Czerwcowy wieczór. Siedzimy przy ognisku. Na jego działce we wsi Krzewent, położonej nad kujawskim jeziorem. Słychać głośne rechotanie żab. Wokół ogromne lasy rozciągające się między Włocławkiem a Gostyninem. - Cały jestem ulepiony z tej równiny - mówi Jan Nowicki.
Pije piwo i podjada kaszankę. Jest ubrany w czarny dres z trzema białymi lampasami. Na głowie ma kapelusz. Kujawy to miejsce, gdzie spędził dzieciństwo, skąd się wyrwał za młodu i dokąd wrócił. W 2000 r. wybudował tutaj dom. Posadził drzewa. Na bramie napisał: "SZU". Tutaj jest u siebie.
Panie Janie, czy warto wywoływać wilka z lasu?
- Warto. Aby go pogłaskać.
To co jest najważniejsze w życiu?
- Chwila. To kumkanie żab i rozpalone ognisko. Mogę wymienić szereg rzeczy najważniejszych w moim życiu dla mnie, ale jak tylko zacznę je wymieniać, wyjdzie pretensja. Życie to indywidualne myślenie i indywidualne bicia serca. Każdy musi zgryźć je na swój sposób. Wszystko, co podpowiadane z boku, nie ma sensu.
Ognisko i żaby wystarczą do szczęścia?
- Dobrze mieć kawałek dachu nad głową. Najlepiej własny dom. Ale nie po to, żeby posiadać, lecz po to, aby nie padało na łeb. Trzeba coś spłodzić. Mieć kogoś, kto pociągnie sztafetę życia. Obronić się przed tym, co wielu wpędza w obłęd: nadmierne gromadzenie. Wszyscy mamy o połowę za dużo. Posiadamy przedmioty, a one posiadają nas.
Czy miejsce urodzenia jest ważne?
- Istnieją dwa punkty na mapie życia: punkt urodzenia i punkt śmierci. To są dwa najistotniejsze miejsca. W pierwszym znajduje się twoja kolebka, a w drugim trumna. Nad wszystkimi innymi miejscami można zawiesić kolorową tęczę. Buenos Aires, Kraków, Budapeszt, Kielce. Pięknie. Lecz kto żyje tylko w tej tęczy, jeszcze siebie nie odnalazł. Warto zrozumieć, że wszystko to są tylko przygody lepsze lub gorsze.
Pan urodził się kilka kilometrów stąd.
- Urodziłem się w Kowalu. W miasteczku z jednym rynkiem, gdzie urodził się również nasz król Kazimierz Wielki. A może wcale nie. To nie jest najważniejsze. Kocham ten kawałek ziemi. Spójrz na mnie: zmieniłem się z chłopca w starca. Jestem ciągle człowiekiem. Zrozumiałem, że cały jestem ulepiony z tej równiny. Jestem człowiekiem równin. Równinę kujawską mam w sobie. Nie równowagę - właśnie równinę.
Powrót do korzeni to dobra decyzja?
- Wczoraj w nocy widziałem na pobliskim polu pszenicy niezwykłą mgłę. Gęsta jak mleko unosiła się nisko nad ziemią. Świecił księżyc - był niemal w pełni. Blask księżyca odbijał się w jasnej mgle. Wyglądał jak anioł. Wiem, że wracając na Kujawy, podjąłem dobrą decyzję. Kilka lat temu napisałem hymn Kowala. Mieszkańcy śpiewają go z powagą. Trzymają ręce na sercu.
Proszę zanucić chociaż fragment.
- Kowal najmilszy - nasz ogród zielony / Dom rodzinny kryty strzechą białych chmur / Kowal kolebką królewskiej korony / Która kruche drewno przemieniła w mur.
Za tym płotem jest jezioro Krzewent?
- Tak. Jest w zasięgu mojej ręki. Jezioro Krzewent to jest dla mnie talerz zupy, jak zalewajka, pomidorowa, niedzielny rosół. Z tym jeziorem jestem na ty. Rozumiem je. Nawet jeżeli utonę w tym jeziorze, to będzie bardzo na miejscu. Jezioro Krzewent znam z czasów dzieciństwa. Pamiętam, że wtedy - dla nas, dzieci - to jezioro wydawało się groźne. O wiele bardziej sielskie było Jezioro Lubiechowskie, obok, tam chodziliśmy się kąpać i opalać na plaży.
Następne za jeziorem Krzewent jest jezioro Goreń, mniej dzikie, wygląda jak duży zaskroniec. Później są Skrzynki, tam na jeziorze pobudowano molo. Na deptaku można zjeść zapiekankę i wypić piwo, wypożyczyć rower wodny, a nawet spotkać Katarzynę Dowbor, które pojawiała się tutaj kiedyś ze znajomymi. Jezioro Skrzyneckie zawsze było zatłoczone, gwarne i komercyjne. Nie lubiłem go. Wolę jeziora maleńkie.
