Jesteś z pokolenia, które powoli odchodzi. Wydajesz teraz płytę, bo chcesz podsumować 50 lat śpiewania?
Tak, ale to też próba spojrzenia na siebie z dystansem, że sam już nie wiem czy "para na statku", czy "statek na parę", że "o co w tych utworach chodziło?". Śpiewam też "Nie spieszcie się chłopcy do nieba". Jak sobie człowiek pomyśli o sobie, jako 67-latku...
Krótko mówiąc, czy zacząłeś się bać?
Nie. Bo spodziewam się, jak Pan Bóg mi pozwoli i dobrzy ludzie też, przeżyć, prześpiewać jeszcze parę lat. Będę też do tego zmuszony zwykłą ekonomią. Poza zespołem mam na utrzymaniu około 20. rodzin, więc jestem lokomotywą, która nie może się zatrzymać. A ludzie przychodzą na koncerty, choćby z ciekawości, czy jeszcze się ruszam, czy jestem gruby, czy schudłem. Mnie wystarczy jak zagram dwa, trzy koncerty na miesiąc. Niedawno ze swoich ośmiu garniturów wydałem kolegom chyba z sześć, bo ja ich nigdy nie włożę. To samo mam z jedzeniem, ograniczyłem. Przestałem być "spaślak", jak to ładnie jeden z dziennikarzy napisał i przestałem też być "ryczący".
Więc nie jesteś już ryczącym spaślakiem, jak cię kiedyś nazwałem?
Nie. Ale jest w tym moim wieku coś smutnego...
Co?
Że nie mogę zobaczyć matki, ojca, a kochałem tych ludzi nad życie. I inni, bliscy mi ludzie, umierają i się już z nimi nie zobaczę...
Śmierć zaczyna ci towarzyszyć?
Tak. Ale ja się uczepiłem jak tonący brzytwy tego, że istnieje inny wymiar, że dusza jest w jakiś sposób nieśmiertelna. Jesteśmy twórcami i nie wierzę, żeby z nas mogła zostać tylko jakaś padlina.
Ile miałeś lat na pogrzebie ojca?
Szesnaście.
Bo to na pogrzebie ojca powiedziałeś głośno, że "Boga nie ma".
Powiedziałem, że "skoro Pan Bóg jest miłością, to jak mógł mi zabrać w tym wieku, kiedy był najbardziej potrzebny, ojca?! Więc go nie ma".
Ojciec był ważny dla ciebie?
Bardzo ważny! To był człowiek wielkiego serca i cudowny ojciec, a przede wszystkim nigdy nas nie traktował pasem. On z nami rozmawiał. Nie było wtedy telewizyjnych dobranocek i ojciec nam czytał. Zaczął od lekkiej lektury "W pustyni i w puszczy" Sienkiewicza, a potem "Trylogię". Był aktorem, więc zmieniał głos, mówił "Zagłobą", potem "Wołodyjowskim". To była najcudowniejsza dobranocka.
Nie miałeś mu wtedy za złe, że przez niego tułacie się po całej Polsce?
To nie była jego wina. Co rok, czasem co dwa lata większość aktorów szukała pracy, w kolejnym teatrze, mieście. Ojcu i tak się udało, bo to były tylko Katowice, Białystok, Poznań, Łódź, w tej ostatniej zmarł.
Ojciec chciał, żebyś kim został?
Kupił pianino, chciał żebym był pianistą. "Malował" mi takie "obrazy", że "wyobraź sobie, będziesz w pięknym fraku, będziesz wirtuozem fortepianu, mamusia na pewno na twoim koncercie będzie wzruszona i ja też, ty będziesz się kłaniał, bisował...". Tylko w szkole muzycznej, żeby przetrwać, trzeba było ćwiczyć przynajmniej godzinę, dwie dziennie, a tam moi koledzy rżną w piłę! Zniszczyłem te "obrazy" swoją niefrasobliwością.
I Trubadurami. Ile miałeś lat, kiedy powstali?
