariat. Sporo się w ciągu tych lat nauczyłem. Wiem już, co znaczy wykonywanie zawodu lekarza w skrajnie trudnych warunkach.

Dr Drauzio Varella był nominowany do nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki (fot. Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta)

Wie pan też dzięki Carandiru, co oznacza strach?

Wiele razy się bałem. W więzieniu trzeba się szybko nauczyć samokontroli. Jakikolwiek gest zdradzający nasze obawy może być odczytany jako objaw tchórzostwa. Wystarczy jeden moment, by na zawsze stracić szacunek więźniów.

Pracując w takim więzieniu, najbezpieczniej jest być niewidzialnym, ale w przypadku lekarza to niemożliwe.

- Praca lekarza w więzieniu jest jednocześnie bardzo prosta i bardzo trudna. Prosta, ponieważ w momencie, w którym decydujemy się na zbliżenie w relacji lekarz - więzień na bezpośredni kontakt, łatwo jest zdobyć czyjeś zaufanie. A trudna...

Ponieważ więźniowie mogą to zaufanie wykorzystać? Przepisywał im pan biotonik Fontoury (preparat mineralno-witaminowy o działaniu wzmacniającym), który oni albo sprzedawali innym więźniom, albo dodawali do więziennego bimbru.

- Tak. Cały czas trzeba pilnować, żeby to zaufanie nie zostało wykorzystane. Kiedy wydaje się, że poznaliśmy tych ludzi dogłębnie, najczęściej okazuje się, że właśnie przed chwilą nas oszukali.

W pana książce roi się od opisów bezsensownych śmierci. Więźniowie umierają, ponieważ nie ma leków i brakuje służby medycznej, dziesiątkuje ich AIDS, powala gruźlica. Na umierających nikt nie zwraca uwagi.

W Brazylii w latach 80., a nawet jeszcze w 90. nie było żadnego programu pomocy medycznej dla więźniów chorych na AIDS. Ludzie w terminalnej fazie choroby teoretycznie mogli opuścić więzienie, bo istniały takie możliwości prawne. Ale zabrakło świadomości, gwarantowanego przez system dostępu do porady prawnej i adwokata. Dlatego chorym pozostało umieranie w samotności.

Spotkanie z Drauzio Varella w czasie Warszawskich Targów Książki (fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Więźniów nie było stać na dobrego adwokata?

Teoretycznie prawo w Brazylii zapewnia każdemu osadzonemu bezpłatną opiekę prawną. Ale więźniów jest tak wielu, że obrońcy nie chcą się zajmować ich sprawami za darmo. Skazani, którzy nie mają pieniędzy, chorują i umierają bez pomocy.

Porusza pan również wątek działań edukacyjno-profilaktycznych, ratujących tych więźniów, dla których jest jeszcze szansa. Udało się ich panu przekonać m.in. do używania prezerwatyw.

Chcieliśmy nie tylko upowszechnić stosowanie prezerwatyw, ale również wyplenić nawyk dożylnego wstrzykiwania sobie kokainy. W sprawie zarażenia wirusem HIV wśród więźniów przebywających w Carandiru można mówić o dwóch "etapach". Pierwszy to lata 1989-1993, kiedy najpowszechniejszą drogą rozprzestrzeniania się wirusa było dożylne przyjmowanie narkotyków. Później hitem stał się krak (crack), czyli palona kokaina, która oczywiście poza wieloma negatywnymi aspektami ma jeden pozytywny - nie trzeba jej przyjmować dożylnie. W ten sposób odsetek chorych zaczął się zmniejszać, choć problem oczywiście nie zniknął.

Skąd człowiek, który siedzi w więzieniu, ma pieniądze na krak?

- Jest bardzo wiele sposobów na ich zdobycie. Pieniądze może przynieść rodzina skazanego, wielu więźniów ma możliwość pracy w zakładzie, w którym odbywa karę. Istnieje też handel wymienny. Usługa za pieniądze. W Carandiru niektórzy prali innym ubrania, gotowali dla nich, w zamian dostawali pieniądze albo od razu narkotyk. Byli również więźniowie, którzy nie zerwali z przestępczą działalnością. Mimo że siedzieli w więzieniu, nadal otrzymywali pieniądze z nielegalnych interesów. Krak bierze się kompulsywnie, dlatego skazańcy dość szybko popadali w długi. Uzależnieni pożyczali pieniądze od innych, a to z kolei wpędzało ich w spiralę niebezpiecznych zobowiązań.