Nie wolałby pan żyć nad morzem?
- Morze w pogodny dzień, gdy na niebie nie ma chmur, świeci słoneczko, a fale są niewielkie, przypomina mi twarz debila. Patrzenie w puste i szerokie morze nie ma najmniejszego sensu. Prawdopodobnie jeśli wypłynie się dalej, fala zakołysze statkiem, natura pokaże swój pazur, morze staje się interesujące. Ale ja boję się wypływać daleko. Wielkie morza to już nie jest domowa zupa z garnka. To jakieś krewetki, wina, szampany. Ja jestem kameralny gość. Wolę kujawskie jeziora.
A może góry - tajemnicze i wzniosłe?
- Góry są monumentalne. Z górami mam ten problem, co z filharmonią. Raz, jak poszedłem do filharmonii w Krakowie i usłyszałem Pendereckiego: wstrząsnęło mną. Bałem się, że zatracę własną osobowość w tym wzniosłym pięknie. Byłem zafascynowany, ale również wykończony silnymi przeżyciami estetycznymi. Gdybym wybrał się jeszcze raz w Alpy, byłoby jak podczas słuchania koncertu w filharmonii. Zachwyciłbym się. Ale nie mam siły na tak monumentalne przeżycia. Moje nogi - nie za długie przecież - są stworzone do gór niskich.
Pamiętam, jak byłem w Tatrach pierwszy raz. W trampkach. Mieszkałem w hotelu Giewont. Wyszedłem z pokoju do recepcji. Spytałem grzecznie: gdzie tutaj są góry? Recepcjonistka była zaskoczona tym naiwnym pytaniem. Góry były wszędzie, jak okiem sięgnąć. Ruszyłem przed siebie. Szedłem przez szlak: czarny, czerwony, niebieski, mijałem oznaczenia, których nie rozumiałem. Na koniec wszedłem w śnieg i ledwo uszedłem z życiem. Kujawskie jeziora i równiny zostały stworzone na rozmiar mojego serca.
Co takiego niezwykłego jest w równinach?
- Równiny Kujaw spełniają wymagania człowieka takiego jak ja, w miarę wrażliwego i prawdziwie starego. Wystarczy, że wyjdę na łąkę i spojrzę przed siebie. Równina kończy się widnokręgiem, miejscem, gdzie niebo styka się z ziemią. Dzieciom i ludziom starym wydaje się, że tam, za widnokręgiem, zaczyna się coś nowego. A przecież chyba nic tam nie ma. Dalej ciągnie się bezkresna równina. Widnokręgi są tutaj wszechobecne.
Akcja pana najnowszej książki - "Białe walce" - również rozgrywa się w równinnym krajobrazie.
- Toczy się główne w kujawskim Ciechocinku. Bohaterowie przyjeżdżają do uzdrowiska. Koniec jest taki, że porażeni urokiem równiny kujawskiej nie wracają do domu, tylko idą gdzieś w okolicę wsi Raciążek. Tych dwadzieścia rozdziałów napisałem, aby powiedzieć, że wszystko jest nadzieją. Głoszę zmysłową przyjemność i piekielną frajdę życia. "Białe walce" to opowieść o tym, że zawsze można rozpocząć nowe życie, nawet jeżeli ma się świadomość, że to życie potrwa tylko chwilę.
Jeden z rozdziałów otwiera zdjęcie cmentarza na tle tężni.
- Mam dobre skojarzenia z cmentarzem. Najbardziej lubiłem w dzieciństwie cmentarz, gdzie leżał mój ojciec Antoni. Był duży, piękny, tajemniczy. Wchodziłem na okoliczne drzewa. Wydawało mi się, że na kwitnących kasztanach poeci piszą wiersze. Teraz na tym cmentarzu leży moja matka, mój ojczym, moje rodzeństwo. I ja chcę tam zasnąć W okolicy Kowala są jeszcze dwa inne cmentarze. Kiedy przejdzie się mostek, po prawej stronie jest oczyszczalnia ścieków. Nad nią szumi kępa krzaków. To miejsce było dawnym cmentarzem żydowskim. Ale dla nas - młodych chłopaków z Kowala - miało inny charakter. Po raz pierwszy dotykaliśmy tam dziewcząt. To było nasze miejsce miłości. Do kochania nadawało się wspaniale: rosły sasanki i pachniało fiołkami. Doświadczenie grozy przeżywaliśmy na cmentarzu niemieckim, tym na wylocie drogi na Warszawę.
Czy "Białe walce" to dla pana opowieść o przemijaniu?