Szesnaście.
Ojciec usłyszał jeszcze Trubadurów?
Nie dożył koncertów, ale... Dmuchał nam w skrzydła na początku. Pamiętam jak usłyszał nas przy fortepianie, ćwiczyliśmy i powiedział "poczekajcie chwilę...". Zadzwonił do dyrektora Estrady i mówi: słuchaj Tadziu, mam tutaj kurę, która ci będzie znosić złote jaja kiedyś, oni tak brzmią!". A dyrektor na to: fantastycznie, a czy mają matury? "Mają robić w tym roku". "To jak zrobią matury, niech się do mnie zgłoszą". I tak się stało.
A ojciec się nie obraził na ciebie, że wirtuozem we fraku nie będziesz?
Rozumiał moje różne skoki, odskoki. Mało tego, jeszcze odbiło mi, jak wielu kolegom z mojej dzielnicy - bo jeden z nas poszedł do szkoły podoficerskiej do Elbląga i miał taki elegancki mundur podoficera Wojska Ludowego, a panny rzeczywiście "za nim sznurem" - że wszyscy pojechaliśmy jak idioci na egzamin do Elbląga. I z tego całego towarzystwa tylko ja zdałem egzamin. Rok szkolny zaczynał się tam w październiku. Ojciec był na mnie trochę wściekły i mówi do matki: niech on tam idzie, niech się przekona, jak tam jest.. A mama w rozpaczy.
Czemu?
Bo ja chodziłem po domu i cały czas salutowałem przed lustrem. A mama wojsku i systemowi po prostu nie ufała. U nas w domu ojciec słuchał Wolnej Europy przykryty ręcznikiem, żeby sąsiedzi nie słyszeli.
Mówisz, że zdawałeś do szkoły wojskowej, bo mundur, bo dziewczyny. Muzyka i Trubadurzy to też dziewczyny?
Też. Bo, oczywiście szybko się zorientowaliśmy, że "chłopak z gitarą byłby dla mnie parą", tak samo jak "za mundurem panny sznurem". Ale z mundurem stało się inaczej. Ojciec powiedział "nie będziesz zbijał bąków i czekał, aż się tam zacznie rok szkolny, maszeruj we wrześniu do szkoły wieczorowej, na miesiąc". Poszedłem. W mojej klasie ciągle czytali nazwisko dziewczyny, której nigdy nie było. Aż wreszcie przyszła... I zacząłem pisać wiersze...
Grafomania miłosna?
Miłosna, młodzieżowa grafomania. Ale dzięki temu później zacząłem pisać teksty piosenek i jakoś mi zostało to pisanie. Choć nie byłem nim specjalnie zachwycony. I wtedy powiedziałem ojcu o tym zakochaniu, bo ojcu mówiłem wszystko. Powiedziałem, że nie jadę do Elbląga, że zostaję w tej szkole dla niej. Zrozumiał. Zresztą pierwszy raz mu powiedziałem, że jestem zakochany, jak miałem sześć lat. W przedszkolu miałem koleżankę z długimi warkoczami, w której zakochałem się autentycznie i zacząłem w domu z tego powodu popłakiwać. Ojciec pyta, o co ci chodzi. Mówię, że jestem zakochany i nie wiem, co mam zrobić, bo ona w ogóle na mnie nie zwraca uwagi. Tylko na takiego blondyna, za którego zresztą wyszła potem za mąż. Tatuś nie wiedział, co powiedzieć... W końcu poradził mi: "Wiesz co, ty się módl za nią, a wszystko będzie dobrze". Zacząłem się za nią modlić, ale widocznie te ludzkie przywary wzięły górę, bo któregoś dnia w przedszkolu, ten koleś blondyn, strasznie ją zainteresował! Więc wziąłem największy klocek i walnąłem go z tyłu w głowę. Wywalili mnie z przedszkola, co się wtedy w ogóle nie zdarzało. Później mnie z powrotem przyjęli, bo ojciec był osobą znaną w Łodzi, śpiewał w operetce.