Tajemnicą poliszynela w Carandiru było, skąd wziąć narkotyki i kto produkuje najlepszy alkohol. Zaprzyjaźnił się pan z najlepszym producentem "wściekłej mańki", czyli bimbru więziennej produkcji. Część skazanych dzięki takim biznesom utrzymywała rodzinę poza murami.

- Tak, często więzienny biznes wspierał rodzinny budżet. Producent "wściekłej mańki", o którym pan wspomniał, mógł dziennie wyprodukować od pięćdziesięciu do stu litrów tego alkoholu. Podczas kontroli w jednym z pawilonów znaleziono sto pięćdziesiąt litrów tego bimbru.

Plakat z filmu "Carandiru" (fot. materiały promocyjne)

A gdzie byli strażnicy? Nie było nalotów, regularnych kontroli? Carandiru to w pana książce świat więźniów, w którym służba penitencjarna jest grupą ludzi łatwą do skorumpowania.

- Każde więzienie rządzi się swoimi prawami i jest inaczej zarządzane. W Carandiru strażników było jak na lekarstwo. Za kilkuset więźniów odpowiadało 5-10 ludzi. Trudno w takiej sytuacji kontrolować, co się dzieje w celach, pawilonach. Kolejnym problem była wszechobecna korupcja.

Jak to jest, że w miejscu, nad którym kuratelę ma państwo, gdzie pracują strażnicy, gdzie wchodzą różni ludzie, nikt nie robi nic, by poprawić warunki życia i odsiadywania kary?

- Dla mnie to też pozostaje tajemnicą. Więzienie było usytuowane dziesięć minut metrem od centrum miasta, naprzeciwko Carandiru było wejście do metra. Ludzie, którzy tamtędy przejeżdżali, zaglądali więźniom prosto w okna. Wyższe pawilony były widoczne z poziomu kolejki miejskiej. W dniach, kiedy dozwolone były wizyty, przed drzwiami więzienia ustawiały się kolejki kobiet. Były wśród nich także koleżanki żon i matek czekających na widzenie, które chciały po prostu poznać jakiegoś gangstera. Dać mu trochę ciepła. Kolejki wiły się w weekend jak wąż, okrążając mury kilkakrotnie. Pomimo to mieszkańcy udawali, że więzienie i problem nie istnieją.

Stacja metra naprzeciwko więzienia Carandiru (fot. Lukaaz /CC BY 3.0 / creativecommons.org/licenses/by/3.0 / Wikimedia Commons)

Niewielu strażników i mnóstwo skazanych z długimi wyrokami. Jak przeżyć w takiej rzeczywistości?

- Przede wszystkim trzeba znaleźć przestrzeń, w której inni będą od nas zależeć. Gdy patrzymy na więźnia, wydaje nam się zazwyczaj, że jego pierwszym, podstawowym marzeniem jest odzyskanie wolności. Tymczasem to pragnienie jest dopiero na drugim miejscu. Najważniejsza jest chęć przeżycia. Trzeba zrobić wszystko, żeby w więzieniu nie umrzeć.

Trudno myśleć o wolności, gdy ma się zasądzonych na przykład sto lat za kratami.

- Zgadza się, w Brazylii wyroki z poszczególnych spraw się sumują, ale w jednym więzieniu nie można siedzieć bez przerwy dłużej niż trzydzieści lat. Dlatego skazani cały czas liczą na to, że uda się im znaleźć jakiś trik, prawniczą sztuczkę, sądowy kruczek, dzięki któremu zostaną szybciej zwolnieni. Często pytaliśmy więźniów: Ile ci jeszcze zostało? A oni odpowiadali: W sumie niewiele, kilka miesięcy. Mój prawnik próbuje sobie z tym poradzić, złożyliśmy już odwołanie do sądu. Tymczasem z papierów wynikało, że będziemy się spotykać jeszcze przez kilkanaście lat. To ich prywatna strategia na przetrwanie.

Jak rozumie się pojęcie "prawdy" w miejscu, gdzie wszyscy siedzą "za niewinność".

- W więzieniu jest prawda, tylko nigdy nie wiadomo gdzie.

Kadr z filmu "Carandiru" (fot. materiały promocyjne)

Jednego z opisanych więźniów poznaje pan w nocy. Umawiacie się na spotkanie, nie kryje pan strachu. Podchodzi do pana gangsterskim krokiem i mówi, że chętnie pomoże w uruchomieniu więziennego kina, bo zna się na elektronice - kradł sprzęt elektroniczny.

