Rozmowa

8 września po raz pierwszy od lat zobaczyłam cię na scenie. To była zajawka "Lucy and the Loop". Tylko trzy piosenki, ale patrzyłam, jak cała się roztapiasz, jaką masz frajdę z tego, co robisz. Pomyślałam sobie: jak ona mogła przez tyle lat bez tego żyć?

- Bo pierwszy raz zobaczyłaś moje wszystko. Moją muzykę. Moje śpiewanie. Wszystko, czego doświadczyłaś w tym dniu, jest mną, począwszy od najciemniejszej strony mojej mocy po jej najjaśniejszą. Usłyszałaś "Alone", która jest początkiem i ciemnością, przez "Dancing with balloons", która jest końcem i światłem, i usłyszałaś "Lucy", która jest transformacją. Doświadczyłaś trzech ważnych momentów historii tej płyty.

Zawsze byłam świadoma swojej doskonałości muzycznej i nigdy nie miałam okazji jej pokazać. Przez doskonałość rozumiem świadomość muzyki i intencję, którą wysyłam do ludzi, kiedy muzykę tworzę. To zawsze było we mnie. Ale dopiero dziś zarażam tym świadomie.

To znaczy?

- Wiesz, co to jest marzenie? To bardzo prywatny stan. Bardzo intymny. W twojej głowie od początku do końca, cały proces tego marzenia jest ważny. Każdy krok, który stawiasz w marzeniu, ma znacznie. A kiedy pojawia się kłopot? Kiedy tylko epitafium tego marzenia staje się rzeczywistością. Ja przeżyłam ten stan. Ostatni moment mojego snu się spełnił. Stałam na scenie z przebojem, a przede mną tysiące ludzi śpiewających moją piosenkę. To jest najgorsze uczucie świata, kiedy spełnia się ostatnie kilka sekund twojego marzenia. Wtedy zaczynasz analizować i przestajesz czuć. I nagle wszystko traci moc, bo nie spełniły się ważne etapy tego marzenia. Więc przestałam marzyć. Przestałam śpiewać sobą. Po to jest Lucy. Jest świadomą realizacją moich snów. Krok po kroku zobaczysz moje sny. I dlatego jestem debiutantem. Debiutantem samym dla siebie.

Czujesz się teraz, jakbyś drugi raz debiutowała?

- Oczywiście. Mam potężne muzyczne doświadczenie, a jednocześnie emocjonalnie czuję się jak przy debiucie. Realizuję milimetr po milimetrze mój sen. Mój apetyt sceny muzycznej jest niezaspokojony. Zawsze byłam jej głodna. Te trzy ważne momenty na płycie, które mogłam pierwszy raz pokazać 8 września, spowodowały, że mnie porwało.

Czekasz na moment, kiedy wreszcie "Lucy and the Loop" się ukaże, ruszysz w trasę i zaczną się koncerty? Bo na razie dawkujecie słuchaczom po kropelce tę pełnię twoich możliwości

- Tak, czekam. To jest ten moment z moich marzeń, kiedy jeszcze trzeba czekać. Czekam, ale tylko milimetry dzielą mnie od następnego etapu.

Kasia Stankiewicz (fot. materiały prasowe)

Jesteś szczęściarą. Większość ludzi przez całe życie szuka swojej ścieżki, a ty ją po prostu masz przed oczyma.

- A wiesz, że zdarzało mi się schodzić z tej ścieżki? Ale zawsze jakaś tajemnicza siła spychała mnie znów w stronę muzyki. Coś mi mówiło, że jak przejdę ten najtrudniejszy etap, to już mnie nic nie złamie. Trudne doświadczenia sprawiają, że masz utwardzone poślady i jak dostaniesz kolejny cios z zewnątrz, to on będzie dużo mniej odczuwalny. I dzięki temu, że te ciosy zewnętrzne nie będą już cię tak dotykały, to skupisz się na swoim wewnętrznym świecie i będziesz w stanie ukazać pełnię swoich możliwości.