- Kiedy patrzę w ognisko, lub na taflę jeziora, myślę o upływającym czasie. Czas to wyjątkowo nieuchwytny ptak. Trwanie czasu stanowi jedną z największych zagadek. Najkrócej czas trwa wtedy, gdy człowiek jest szczęśliwy. Wówczas umyka nieznośnie. Pamiętam, jak szybko mijały mi dni, gdy grałem ulubione role w Teatrze Starym w Krakowie Bo tak naprawdę nie role, tylko drzewa mają czas.
Kiedy czas najbardziej się dłuży?
- Może podczas spływu kajakowego? Na spływie wstajesz o 5 rano, otwierasz konserwę, składasz rzeczy, płyniesz, mija kilka godzin, dużo już się wydarzyło, patrzysz na zegarek: jest dopiero 11 rano. Przed tobą cały dzień. Południe, popołudnie, wieczór, noc. Na spływie kajakowym wydaje się, że czasu jest bardzo wiele, czasem za dużo. Karol Wojtyła wiedział, co robi, pływając na kajakach.
A może "Białe walce" to książka o starości?
- Według moich przemyśleń, nie ma czegoś takiego jak wiek. Nie dlatego, że chcę się pocieszyć, że sam jestem stary. Nie Istnieje korowód szczęścia i nieszczęścia, starości i młodości, życia i śmierci. Los obywa się z nami bez względu na wiek. Nigdy nie wiadomo, komu przydarzy się śmierć ze starości, a kogo weźmie już za młodu. Dzisiaj 50-latek mówi mi, że jest młodziutki.
Czy to źle być wiecznie młodym?
- Ludzie doczepili się do tej młodości jak rzep psiego ogona. Mężczyźni zostają wiecznymi chłopcami. Nie potrafią się zestarzeć. Nie mówię, że to źle. To jeden z wariantów przeżywania życia. Ale nie można twierdzić, że to jedyny wariant. Nie ma obowiązku bycia młodym. Starość zbliża człowieka do końca. Koniec to może być wspaniały początek. Koniec to coś fantastycznego.
Nie rozumiem.
- Kiedyś zrozumiesz.
Przywołam pewien obraz z życia dawnych Kujaw. Starcy, którzy hodowali tutaj gołębie, obserwowali te ptaki szybujące na niebie. Ale nie robili tego, zadzierając głowę do góry. Nie wpatrywali się w niebo, nadwyrężając kark. Pomysłowi starcy wlewali wodę do wielkiej bali. Na tafli wody odbijało się niebo i fruwające gołębie. Hodowcy kurzyli tanie papierosy i patrzyli w tę wodę, jak w telewizor. Pomysłowe! Fantastyczne! To widziałem tylko na Kujawach. Ta balia z wodą to właśnie są Kujawy - moje równiny.
Lubi pan swój wiejski dom?
- Lubię. Ten dom dużo wniósł do mojego życia. Ale przede wszystkim: to ja dużo wniosłem do tego domu. Na pewno on zawdzięcza więcej mi niż ja jemu. Kiedy go wybudowałem, a było to już prawie 15 lat temu, dostałem w prezencie konia. Najpierw trzymałem go kilka kilometrów stąd. Później wybudowałem stajnie. Powstał pomysł na zbudowanie kominka - ale co ja jestem, jakiś Anglik? Następny pomysł: garaż. Ale po co mi garaż? Postawiłem pomost na jeziorze. I tę wieżę. To już tylko dla zabawy. Jak byłem mały, marzyłem, żeby mieć domek na drzewie albo mieszkać w wieży.
Sąsiedzi zaakceptowali pana obecność we wsi?
- Od początku chciałem związać się z tym ludźmi. Dbałem o to, aby nie mieli poczucia, że przyjeżdża jakiś wał z miasta, stawia dom i się rządzi. Ludzie z miasta zawsze są ważniejsi i głośniejsi. Pierwsza moja myśl była pokorna: dom to miejsce, na które trzeba sobie zasłużyć. Wybudowałem boisko do plażowej siatkówki, gdzie wszystkie okoliczne dzieci mogą wejść. Jeśli tylko zapytają. Ale prawda jest taka, że nikt nie pyta. Nikt nie przychodzi. Tutejsi ludzie są delikatni i nieśmiali. Zaakceptowali fakt, że mieszka tutaj znany aktor.
Nie czuje się pan samotny na tym odludziu?
- Dużo czasu spędzam z miejscowym Grzesiem. To od niego kupiłem tę działkę. Mój dom jest na jedynej górce, która istnieje nad jeziorem Krzewent. W tym miejscu stał dworek myśliwski. Górka nadawała się, żeby coś tu postawić. Grześ pracuje teraz u mnie jako gospodarz. Pijemy piwo. Rozmawiamy o życiu. Nasze rozmowy często przybierają formę rozsądnego milczenia. Lubimy sobie z Grzesiem pomilczeć na różne tematy. Nad głowami śpiewają ptaki. Szumi tatarak. Szczeka pies wyciągnięty ze schroniska.