- Tak, to historia z pierwszych lat mojej pracy w Carandiru. Naprawdę się wtedy bałem. Zwłaszcza gdy zobaczyłem ten charakterystyczny gangsterski chód. Gdy się do mnie zbliżał, czułem, że może wydarzyć się coś złego. Lata pracy w więzieniach nauczyły mnie, że jeśli kontroluję swoje emocje, nic strasznego nie powinno mi się stać. Lekarz w więzieniu jest bardzo ważną postacią. Więźniowie mają do niego szacunek.

Skazani nie zawsze kontrolują swoje emocje. W książce opisuje pan miejsca, gdzie w Carandiru załatwia się dość brutalnie porachunki między więźniami. Strażnicy w takich sytuacjach nie interweniują.

- Może chodzić o walkę o przewodnictwo w grupie, zdobycie przewagi, dominację. Kolejny powód to porachunki związane z uregulowaniem długów. Jeśli w więzieniu sprzedasz komuś narkotyki, a ten ktoś nie odda ci pieniędzy, nie możesz iść się przecież poskarżyć do sądu. Trzeba sobie radzić inaczej.

W Carandiru istniał kodeks honorowy? Wspomina pan o skazanych, którzy przyjmują na siebie winę za zabójstwa, których nie popełnili. Chodzi o ofiary porachunków w więzieniu. Sami skazani nazywają takich wytypowanych manekinami.

- Bardzo często zdarzało się, że więzień o niższej pozycji w hierarchii został wytypowany przez grupę do przyznania się do czegoś, czego nie zrobił. Takie podłożenie się wcale nie gwarantuje szacunku współwięźniów. Przypominam sobie historię chłopca, który trafił do więzienia na ponad rok za drobny rabunek. W więzieniu dość szybko zaczął brać krak, nałóg pociągnął za sobą spiralę długów, których chłopak nie mógł spłacić. Dlatego postanowił wziąć na siebie winę za jedną z więziennych rozrób. Dostał dodatkowych dziesięć lat.

Kadr z filmu "Carandiru" (fot. materiały promocyjne)

W Carandiru miejscem, do którego nikt nie zaglądał, był tzw. Oddział Żółty, który nazywa pan jednym z najbardziej ponurych miejsc w całym więzieniu.

- To było zdecydowanie najgorsze miejsce w Carandiru, część odcięta od reszty zakładu. Funkcjonariusze nie chcieli tam wchodzić. Bali się, że staną się zakładnikami osadzonych tam więźniów. Nikt do końca nie sprawdzał, co dzieje się w sektorze żółtym. Pierwszy raz poszedłem tam, gdy chciałem pomóc jednemu z chorych. Później wchodziłem zawsze rano, z jednym pielęgniarzem, i przez cały dzień byłem zamknięty z więźniami. Około siódmej wieczorem krzyczałem z czwartego piętra do strażników znajdujących się na dole, żeby mnie wypuścili.

Pracą na Oddziale Żółtym zyskałem wśród więźniów szacunek. To nie kwestia brawury. Po prostu byłem pewny, że zamknięci tam ludzie nic nie zrobią człowiekowi, który naprawdę chce im pomóc. Lekarzowi. Wolontariuszowi. Poza tym wydaje mi się, że skazani, którzy tam trafili, doskonale wiedzieli, że gdyby którykolwiek z nich podniósł na mnie rękę, oznaczałoby to dla niego natychmiastowy wyrok śmierci, wykonany przez pozostałych więźniów.

Kto siedział na Oddziale Żółtym?

- Więźniowie, którzy próbowali na przykład okraść swoich wspólników, przywłaszczyć sobie pieniądze z handlu narkotykami, albo tacy, którzy już w więzieniu czymś mocno podpadli i sami prosili o przeniesienie do tej części. Było tam też wielu gwałcicieli. Gwałt to w więziennym kodeksie najpoważniejsze wykroczenie, najgorsze przestępstwo.

Rozumiem, że skazani woleli znaleźć się na Żółtym Oddziale, niż ryzykować zemstę współwięźniów?

- Tak, mimo że oznaczało to zamknięcie na oddziale przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Dr Drauzio Varella (fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Ile osób stamtąd wyszło?

- Zdarzały się przypadki przeniesienia do innego zakładu, natomiast w obrębie jednego więzienia szanse na zmianę miejsca były niewielkie. W tym sektorze w celach na dwóch-trzech metrach kwadratowych musiało się pomieścić nawet dziesięciu więźniów.

Czytając pana książkę, cały czas zadawałem sobie pytanie, co było trudniejsze w tak skrajnych warunkach - bezsilność ludzka czy bezsilność lekarza?