Jak w teledysku do piosenki "Lucy" z twojego nowego albumu, w którym na początku bohaterka wynurza się z czarnej wody i pełza jako wąż, by nagle ruszyć do biegu? Co się właściwie wydarzyło na tej drodze do "Lucy and the Loop"?

- Przez ostatnie lata biegłam do jakiegoś dalekiego celu, który się właśnie materializuje. Bardzo lubię tę moją drogę, nawet jak jest wyboista i jak są na niej kamienie, chaszcze i się trochę pokaleczę. Jest mi to w życiu potrzebne. Potrzebuję też głębokiej wody, silnych emocji, adrenaliny. I potrzebuję być wolna. Transformacja, która jest pokazana w teledysku, najlepiej oddaje to, co się ze mną dzieje. Najpierw moja bohaterka trzyma się ziemi, nie mogąc uciec, oderwać się, zrobić cokolwiek ponad to, co robi wąż - czyli pełzać. Ten etap wydaje się najtrudniejszy, ale jest chyba najbardziej wartościowy, bo konfrontujesz się ze sobą. I chociaż na początku "etap węża" był czymś przerażającym, to czułam, że jak już wypełzam swoje, to pobiegnę, a jak pobiegnę - to polecę.

Trzeba dotknąć dna, żeby się odbić?

- W takim zetknięciu z dnem jest jedno fajne uczucie - moja Lucy o tym śpiewa: I felt relief, when I have falling down, there was no more . I przychodzi taki dzień, kiedy czujesz, że możesz się odbić. Wtedy zaczyna się etap determinacji. Stajesz się jak puma, to czysta adrenalina. A biegniesz po to, żeby stać się ptakiem, rozłożyć wreszcie ramiona i polecieć za swoimi marzeniami. Myślę, że ta transformacja dotyczy nie tylko mojej bohaterki i tego, co działo się ze mną. To się zdarza ludziom każdego dnia.

A co tobie pomogło wyjść z tego impasu, z tego uczucia niemocy, którego - jak mówisz - nienawidzisz, żeby ruszyć ku nowemu?

- Moja wewnętrzna niezłomność, bo ja, nawet będąc w trudnym momencie, zawsze gdzieś na horyzoncie widzę to światełko, które do mnie miga.

Czyli ta długa przerwa w byciu na scenie była ci potrzebna? Gdyby nie ona, nie mogłabyś dziś być tą spokojną, promienną, pewną swojej drogi Kasią.

- Jestem wdzięczna sytuacjom, które były najtrudniejsze. I tym ludziom, którzy pojawili się w moim życiu i spowodowali łzy albo ból, wycie z bólu wręcz. Jestem wdzięczna, że mogłam to przeżyć, bo dzięki temu mam siebie. Trzeba coś przeżyć, trzeba dostać kopa w twarz, żeby się obudzić. I właśnie takie jeb o ziemię to jest moment, kiedy spotykamy moją bohaterkę Lucy. Tkwi w tym ciemnym zimnym miejscu, które absolutnie jest niezbędne do tego, żeby mogła pójść dalej.

Płyta nosi tytuł "Lucy and the Loop" i oczywiście to Lucy budzi zainteresowanie, bo ją w naturalny sposób utożsamia się z tobą, jako autorką tej muzycznej opowieści. Ale w tytule jest też loop, czyli pętla, zapętlenie, Czy chodzi o tę powtarzalność, że upadasz i podnosisz się, znów upadasz i znów podnosisz?

- Fajnie to zinterpretowałaś, bo dokładnie tak ma być. Piosenka "Lucy" zaczyna się od słowa again, czyli - od nowa. Ja w tym moim "Orła cieniu" byłam wolnym ptakiem, potem znowu pełzającym wężem, a potem znowu - again - pumą i ptakiem. Teraz znowu szybuję, jestem ptakiem.

"Orła cień" cały czas gdzieś krąży wokół ciebie. Nie drażni cię, kiedy ktoś znów przywołuje tę piosenkę?