I nie tęskni pan do przyjaciół z Krakowa czy Warszawy?
- Na początku marzyłem, że we wsi Krzewent powstanie 8-10 posiadłości podobnych do mojej. Dzięki temu to miejsce mogłoby tylko zyskać. Otwarto by sklepy. Może jakąś smażalnię ryb. Okoliczni mieszkańcy mieliby pracę. Ja osobiście miałbym więcej znajomych i przyjaciół wokół. Odwiedzał mnie na Krzewencie pan Kuba Wojewódzki. Był zachwycony. Z butelką wina w ręku, stał na pomoście i snuł plany o przeprowadzce z Warszawy. Podobnie jak Andrzej Mleczko (ten z marzeń). Był też chłopiec Moniki O. - Tomek.
Nie widać, żeby zamieszkali nad jeziorem Krzewent.
- Dla Kuby kupiłem nawet ziemię po drugiej stronie jeziora. Ale on się uparł, że ziemi musi być więcej. Właściciel działki obok nie chciał za żadne skarby sprzedać ojcowizny. Rozmyślił się. Wszystkim innym chętnym również zabrakło cierpliwości. Trudno. Lepiej, żeby nie kupowali tutaj ziemi, jeśli nie chcą jej używać. Nienawidzę tych, którzy kupują ziemię tylko jako lokatę kapitału. To jest wyjątkowa swołocz.
Pan chyba bardzo kocha przyrodę?
- Powszechnie mówi się, że trzeba chronić przyrodę. Zgadzam się. Ale dochodzę również do wniosku, że trzeba bronić się przed przyrodą. Przyroda jest agresywna. Drzewa, które tutaj nasadziłem, w pewnym momencie chciały zjeść mój dom. Musiałem wziąć toporek i kilka z nich wyrąbać. Z przyrodą trzeba podjąć walkę. Tutaj na Kujawach, a co dopiero w dorzeczu Amazonki! Kiedyś przyjechała jakaś paniusia z powiatu i bardzo mnie zrugała, że wycinam drzewa, krzewy i chwasty. Nie dała sobie wytłumaczyć, że przyroda jest niebezpieczna.
Życie na wsi daje poczucie swobody?
- Fajne jest na wsi to, że można się odlać w krzaki albo gdzieś pod drzewem. To jest dla mnie wolność. Jestem człowiekiem, który stara się żyć bez prądu. Nie przeglądam internetu. Nie wysyłam SMS-ów. W tej wsi ludzie długo nie chcieli mieć asfaltu. Bali się, że będą jeździć samochody i motory - kury im zabijać, hałasować, smrodzić. To było urocze. Marzy mi się wieś tylko z polnymi drogami. Staram się mieć teraz jak najmniej kontaktów z żywym światem. Chyba, że ktoś umrze. Wtedy wsiadam w samochód i jadę na pogrzeb.
Bywanie na pogrzebach nie jest udręką?
- Kiedyś wracaliśmy z wiejskiego pogrzebu w paradnym korowodzie. Tłum szedł powoli asfaltową drogą. Grzało słońce. Upał. Za nami jechały samochody. Kierowcy i pasażerowie byli wściekli, że blokujemy ruch drogowy. Jechali najprawdopodobniej na wakacje nad morze. Z jakiegoś powodu bardzo im się spieszyło. Zaczęli trąbić w klaksony. W końcu jeden z kierowców, być może z Warszawy - ponieważ tam żyją najbardziej niecierpliwi ludzie - wyskoczył z auta i ryknął na nas wszystkich: - Co wy tak wolno idziecie? Wtedy burmistrz miasteczka odpowiedział mu spokojnie: - Proszę pana, my tutaj żyjemy, a pan tylko tędy przejeżdża.
Jan Nowicki. Aktor, który mówi o sobie "były aktor". Zagrał w ponad 240 filmach. Przez ponad 30 lat jego teatralną kolebką był Stary Teatr w Krakowie. Wcielał się m.in. w rolę Stawrogina w "Biesach" i Konstantego w "Nocy Listopadowej". Jest autorem kilku książek, wielu wierszy, tekstów piosenek i kolęd. W swojej rodzinnej miejscowości na Kujawach w grudniu zamienia się w św. Mikołaja i rozdaje prezenty dzieciom oraz seniorom.
Jerzy Ziemacki. Autor "Wysokich Obcasów" i "National Geographic Traveler". Z wykształcenia filozof po Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje się metafizyką. Lubi spędzać lato w domku nad jeziorem Goreń. Jest tam sąsiadem Jana Nowickiego.