"Dziwka celebrytka", "bladź", "ściera intelektualistka" i "lalunia". Internet cię nie oszczędza.
- "Zwykła kurwa dorobiła sobie ideologię do bycia kurwą". Tak. Znam to, ale już nie czytam komentarzy. Początkowo to robiłam i miałam sraczkę przez dwa dni. Wiadomo. To nie jest fajne. A z drugiej strony 90 proc. tych ludzi nie miałoby odwagi powiedzieć mi tego na ulicy w twarz.
Co więcej, większość z nich na ulicy by się za tobą obejrzała. Kiedy mówiłam, że idę na wywiad ze striptizerką, cały czas słyszałam komentarze w stylu: "zabierz ją na imprezę", "zrób jej zdjęcie".
- I to pokazuje, jaki to jest pieprz dla ludzi. I nie chodzi nawet o to, że jestem tancerką, tylko o to, że mówię o tym otwarcie. Nikt nie zna striptizerek, bo mało która z nich się do tego przyznaje.
Nie boisz się, że zostaniesz "sezonową atrakcją"? Oglądałam wywiad z tobą w telewizji śniadaniowej i byłam w szoku. Dziennikarka traktowała cię jak małpkę w cyrku. Nie słuchała, co mówisz, tylko cały czas powtarzała: "Jak to możliwe, że studentka ASP robi TAAAAAKIE rzeczy".
- Liczyłam się z tym, że będzie sensacja. Oczywiście spodziewać się czegoś, a tego doświadczyć, to dwie różne rzeczy, ale jakoś sobie z tym radzę. Bez przesady, są w życiu trudniejsze rzeczy, z którymi trzeba sobie radzić, niż nagła fala popularności. Pytanie, co z niej wyniknie. Na razie cała sytuacja bardziej mnie śmieszy, niż straszy. Nie wylądowałam w telewizji dlatego, że jestem tancerką, bo tancerek jest mnóstwo. Zrobiłam coś więcej. I na szczęście niektóre media to doceniają.
"Została striptizerką, bo znudziła jej się praca". To z kolei nagłówek w jednym z portali. Nie będzie ci łatwo się przebić.
- To zdanie akurat strasznie mnie wkurzyło. Bo niby co to jest striptiz? Wolontariat? Hobby? Forma spędzania wolnego czasu? Przecież to jest ciężka praca. Wiem, że wszystkich do siebie nie przekonam. W Polsce panuje pogląd, że fajna praca to taka, którą wszyscy akceptują. Najlepiej być lekarzem ratującym głodujące dzieci w Afryce. Nie świadczą o tobie twoje zainteresowania czy twoja historia, tylko to, czym się zajmujesz.
Ciężka praca? Szampan, papieroski, flirty
- I chodzenie w najbardziej niewygodnych butach świata. Siedzenie w bieliźnie w zadymionym klubie całą noc, radzenie sobie z pijanymi gośćmi, wrednymi koleżankami, akrobacjami i całym tym syfem.
Nic za darmo.
- Prawda. To jest praca, w której wszystko może się zdarzyć. W jeden wieczór można zarobić kilka tysięcy albo stówę. Nie ma gwarancji. Możesz cały wieczór przymilać się do gościa, a on na końcu poprosi twoją koleżankę o taniec.
Ile taki taniec kosztuje? Jakie są striptizerskie stawki?
- Tak naprawdę to kosztuje tyle, ile sobie zażyczę, no chyba że klub narzuca z góry cenę - zazwyczaj 100 zł za jeden taniec, ale przecież zawsze można zaproponować od razu kilka, bo trzy minuty to niewiele czasu. Drink dla tancerki to 100-200 zł, i nie jest to cena samego drinka, tylko raczej opłata za rezerwację mojego towarzystwa na określony czas. Jeśli przepisowy kwadrans przy drinku to za mało, można wziąć szampana i wypić go albo przy stoliku na sali, albo w VIP roomie. Szampan kosztuje od kilkuset złotych za wino musujące do kilku czy nawet kilkunastu tysięcy za naprawdę dobre, ekskluzywne butelki cristala lub kruga, które z wiadomych względów nie cieszą się aż tak wielkim powodzeniem. Tańce prywatne w VIP roomach są płatne oddzielnie, do tego dochodzą napiwki. Tak jak mówiłam, to naprawdę ciężka praca. Idealny wieczór to dobra butelka, pakiet tańców i na deser ekstra tip, ale nie zdarza mi się to często. Średnia ze mnie striptizerka.