- Nie. Uważam, że odcinanie się od przeszłości to tak jakby sobie amputować część ciała. To jestem wciąż ja, ja współtworzyłam tamten sukces i dałam radę. Loop jest takim przypływem i odpływem. W życiu właściwie wszystko, jeśli spojrzeć na świat natury, jest przypływem i odpływem, i tak też jest z naszymi emocjami, relacjami. Poznajemy ludzi, na początku jest euforia, a potem coś przygasa, ewoluuje Ale ten loop to też jest moje zaplecze, mój zespół, z którym przez te lata dochodziłam do tego, co jest dziś. Potem pojawili się następni ludzie, którzy słysząc tę muzykę, zostawili swoje aktualne zajęcia, żeby razem ze mną iść do tego dużego celu. Bo to nie jest tylko zwykła płyta, widzę jej inspirujący potencjał.

Wyszedł z tego taki concept album , który w dodatku pączkuje w rozmaite projekty, rozszerza się na inne dziedziny sztuki.

- I to się cały czas dzieje! Zaczęliśmy od Islandii i 10 zdjęć zainspirowanych tymi 10 piosenkami. Potem były obrazy, rzeźby, a teraz to się rozrasta o etiudy filmowe, powstanie przedstawienie. I jeszcze wiele innych dziesiątek.

Jak to się dzieje? Kto to wszystko nakręca?

- Bardzo wierzę w intencje twórcy. Kiedy siadałam do robienia tych piosenek, moją myślą było, że ta muzyka poruszy ludzi i zostawi coś głęboko pod skórą. To była ta intencja - że porusza i inspiruje. Naprawdę wystraszyłam się tego zdania: Uważaj o czym marzysz, bo to się spełni , ponieważ moje myśli podczas tworzenia tych piosenek teraz się werbalizują. Jena po drugiej.

Kiedyś już miałaś taką płytę, którą wyrwałaś sobie z trzewi. Myślę o poprzednim albumie solowym "Mimikra" z 2006 roku, który nie został odebrany do końca tak, jakbyś tego oczekiwała. To musiało być wielkie rozczarowanie. Po takim doświadczeniu pewnie trudniej zacząć nowy projekt?

- Nie jestem rozczarowana, po prostu ludzie o tej płycie nie wiedzą. Ale teraz się dowiedzą, już ja o to zadbam. Musisz wiedzieć, że mam szczęście do ludzi przy albumie "Lucy And The Loop", wszyscy są niesamowicie zaangażowani. Rzucam im moje najśmielsze pomysły i oni mówią: OK, robimy to . Mamy nieustanną burzę mózgów, jesteśmy na łączach każdego dnia po 12 i więcej godzin na dobę.

Kasia Stankiewicz (fot. materiały prasowe)

Robisz to wszystko na własna rękę.

- Wydaję to samodzielnie, na licencji z dużą wytwórnią.

A jak powstawał materiał na płytę? Przyszło łatwo, czy też rodziła się w bólach?

- Zaczęło się około 2009 roku, kiedy zabrałam małą klawiaturę - mojego maca - do Sopotu. Siedziałam przez 3 tygodnie, patrząc na morze, chodząc na spacery i obracając w głowie różne myśli. Przecież dotąd ktoś mi robił piosenki, czy sama jestem w stanie? Pomyślałam, że bez względu na to, jakie mam wątpliwości, powinnam pozwolić sobie usiąść do instrumentu i zacząć grać. I wtedy zaczęły się dziać magiczne sytuacje. Jestem uzależniona od muzyki, muszę jej słuchać non stop i ona robi różne dziwne, wspaniałe rzeczy z moim organizmem. Ale to był jedyny moment w moim życiu, kiedy w ogóle niczego nie słuchałam. Byłam całkowicie czysta, wolna od wszelkich dźwięków, brzmień, interpretacji. I poczułam, że jestem jak kanał, przez który musi coś przejść. Chodziłam nad morze, wracałam do instrumentów i miałam wrażenie, że moje dłonie zaczynają coraz śmielej grać. Nawet mój ołówek zaczął sam pisać (śmiech ).