Lubiłeś się bić?
Biłem się tylko z konieczności. Jak poznałem Mariana Lichtmana i resztę Trubadurów, to na Piotrkowskiej było parę starć, bo wyzywali Mariana: "Ślemek, ty Żydzie!". Ale on miał taki twardy łeb, że jak największy łobuz podszedł, to on go "bum!" głową i nie było człowieka. I on mnie uczył, że zawsze musimy stanąć tak, żeby mieć za plecami ścianę, albo samych siebie. Tak się tłukliśmy. Ale któregoś dnia mnie wkurzył, bo powiedział, że Polacy to antysemici, że to wysysają z mlekiem matki. Ja mu na to "gówno, a nie antysemici, robimy braterstwo krwi, na złość całemu światu!". Wypiliśmy sobie po pół wina "patykiem pisanego" w bramie i żyletką po rękach trach, trach... On tak delikatnie, po żydowsku zrobił ten krzyżyk, a ja głęboko. Przycisnęliśmy rany do siebie i zostaliśmy braćmi krwi.
A ile mieliście lat?
Osiemnaście.
Nigdy nie żałowałeś, że jesteś muzykiem pop, a nie jakiegoś bardziej ambitnego nurtu?
Dziewictwo artystyczne zabrał nam Rysiek Poznakowski, a on był pop. Zresztą wtedy nie było się na kim wzorować. Jedynym zespołem odskakującym w bardziej ambitne teksty i muzykę, byli Skaldowie, których jestem wielkim fanem do dzisiaj. Ku naszej zazdrości zdobywali wszystkie nagrody w Opolu. A my nic. Raz się nam udało i płakaliśmy wszyscy, wstydząc się tych łez bardzo. Płakaliśmy w toalecie, gdzie ćwiczyliśmy, bo tam był ładny pogłos. Ja zainicjowałem, mówiąc: "Na pewno ojciec widzi nasze sukcesy, wiecie jak on się cieszy?!". Marian zaczął pierwszy chlipać, później wszyscy pochlipaliśmy.
Potem, już sam, popłynąłeś w jeszcze płytszy pop, "Parostatkiem w piękny rejs" to już jest...
Tak, rejs. Dawali mi repertuar, a ja próbowałem z tego coś zrobić. Bo to nie było tak, że ja byłem taki wszystko wiedzący! Próbowaliśmy odskoczyć, nagrywaliśmy np. jakiś teatr "Jawy i snu" czy "Psalmy króla Dawida", z oryginalnym tekstem, z trzema Żydówkami, które wynalazłem z podziemi i jakimś Cyganem grającym na gitarze. Czyli psalmy dziękczynne z historii Batszeby. To miało bardziej ambitny charakter, ale nie "przebijało" się. Czuliśmy, że musimy wybrać: albo "ludożerka", albo ambitnie, więc nie masowo. Wygrała "ludożerka".
Nadszedł '68 rok. Mieliście w zespole Lichtmana, rozmawialiście o polityce?
Nam groziło, że on wyjedzie. Bo to przecież była czystka etniczna... Moje dwie koleżanki z klasy wyjechały, z ojcem znakomitym dziennikarzem. Wyjeżdżały z płaczem, że muszą. Rodzice Lichtmana wyjechali do Danii, zabrali jego brata i siostry. Mariana trzymał w Polsce tylko zespół. Został. Ale jak zaczęły się kłótnie i rozkład zespołu, to miał już tego dość i też wyemigrował. Bardzo to przeżywałem, mieszkaliśmy zawsze w jednym pokoju, byliśmy przyjaciółmi. Napisałem dla niego piosenkę do wiersza Jesienina "Daswidania, drug mój, daswidania". Dam przykład, lekko śmiesznawy, naszej przyjaźni. W Doniecku ostro popiliśmy, coś nam odbiło i zaczęliśmy się mocno kłócić. Jestem cholerykiem, więc w gniewie rąbnąłem drzwiami i wyszedłem z hotelu. Wprost do parku. Słońce zachodzi, jedni grają sobie w szachy, inni śpią, więc ja już alkoholem zmęczony mówię do siebie "nie wracam do niego, tu się położę". I położyłem się wśród tych leżących, siedzących i zasnąłem. Rano się budzę, ktoś obok mnie leży, sapie, oglądam się, patrzę, a tam Lichtman. Mówię mu: "Wystarczyłoby, że ja dałem plamę". A on mi na to, że musiał się tu położyć, żeby mi się nic nie stało.