Może lepsza pisarka? Jak to się stało, że powstała "Wenus bez futra"?
- Najpierw był blog. Co prawda taki raczej martwy, bo wstawiałam tam notkę raz na pół roku, jak nie mogłam spać po pracy, ale był. A potem wywiad. Na początku zeszłego roku koleżanka koleżanki w ramach pracy na studia musiała zrobić reportaż o ludziach, którzy zajmują się czymś niestandardowym. Padło na mnie. Materiał trafił do "Vice'a" wraz z linkiem do bloga. Tak znalazł mnie Konrad z wydawnictwa.
Zdecydowałaś się od razu? W końcu trochę ryzykowałaś tą książką.
- Byłabym głupia, gdybym odmówiła. Zawsze chciałam napisać książkę, tylko miałam problem z wymyślaniem historii. Tu temat miałam podany na tacy. Wystarczyło to opisać.
Twój blog jest ostry, miejscami wulgarny. Książka to przy niej pamiętnik grzecznej dziewczynki. Cenzurowałaś się?
- Niespecjalnie. Choć w korekcie powiedzieli mi, że nadużywam słowa "dupa". Dużo więc tych moich ukochanych "dup" poleciało. Pisząc, rzeczywiście używałam łagodniejszego języka, bo mam poczucie, że taki mocny język na dłuższą metę jest męczący. Jeśli chodzi o treść, to odpuściłam wątki, które wydały mi się zbyt szczegółowe. Typu "co jedzą tancerki w pracy". W sumie kogo to obchodzi.
Świadomie unikałam prywaty, bo nie chciałam, żeby to był kolejny pamiętniczek niegrzecznej dziewczynki. Takich książek byłych tancerek jest mnóstwo. Tylko wstęp ma taki prywatny charakter, bo gdzieś musiałam opisać moją historię. Stosunkowo późno go napisałam i pamiętam, że jak to zrobiłam, to spadło ze mnie ciśnienie. Rozprawiłam się ze sobą na początku i dalej mogłam już pisać moją "pracę magisterską".
Bez przesady z tą pracą. To nie jest pozycja naukowa, dużo tam anegdot i pikanterii.
- Tak, ale starałam się nie pisać tylko o swoich przygodach, ale ogólnie opisać ten świat. Jedyne, czego mi zabrakło, to rozdziału o historii tego zawodu. Znam sporo takich wygadanych pięćdziesiątek, które świetnie opowiadają o czasach Lochu, Areny czy klubu w Europejskim. Niestety, książkę pisałam, będąc za granicą, więc trudno byłoby z nimi porozmawiać.
A propos koleżanek - jak zareagowały na branżową literaturę?
- Najpierw w ogóle nie zareagowały, bo nie wiedziały, że coś piszę. Kiedy zaczynałam pracować nad książką, to tańczyłam w klubie, który nie zapatrywałby się na to najlepiej, więc siedziałam cicho. Chciałam uniknąć tego gadania "pisz bez nazwisk" albo "napisz koniecznie o mnie". W klubach są przeróżne laski. Teraz, kiedy to już wyszło, to jest raczej śmiesznie. Oglądają mnie w telewizji, słuchają w radiu. Reagują pozytywnie, cieszą się chyba, że trafiło na wygadaną osobę, która trochę odczaruje ten zawód. Mnóstwo dziewczyn żyje ze stygmatem striptizerki.
Striptizerki, czyli dziwki?
Też. Głównie jednak pokutuje przekonanie, że wszystkie byłyśmy bite, gwałcone czy poniewierane w dzieciństwie, a do tańca nas się zmusza. Prawda jest taka, że tancerki to zbieranina różnych kobiet. Są więc i takie, które przycisnęło życie, i takie, które same to wybrały. Są doktorantki, studentki i młode matki, gwiazdki porno i dojrzałe kobiety. Pracując w klubach, nauczyłam się jednej rzeczy. Nie ma czegoś takiego jak "atrakcyjna kobieta". Atrakcyjna to taka, która się podoba.
No właśnie. Jest też druga strona medalu - mężczyźni. W końcu to dla nich to wszystko. W książce umieściłaś typologię klientów. Przewodnik po typach ludzkich, w którym znaleźli się m.in. "Marian pospolity", "Człowiek z firmy" i mój prywatny ulubieniec - "Kolega kawalera".