- Myślę, że trudniejsza jest bezsilność lekarza. Zdawałem sobie sprawę, że ci ludzie spędzą w więzieniu wiele lat, ale nie zostali skazani na śmierć. Tymczasem umierali z powodu braku podstawowych środków medycznych i opieki, którą można by im zapewnić niewielkim nakładem finansowym.

W Carandiru nie było miejsca na godną śmierć?

- Szczególnie mocne wrażenie zrobiły na mnie obrazy ludzi zamordowanych w więzieniu. To historie, która mnie prześladują, powracają do dziś. Jako lekarz musiałem stwierdzić ich zgon, podać przyczynę śmierci. Często widziałem ciała młodych ludzi z czterdziestoma ranami od noża w ciele.

Czemu nie zmienił pan pracy? Z pana wykształceniem miał pan przecież wiele możliwości.

- Nigdy o tym nie pomyślałem. Jeśli podsumować cały wysiłek, który włożyłem w pracę, a na drugiej szali położyć to, co dostałem od więźniów, czego się nauczyłem, zyskane doświadczenie, to uważam, że więcej dostałem, niż z siebie dawałem.

Zdarzało się panu płakać?

- W więzieniu mężczyzna nie może płakać. Poza nim - tak.

Historie ludzi z "Ostatniego kręgu" to opowieści rodem z gangsterskich filmów - napady, zdrady małżeńskie, oszustwa, kłótnie wspólników...

- To świat ludzkich emocji. Miłość, nienawiść, niechęć, przyjaźń to przecież uniwersalne tematy. Swoich bohaterów pokazuję nie tylko przez pryzmat popełnionych przez nich zbrodni. Myślę, że mamy tendencję do odbierania więźniom ich kondycji ludzkiej, traktowania ich jak zwierzęta. W ten sposób sami się przed sobą usprawiedliwiamy, że musieliśmy ich zamknąć, że zasługują na taki los. Oni przecież w więzieniu pozostają ludźmi. Czują i reagują jak my.

Kadr z filmu "Carandiru" (fot. materiały promocyjne)

Tym, co wyróżnia więźniów, także w Carandiru, są charakterystyczne tatuaże.

- Tatuaże w brazylijskich zakładach zamkniętych mają bardzo różne znaczenia. Szczególnie dużo jest z wizerunkami świętych. Więźniowie często tatuują sobie na plecach podobiznę Jezusa Chrystusa. To spadek po afrykańskich niewolnikach, których rysunek w tym właśnie miejscu miał uchronić od chłosty. Popularne są również krzyże. Krucyfiks oparty o stertę kamieni to znak, że osoba, która go nosi, zamordowała policjanta. W środowisku gangsterskim był to pewnie powód do chwały, ale gdy mężczyzna z takim tatuażem trafił na ulicy w ręce policji, był bity mocniej właśnie za ten konkretny tatuaż. Policja znała jego znaczenie.

Skoro jesteśmy przy kwestii przemocy i religii, czy w więzieniu można spotkać Boga?

- Odpowiem panu tak, na murze okalającym więzienie był napis: Jest Bóg, ale jest także diabeł i nigdy nie wiadomo, którego z nich spotkamy dzisiaj na dyżurze .

W Carandiru najbliżej Boga mieli być ponoć mieszkańcy piętra, na którym można było przystąpić do Kościoła zielonoświątkowców.

- Tym, co więźniów przyciągało do zgromadzenia, była przede wszystkim modlitwa i obrzędowość. Wszyscy wyznawcy musieli się modlić od świtu do nocy, w związku z tym nie mieli zbyt dużo czasu na "złe rzeczy". Obowiązywał ich bardzo ścisły kodeks. Bardzo wyraźnie określono w tym Kościele granicę między dobrem i złem. Nie wolno było palić, pić, zażywać narkotyków. Obowiązywało skupienie i wspólna modlitwa. Czasami u zielonoświątkowców ochrony szukali gwałciciele, zabójcy, ludzie, którzy popełnili w życiu najgorsze z możliwych zbrodni. Chodziło im o uzyskanie pewnego rodzaju nietykalności. Na pierwszy rzut oka trudno było rozpoznać, czy to nawrócony człowiek, czy wielkiego kalibru przestępca, dla którego wiara jest przykrywką, sposobem przetrwania. Wszyscy ubierali się tak samo, trzymali Biblię pod ręką i mówili przez cały czas jakby slangiem, wyłącznie o Jezusie i religii.