Lata 70. to w twoim wydaniu trochę szaleństwo. Dwie żony, dużo koncertów...
Zakręciło mną. Zbierałem tłumy, osiemnaście razy zapełniłem Salę Kongresową! Tylko Mazowsze więcej razy przede mną tak zagrało i Perfect później.
Więc odbiło ci. I?
To powodzenie tak mną zakręciło, że zacząłem się czuć trochę wyżej niż inni. Ja tu śpiewam, szał, wszyscy śpiewają, klaszczą! Ale szybko na ziemię zszedłem, bo się zaczęły problemy, zespół się rozpadł i musiałem pracować sam. Spadłem z wysoka dość nisko. Z jednym z konferansjerów, dobrym mimem i organizatorem, graliśmy nawet w szkolnych salach, zarabialiśmy po sześćset złotych na pół. Grałem różne piosenki łącznie z "Ukochanym krajem", tylko przy gitarze. Było ciężko, bo jeszcze lekcje pokory odebrałem w Kongresowej, w knajpie na dole, gdzie nie było garderoby i przebierałem się wśród obieranych ziemniaków, gonili mnie jak psa we wszystkie prawie dni tygodnia, szczególnie w weekendy. Prowadziłem kiepskie życie, przez co bardzo porządną dziewczynę zostawiłem, moją pierwszą żonę Grażynę, moją uczniowską, gówniarską miłość.
Puszczałeś się wtedy?
Jak wszyscy wkoło. Przez co nie czułem, że to jest niedobre. Ukrywaliśmy to oczywiście... Myśmy to trochę traktowali jako dodatek do sławy, sposób na dowartościowanie, taki miód, nic poważnego...
Wyrywałeś "na Krawczyka"?
Miałem w sobie coś nieśmiałego, nie lubiłem takiego męskiego nachalstwa, ale muszę powiedzieć, że kobiety też mają myśliwską żyłkę w sobie, więc nie musiałem dużo mówić. Później się troszeczkę bardziej rozbisurmaniłem, za czasów już mojej drugiej śp. żony, wspaniałej piosenkarki, Żytkowiak Haliny, o której wszyscy mówili, że jest białą dziewczyną, która śpiewa jak czarna.
I czemu taką kobietę zdradzałeś?
To było absolutnie niedopuszczalne, głupie i bardzo nie fair. Wiesz, kiedy doszedłem do tego wniosku, że takie to jest? Kiedy miałem dowody na to, że sam jestem zdradzany. I do tego stopnia mną to trzasnęło, że wpadłem w depresję. Byliśmy wtedy w USA. Menadżer wynajął mi mieszkanie z jakimiś hipisami, którzy bez przerwy coś brali i mnie częstowali. A ja słuchałem tylko Beethovena, jakieś tragiczne utwory, które mnie wpędzały jeszcze bardziej w depresję.
Rozpacz rogacza.
Dokładnie. Menadżer chciał, żeby oni mnie trochę rozruszali. Tak mnie kiedyś rozruszali, że dali mi środek do rozśmieszania dzikich zwierząt, PCP to się nazywa, raz w życiu to wziąłem. Jechałem samochodem i widziałem pod nogami baseniki amerykańskie wielkości pudełka zapałek. Poza heroiną, delikatnie spróbowałem większość rzeczy, łącznie z grzybkami halucynogennymi i najbardziej mi trafiła do przekonania marihuana. Od razu mnie uspakajała. Potem się dowiedziałem, że w więzieniach amerykańskich po cichu dają marihuanę wszystkim z długoletnimi wyrokami, żeby byli spokojni, żeby się nie pozabijali.