- Najniebezpieczniejszy z punktu widzenia zwykłych kobiet. Bo podburza, podkręca. Generalnie klienci dzielą się na tych fajnych i niefajnych. Kiedy mówię o fajnych, mam na myśli chociażby umytych, ale też takich, którzy naprawdę robią wrażenie, takich, których raczej nie spotkałabym gdzieś indziej. W jednym z wywiadów dziennikarka mnie zapytała, co jest fajnego w mojej pracy. Odpowiedziałam szczerze, że ludzie. I od razu był komentarz: "I kogo ona tam mogła poznać! Czy znanego malarza, dobrego dziennikarza, aktora...". Ludzie wyobrażają sobie, że kluby odwiedza tylko pijana gangstera. No więc nie tylko. Malarze, dziennikarze i aktorzy też się zdarzają.
Odwiedza też twój chłopak. Albo przynajmniej raz odwiedził, bo poznaliście się w klubie.
- Odwiedził wiele razy i przy pisaniu ten jego męski punkt widzenia był bardzo pomocny. Naoglądał się tego biznesu z drugiej strony. Ma swoją opinię i nie bał się powiedzieć, że coś napisałam źle lub jednostronnie.
Ty za to bałaś się napisać o nim. W książce niewiele jest o twoim chłopaku, a dobrego partnera w tym świecie niełatwo znaleźć.
- Nie bałam się. Nie chciałam. Ale tak, wbrew powszechnym opiniom bycie striptizerką nie pomaga w znalezieniu faceta, a już zwłaszcza takiego, którego można nazwać partnerem. Mimo że codziennie przez klub przewijają się setki chętnych i napalonych mężczyzn.
I żonatych.
- Też, ale nawet jak wyeliminujemy żonatych, to problemem jest tu raczej fakt, że muszą zaakceptować zawód, którego nikt nie akceptuje. I nie być z tobą dlatego, że jesteś striptizerką, bo jest taki typ facetów, których to jara, i nie pomimo tego, że nią jesteś, bo to jeszcze gorszy typ, który będzie próbował cię uratować, tylko dlatego, że jesteś zajebista i jesteś striptizerką. I jeszcze nie będzie miał problemu z tym, że tańczysz. I będzie wiedział, że to nie świadczy o tym, że jesteś demonem seksu. A nawet odwrotnie.
Seks to mocny wątek w twojej książce, ale też przez pryzmat rurki pokazujesz nasze społeczeństwo. Myślę, że to jest trudniejsze do przełknięcia niż opis wymachiwania biustem. Rodzice dobrze przyjęli wiadomość, że będziesz pisać?
- Najpierw spanikowali, ale szybko zrozumieli, że nie chodzi tu właśnie o sensację, tylko o rzetelną pracę. Moi rodzice to bardzo praktyczni ludzie.
I wyrozumiali. W książce wspominasz, że w pełni akceptują twój zawód. Pamiętasz, jak im powiedziałaś o swojej pracy?
- Trochę się zbierałam do tego. Był taki czas, że tylko dorabiałam w ten sposób. Przejechałam tak kilka miesięcy. Są jednak granice ściemy. Wybierałam się wtedy w jakąś podróż. Moi rodzice znają realia i wiedzą, że za projekt wizytówki nie da się na trzy miesiące pojechać do Stanów. Wychowałam się w dobrym polskim domu, gdzie w niedzielę o 14 zawsze je się wspólny obiad. Nie mogłam długo się migać przed tym i odbierać w południe telefonów zachrypniętym głosem. Chciałam, żeby wiedzieli, że ciężko pracuję, a nie po prostu baluję w każdy weekend i ich olewam. Uznałam, że przyznanie się jest lepsze.
Prawda często boli.
- Ale kłamstwo to dopiero syf. Wszystkie dziewczyny to przeżywają. Strasznie dużo z nich ściemnia i wymyśla jakieś niestworzone historie. Tylko z wymyślaniem historii jest taki problem, że jak wymyślisz jedną, to już musisz się jej trzymać, a ona nie będzie pasowała do każdych okoliczności. Wymyślasz kolejną, i to też nie styka. Gubisz się, która była tą pierwszą. I dochodzisz do momentu, w którym grupa znajomych wie coś, bliżsi coś innego, a twoja mama nic, bo mieszka w innym mieście i myśli, że jesteś kelnerką. Tylko że ty właśnie kupujesz mieszkanie. I już nie ściemnisz, że to za napiwki.
Też miałaś swoje kłamstwo?
- Raczej nie. Nie dzieliłam się tym, gdzie dorabiałam, bo długo myślałam, że będę równocześnie rozwijać karierę graficzki. Tylko okazało się, że nie da się tego pogodzić i zawalam i tu, i tam. Znam jednak laski, które ciągną dwa zawody. Jest jedna nauczycielka niemieckiego, jest dziewczyna z firmy PR-owej. Psychicznie to jest bardzo potrzebne.