Coś jakby pismo automatyczne?

- To było fascynujące, bo uwierzyłam, że sama potrafię zrobić sobie piosenkę. A te 10 piosenek emocjonalnie ułożyło się w spójną opowieść. Potem wróciłam do domu razem z moim producentem Luką i zaczęliśmy zastanawiać się nad brzmieniem tych piosenek. W tym momencie pojawił się producent z Anglii, który zapragnął stworzyć to brzmienie z nami.

I zdaje się weszliście z nim w ślepą uliczkę?

- Początek był fascynujący. Całym zespołem pojechaliśmy do studia w Wiśle i tam szukaliśmy brzmień, rejestrowaliśmy instrumenty, bawiliśmy się dźwiękami. Mieszkaliśmy w bardzo inspirującym miejscu. Dookoła tylko lasy i ptaki. To był bardzo dobry czas, praca na najwyższych obrotach artystycznych i intelektualnych każdego z nas. Zrobiliśmy genialne rzeczy. A potem Edmund zabrał ślady do Anglii, gdzie bez mojej obecności trochę w nich pogmerał, i niestety, rozjechał walcem całą energię, którą udało się nam zarejestrować wcześniej. Musiałam zacząć pracę niemal od nowa.

Zaczęliście ponownie od zera?!

- Wyrzuciliśmy większość, niestety. Zabrało nam to kolejny rok. Kolejny czas, który nie pozwalał mi na wyjście z tym materiałem do ludzi i granie go na scenie.

Musiałaś być bardzo zdeterminowania, skoro dałaś radę to unieść psychicznie.

- To było bolesne. Dwa lata pracujesz nad czymś i już, już masz to wydać, już twój organizm jest w gotowości, żeby ruszyć, i nie możesz. Trzeba zacząć od początku.

Jak układała się wam współpraca z Luką? Byliście partnerami życiowymi przez jakiś czas, macie dziecko, w takich sytuacjach różnie bywa, a wy nagraliście razem płytę! To nie zdarza się często.

- Nas zawsze będzie łączyć jedna rzecz: miłość do muzyki. Która jest dla nas wartością największą. My się w muzyce rozumiemy bez słów. Są takie momenty, kiedy jesteśmy obok siebie i przypadkiem leci jakaś piosenka, wystarczy jedno spojrzenie i wiemy, co nam się w tym kawałku podoba. Mamy podobny gust muzyczny, podobną estetykę, wrażliwość. Luka jest na pewno najważniejszą osobą, z którą dochodziłam do tego momentu, w którym jestem teraz. Dzięki niemu ta opowieść ma moje brzmienie, mój kolor i mój zapach. Ale to była mordercza praca.

Czyli nie darliście kotów podczas nagrywania płyty?

- Twórcze darcie kotów jest nawet pożądane. Tylko że my się kłócimy bez rzucania talerzami. W procesie twórczym muszą być momenty iskrzenia i ścierania się, to jest właśnie twórcze.

Jak już nagraliście materiał po raz drugi - co potem?

-Szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy uzyskać konkretny rodzaj brzmienia, przestrzeń potrzebną tej historii. I tak, słuchając różnych płyt, doszliśmy do wniosku, że brzmienia, które nam się podobają, prowadzą na Islandię.

Kasia Stankiewicz (fot. materiały prasowe)

Chodzi o ten słynny melancholijny, odrealniony klimat?

- Islandia przypomina mi moją bohaterkę. Zmienna i melancholijna, jak tamtejsza pogoda, ale też rześka. Na pierwszy rzut oka niedostępna, a im bardziej ją eksplorujesz, tym więcej znajdujesz i masz wrażenie, że jest emocjonalną studnią bez dna. I tak jest z Islandią. Otwierasz okna i masz widok na morze i góry. Co prawda nie ma drzew i słońce rzadko świeci, a jednak to miejsce bardzo inspiruje. Poza tym jest tam taki rodzaj poczucia bezpieczeństwa, którego tutaj nie odczuwam. Myślę, że to wynika z tego, że oni są oddzieleni od reszty świata, są wyspiarzami. My z przyczyn historyczno-geograficznych byliśmy solidnie wybatożeni, a oni byli wolni, nie mieli sąsiada, który im wytłucze korzenie, kulturę i domy. Jedyne, co im zagraża, to wulkan.