O Carandiru głośno zrobiło się w 1992 roku. Niewielka sprzeczka między więźniami szybko przerodziła się w zamieszki wewnątrz zakładu karnego. Doszło do starć policji z osadzonymi, w ich wyniku zginęło 111 więźniów, 130 zostało rannych. Wśród policjantów rany odniosło 23. Z relacji świadków wynika, że policja po prostu strzelała do uciekających. Pierwszy wyrok w sprawie tej masakry zapadł dopiero po ponad dwudziestu latach, skazanych zostało 23 policjantów. Sprawiedliwość długo kazała na siebie czekać.

- Winą za taki stan rzeczy obciążyć trzeba system sądowniczy w Brazylii. Kto ma pieniądze na dobrych adwokatów, ten rządzi. Bardzo często procesy są na siłę odwlekane, ciągną się latami.

Kadr z filmu "Carandiru" (fot. materiały prasowe)

Ale nie mówimy przecież o jednostkowym przypadku łamania praw człowieka, tylko o masakrze, o której było głośno w mediach na całym świecie. W 2003 roku powstał nawet film fabularny zatytułowany "Carandiru" w reżyserii Hectora Babenco, inspirowany wydarzeniami z 1992 roku. Pana książka "Ostatni krąg", która w Polsce ukazała się kilka miesięcy temu, swoją premierę w Brazylii miała w 1999 roku. Władze zdecydowały się zamknąć stare więzienie dopiero trzy lata później, w 2002 roku.

- Po likwidacji więzienia trudno było nagle znaleźć miejsce dla kilku tysięcy więźniów. Dlatego stworzono nowe placówki. Patrząc na te wydarzenia z perspektywy czasu nie wiem, czy tragedii z 1992 roku można było uniknąć. Jestem natomiast przekonany, że podstawowym błędem było to, że do pacyfikacji została użyta policja. Policjanci nienawidzą bandytów. Pojawili się tam z psami, pałkami, karabinami maszynowymi. Od początku było jasne, do czego taka konfrontacja prowadzi. Ale musimy pamiętać, że w każdym więzieniu zdarzają się nagłe wybuchy, gwałtowne eskalacje konfliktów, niezadowolenia. Ta tragedia mogła się wydarzyć w innym miejscu, w innym czasie.

Czy przez te kilkanaście lat od momentu zamknięcia Carandiru coś się zmieniło w systemie penitencjarnym w Brazylii?

- Na pewno poprawiła się sytuacja w zakładach w Sao Paulo. Natomiast w skali całego kraju poziom bezpieczeństwa i warunków sanitarnych jest bardzo różny. Nadal można znaleźć więzienia, w których jest podobnie jak w Carandiru. Głównie na północy kraju.

Spotyka pan jeszcze więźniów z Carandiru na ulicy?

- Tak. Niektórzy nadal mnie rozpoznają. Witają się ze mną i pytają: Pamięta mnie pan? Byliśmy TAM, jestem STAMTĄD. Nigdy nie mówią wprost, że chodzi o więzienie.

Jak bardzo Carandiru w panu zostało?

- Nie śni mi się już w koszmarach, ale zdarza się, że w najmniej spodziewanych momentach, gdy jestem z rodziną, wracają do mnie tamte obrazy. Nagle napadają mnie wspomnienia. Staram się chronić bliskich. Nie opowiadam im najstraszniejszych historii, nie dzielę się z nimi złymi doświadczeniami, ponieważ nie ma takiej potrzeby. Nie muszą wiedzieć wszystkiego.

(fot. materiały prasowe Wydawnictwa Czarne)

Książka "Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii" dostępna jako e-book w Publio.pl .

Drauzio Varella . Lekarz onkolog, specjalista chorób zakaźnych. Przez kilkanaście lat pracował w szpitalu w Sao Paulo i jednocześnie udzielał się jako wolontariusz w więzieniu Carandiru. Jego książka "Ostatni krąg" zdobyła Nagrodę Jabuti w dwóch kategoriach - dla najlepszej książki non-fiction i "Książki Roku". Varella ma na swoim pisarskim koncie jeszcze kilka tytułów: "Macacos" (Małpy, 2000), "Por um fio" (Na włosku, 2004), "Borboletas da alma" (Motyle duszy, 2006), "O médico doente" (Chory lekarz, 2007). Książka "Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie w Brazylii" znalazła się w gronie pięciu finalistów Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki.

Łukasz Wojtusik . Dziennikarz Radia TOK FM, autor audycji "Krakowskie Przedmieście".