Ty jednak wszystko postawiłaś na jedną kartę. Rodzice nie byli źli, że "taka zdolna graficzka" im się marnuje?
- Moi rodzice mówią mi otwarcie, że striptiz to nie jest szczyt moich możliwości. Ja to wiem. I w żadnym razie nie są to moje największe ambicje. A czy byli źli? Nie. Dlaczego? Raczej się o mnie martwili. Pytali, czy to jest bezpieczne, czy jest ochrona, jacy przychodzą ludzie. Wszystko jest kwestią rozmowy. Nie było morałów, tylko wsparcie. Pamiętam też, że tata powiedział mi, że żyjemy w pruderyjnym społeczeństwie, więc żebym nie spodziewała się poklasku. Że nie będziemy o tym trąbić.
Mleko się rozlało. Pokazałaś twarz.
- Początkowo nie chciałam kampanii, ale jak za słowami stoi człowiek, to wszystko jest bardziej wiarygodne. Dla mnie to nie jest temat ani do wstydzenia, ani do chwalenia. W książce piszę, że nie mam problemu z tą pracą. Jeśli nie mam, to też nie powinnam mieć problemu z pokazaniem twarzy. I nie jest tak, że zgrywam twardzielkę. Wiem, że chwilami będzie bolało, i czas pokaże, jakie będą tego konsekwencję, ale rozpatrywanie tego w ten sposób to znów piętnowanie. Bo złe rzeczy mają złe konsekwencje. A striptiz to nic złego.
Ty kiedyś myślałaś inaczej. W książce wspominasz, że pierwszemu chłopakowi zrobiłaś dziką awanturę, jak przyznał się, że poszedł na wieczór kawalerski do klubu go-go.
- Nie miałam wtedy pojęcia, co to jest, i byłam zazdrosna. Miałam takie wyobrażenia z amerykańskich filmów. Teraz nie mam nic przeciwko, żeby mój chłopak odwiedzał takie miejsca. Marzy mi się wspólna wizyta, bo kręcą mnie dziewczyny. Tyle że jego kluby już nie interesują, straciły dla niego magię.
Byłaś grzeczną dziewczynką.
- Chyba tak. Nie imprezowałam, nie piłam za bardzo. Nie miałam historii towarzyskich, przygód. Trzymałam się raczej z dala. Grałam w gry i oglądałam filmy. Miałam w pogardzie wymalowane laski czytające "Bravo". Biegałam w glanach, z kostką i słuchałam metalu.
To akurat zostało ci do dziś. Naprawdę tańczysz do takiej "ciężkiej muzy"?
- Heavy metal to mój znak firmowy. Niewiele lasek do tego tańczy, a ja zrobiłam z tego swój atut. I nawet jak goście na co dzień słuchają disco polo czy hip-hopu, to kiedy wchodzi ostra perkusja i gitary, to wszyscy patrzą na mnie. Muzyka w klubach to temat rzeka. W książce nawet pokusiłam się o listę kawałków, do których nie powinno się tańczyć. I nie chodzi tylko o muzykę, z którą jest się związanym emocjonalnie, ale o te wszystkie wytarte szlagiery, jak chociażby nieśmiertelne "You can leave your hat on on" Joego Cockera czy - o zgrozo - "Tears in heaven" Erica Claptona.
Zwracam honor. Przy tym Rammstein to niebo. Tańczysz do metalu, ale metalówą to jednak już nie jesteś. Jak znajomi zareagowali na twoją przemianę?
- Zareagowali świetnie, bo znają mnie i moje podejście do życia. To jest właśnie różnica między bliższym i dalszym otoczeniem. Bliscy oceniają taką pracę przez pryzmat ciebie, a nieznajomi ludzie oceniają ciebie przez pryzmat pracy.
Zatańczyłabyś dla kolegów?
- Absolutnie nie. Nie chodzi o to, że miałabym problem z nagością. Ludzie w końcu razem chodzą do sauny. Striptiz to jednak performance. Liczy się tu tajemnica. Masz być erotycznym spektaklem. Kiedy kogoś znasz, to znika ten element odczłowieczenia. Mam często taki problem z klientami. Przekraczam granicę między byciem obrazkiem a kumplem. Goście nie szukają w klubie koleżanek. Często przychodzą i mówią mi: "U ciebie nie zamówimy tańca, bo za dobrze cię znamy".