I ekonomia też, jak się okazało.

- Tak, ale dużo ważniejsze jest to, że żyją, jak chcą, robią to, co lubią. Co kilka metrów są sklepy muzyczne, każdy gra na jakimś instrumencie. Nieustannie tworzą. Mają to swoje zwolnione tempo, żyją w enklawie na marginesie świata. I ten spokój polskiej jesiennej niedzieli tam jest na co dzień, mam wrażenie.

Mówisz, że nie możesz żyć bez słuchania muzyki, a czy są jeszcze inne rzeczy, które cię nakręcają? Ludzie? Sztuka? A może sport, bo ostatnio wspominałaś coś o longboardzie?

- Każde spotkanie z człowiekiem to jest porcja emocji, wiedzy, nowych wyrazów, przemyśleń. To mnie zawsze inspiruje. Na tym longboardzie to jakoś super nie jeżdżę, ale poznałam ludzi, którzy to robią, i postanowiłam spróbować. Uwielbiam sport, bo sport uruchamia mi endorfiny. Oprócz tego uwielbiam włazić do antykwariatów i wąchać stare książki, czytać je. Czasami zdarza się, że wchodzę do takiej dziupli, otwieram książkę w przypadkowym miejscu i tam jest zdanie dla mnie na ten dzień. Jestem w stanie wydać ostatnią kasę na książki!

A macierzyństwo cię inspiruje? Nawiązuję do tego okresu, kiedy byłaś kobietą domową , uciekłaś trochę od muzyki. Czasem kobiety mówią, że bycie matką je odmieniło, odblokowało, popchnęło na nowe tory. Z mojego punktu widzenia to bardziej skomplikowane, niekoniecznie tak jednoznacznie euforyczne, ale ciekawa jestem, jak to wpłynęło na ciebie jako artystkę, wrażliwego człowieka. To cię zmieniło?

- Macierzyństwo mnie uzupełniło, ale odebrało mi wolność. Bycie rodzicem to jest potężne wyzwanie każdego dnia. Mój syn mnie inspiruje i zaskakuje. Bardzo go lubię, mamy niezłą łączność. Fascynuje mnie, jak dzieci chłoną świat, jak żyją tu i teraz, jak są wolne w wyciąganiu pięknych wniosków. Ale macierzyństwo to zadanie na całe życie. Jak to mówi Jan Nowicki: Dzieci są, a potem odfruwają, to samo z chłopakami. Najważniejsze to, co się robi w życiu .

Wciągasz syna w swój świat muzyczny? Słucha tego, co nagrałaś?

- Rozmawiamy dużo o muzyce, Frycek pięknie ją odczuwa. To są takie momenty, kiedy on pokazuje mi to, co lubi, i widzę, że czeka na moją akceptację. Ale ostatnio ciągle ogląda teledysk "Lucy" i mówi mi o swoich przemyśleniach.

Stajesz się jego przewodnikiem po świecie muzyki?

- Pewnie. Choć ja od niego też się uczę. Ostatnio nauczyłam się słuchać O.S.T.R. Dzieci bywają naszymi nauczycielami. Mój syn mnie też bardzo inspiruje. Mieliśmy niedawno taki niezwykły moment, podejmowaliśmy bardzo trudną i ważną decyzję w naszym życiu. Stałam na balkonie razem z tym małym człowiekiem i przeprowadzaliśmy poważną rozmowę, dotyczącą naszej przyszłości. Razem się zbeczeliśmy, po czym usiadłam do instrumentu i napisałam o tym piosenkę. I ta piosenka wyszła natychmiast, od razu miała całą formę i prawie gotowy tekst. To była piosenka-emocja, która dotyczyła tego momentu. Frycek siedział obok i coś czytał. Powiedziałam mu, że to jest piosenka dla niego. Zagrałam mu ją, a on podszedł do mnie i się przytulił. To było magiczne. Jest trochę takim aniołem w moim życiu, ponieważ pojawił się w momencie, kiedy było mi bardzo trudno. Pojawił się i miałam poczucie, że w tym moim ciemnym momencie, ktoś rozsunął szarą zasłonę i pierwszy raz po dłuższym czasie dotarło do mnie światło. Jak to mówię, to się trochę wzruszam.