Myślałam, że w klubie nie jesteś sobą. W końcu nawet nie nosisz swojego imienia.
- O dziwo, częściej zdarza mi się być w klubie sobą niż poza klubem laską z go-go. Kiedy poczuję się z kimś komfortowo, to zdarza mi się podzielić z nim czymś swoim. Przestaję wtedy udawać i mniej gram. Zwykle źle na tym wychodzę, bo mój sposób bycia nie sprawdza się w klubach. Jestem zdecydowanie zbyt swobodna.
A odwrotna sytuacja? Nie próbowałaś nigdy wykorzystać klubowych trików na zewnątrz?
- Niezbyt potrafię. Ostatnio złapała mnie policja za jazdę bez świateł. Byłam wściekła, wracałam akurat z klubu i do tego nic nie zarobiłam. Myślałam sobie: "Jesteś tancerką, ogarnij to". Ale siedziałam jak trusia i co - wlepili mi mandat. Niestety, to nie tak działa. Klub nauczył mnie jednego. Nie ma jednego sposobu na mężczyznę.
Albo raczej każdy sposób jest dobry, jeśli w grę wchodzą pieniądze.
- To prawda. W klubach wykorzystuje się ludzi, ale wszystko ma swoje granice. Ja przynajmniej je mam, choć czasem żałowałam. Prawda jest jednak taka, że twoja wartość zależy od tego, na jakie rzeczy się godzisz. To ty potem rano wstajesz i musisz spojrzeć w lustro.
Można cię dotknąć w miejscach intymnych?
- Nie. Zresztą takie rzeczy są regulowane zasadami klubu. W Szkocji, gdzie ostatnio pracowałam, klient podczas tańca musi siedzieć na rękach. W Polsce z założenia nie można dotknąć tancerki, ale różne rzeczy się widziało. Niektóre laski całują się z klientami. Mnie to przeszkadza, bo to konkurencja, której nie dotrzymam kroku. Wszystkie na tym tracimy, jeśli nie przestrzegamy reguł. Gości trzeba wychowywać. Nie kupuję chamskiego macania. Zresztą mnóstwo mężczyzn po prostu chce, żeby usiąść im na kolanach, spojrzeć w oczy i pogłaskać. Ta ostra laska, ujeżdżająca faceta przez spodnie, to trochę mit, w dodatku przaśny.
Jeden z wielu. Tak jak ten, że wszystkie tancerki mają idealne ciało, a ich buty nie śmierdzą. Sporo odczarowałaś tego świata w swojej książce. Rozliczyłaś się z nim.
- Myślałam, że "Wenus bez futra" to będzie zamknięcie pewnego etapu. Ładne skończenie kariery. Jestem już trochę zmęczona tą pracą. Długo trzymała mnie w niej zajawka, ale powoli zamieniło się to w rutynę. Nie ma jednak co się oszukiwać. Ta praca daje mnóstwo możliwości, z których trudno będzie zrezygnować.
Pieniądze?
- Dowolność i dużą dynamikę. Hajs też, ale on nigdy nie był motywacją. Zarabiałam tyle, ile potrzebowałam na motocykl i podróże. Jako graficzka nigdy nie mogłabym sobie na to pozwolić.
Czyli do projektowania nie wrócisz?
- Raczej myślałam o robieniu bielizny, ale najpierw jeszcze pojadę gdzieś się z niej porozbierać. Marzy mi się Makao.
Książka do nabycia w formie e-booka na Publio.pl >>
Sasza Różycka . Urodziła się w latach 80. w Warszawie. Studiowała w Akademii Sztuk Pięknych, ale kierowana niezdrowym pędem do rzeczy zakazanych porzuciła obiecujący zawód graficzki na rzecz kariery tancerki erotycznej. Jej pasją są podróże i motocykle. Lubi pisanie, filmy klasy B, gry wideo, science fiction, tatuaże oraz banknoty o dużych nominałach. W wolnych chwilach tarza się w brokacie. Jest autorką książki "Wenus bez futra".
Olga Święcicka . Krytyk teatralny z wykształcenia, dziennikarka z serca. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej. Publikowała m.in. w "Wysokich Obcasach", "Przekroju", "KUKBUKU", "Art&Buisness", "Aktiviście", "Ruchu Muzycznym" i w Dwutygodniku. Kiedy nie baluje, to czyta wiadomości kulturalne w II PR Polskiego Radia. Ciągle wierzy, że jest debiutantką. Celebruje więc każdy sukces.