Zobacz wideo Miłosz "Miuosh" Borycki opowiedział nam o swojej najnowszej płycie

Wracasz czasem do twojego rodzinnego Działdowa?

- Wracam.

Z jakimi emocjami to się wiąże?

- Z pewnego rodzaju spokojem, ciszą, melodią z dzieciństwa, zapachem malin i zielonego groszku w ogródku babci. Niesamowite jest to, że nadal są tam moje zeszyty, rysunki i książki z dzieciństwa. Kiedy miałam ten moment szukania siebie, to grzebałam w rzeczach, żeby dotrzeć do siebie sprzed lat, żeby zobaczyć, jaka byłam. W sumie wiele się dowiedziałam ze swoich starych zeszytów, zapisków, zdjęć i z muzyki, którą sobie nagrywałam na grundiga. Uwielbiałam takie momenty, kiedy było lato, otwierałam okna i całą noc malowałam, słuchałam radia, nagrywałam na kasety piosenki. Kiedy po latach odkryłam taką kasetę i ją włączyłam, to się uruchomiła w moim organizmie cała gama emocji sprzed lat. Bardzo lubię Działdowo na święta, na Boże Narodzenie, bo to jest tych kilka dni, najbardziej spokojnych i magicznych w roku.

I wystarczy?

- Tak.

Opowiedz jeszcze o tym miejscu, w którym teraz żyjesz - Warszawa, Powiśle. To jest twoje miejsce czy nadal jesteś w ruchu, szukasz swojego kąta?

- Nie mam jeszcze swojego miejsca. W sumie mi to odpowiada, choć w chwilach zmęczenia czuję, że chciałabym wiedzieć, że moja szczoteczka do zębów ma swoje miejsce. Ale nie jestem jeszcze gotowa na posiadane własnego kąta. Teraz znów zacznę dużo jeździć i to jest super. Tylko ta tęsknota za ludźmi... Nie znoszę rozstań. Potrzebuję chwilę na przejście z jednego świata w drugi. Zawsze jest ten moment przejścia - wsiadam do pociągu albo samochodu i muszę się zmagać z emocjami. A potem nagle wchodzę w ten mój świat, włączam muzykę i zaczynam się skupiać na tym, co mam do zrobienia. Potem wracam, żeby za chwilę znów skoczyć na tę dużą falę. I tak w kółko. Again. Ale ja to lubię. Lubię ten moment, w którym jestem. Mimo że jest taki nieco rozedrgany, ale wiem, że on też przybierze swoją formę i będzie bardziej na wodzach . Nie mogę się już doczekać koncertów, niech to się wreszcie zacznie!

Katarzyna Stankiewicz. Wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, aranżerka, wydawca. Zadebiutowała w telewizyjnym programie "Szansa na sukces". Była wokalistką zespołu Varius Manx. Potem rozpoczęła karierę solową - nagrała płyty "Kasia Stankiewicz", "Extrapop", "Mimikra". Teraz premierę ma jej kolejny krążek "Lucy and the Loop". To zarazem projekt, w który włączyli się artyści pochodzący z przeróżnych stron świata. W jego skład, oprócz nowego albumu Stankiewicz, wchodzą między innymi: wystawy rzeźb, obrazów i fotografii.

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Współautorka książki "Warszawa. W poszukiwaniu centrum". Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program "KULTURA DO KWADRATU" na antenie Polsat News 2. Projektuje i szyje biżuterię pod marką SANKA. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.