Właściwie dlaczego się nie stoczyłeś kompletnie, w alkoholizm, w narkomanię?
Sam sobie to pytanie zadaję.
Cud?
To jest trochę cud, dlatego że miałem do tego wszystkiego dostęp, miałem dwa amerykańskie zespoły, w których wszyscy coś brali. Eksperymentowaliśmy. Na próbie jeden utwór przygotowaliśmy na trzeźwo. I mówimy tak: "Tego dnia sobie haszu zapalimy i go zagramy, tego dnia sobie tam koks weźmiemy i zagramy, kokainę itd...".
Prawie jak Witkacy eksperymentowałeś.
Prawie. I która wersja była najlepsza? Na trzeźwo. Dla mnie jednak największym niebezpieczeństwem była lekomania. Miałem przyjaciela, który dawał mi leki na wszystkie moje stany, fizyczne i psychiczne. Jak były w nocy koncerty, to mi dawał zastrzyk, nawet nie wiedziałem, co tam jest. I niezliczone tabletki. Sam był lekomanem, lekarzem polskiego pochodzenia. I jak Ewa, z którą jestem 27 lat lat, mnie spotkała, to miałem porządną torebkę tych różnych leków. Witaminy, pobudzacze, nasenne. Zresztą nie wyszedłem z tego, bo jak nie wezmę tabletki, to nie zasnę, szczególnie po koncercie. Człowiek jest wtedy rozedrgany, jedną nogą jeszcze na scenie. Więc Ewa generalnie poza witaminami wywaliła mi wszystko i powiedziała: "Ja teraz będę twoim lekarzem".
Nie buntowałeś się? Jako lekoman powinieneś się buntować, walczyć, krzyczeć, oszukiwać.
Wtedy jeszcze nie brałem zbyt często środków nasennych... Kiedy mi to wszystko wywaliła, to jakoś wtedy nie czułem potrzeby brania ich. Potem były problemy ze snem, więc wróciły nasenne. Ale już z tym to sobie nie poradzę, chociaż zmniejszyłem dawkę. A są ludzie, którzy potrafią wziąć cztery tabletki na noc, pięć. Dla mnie śpiewanie i muzyka jest terapią. Teraz w sobotę sześć tysięcy ludzi na koncercie, czułem się jakbym grał w filmie! I myślę sobie: Boże święty, to cudownie, tylko dziękować Bogu na kolanach! Mówię "Bogu", ale jestem ciągle, tak jak każdy z nas, niewierny Tomasz. Bo dlaczego ta tajemnicza siła zezwala na rzeź niewiniątek, która się na świecie odbywa od początku ludzkości?!
Po pogrzebie ojca odwróciłeś się od wiary, dopiero 20 lat temu dałeś się Ewie zaprowadzić do kościoła. Więc wróciłeś do Boga, ale się z nim boksujesz?
To nie jest boks... Raczej czekam na jakieś znaki, które czasami mam. Dowody, że modlitwa działa.
Jakie?
Na przykład z żoną ostro się pokłóciliśmy i wydawało się, że na koncert nie pojedziemy. Ja "bach!", za różaniec, dziesiątki nie skończyłem, a ona jest z powrotem, godzimy się. Miałem arytmię serca. Zaczyna się koncert, a serce wariuje. I wtedy pierwszy raz się modliłem do Jana Pawła II, w taki dziecinny sposób, bo powiedziałem: "Drogi Ojcze Święty, przecież śpiewam tam dwie piosenki tobie poświęcone...". Taki handel wymienny... Jednak człowiek jest niebywały, coś za coś. I czasami się łapię na tym, że to przecież nie jest automat telefoniczny, do którego się wrzuci pięć złotych i "Panie Boże załatw mi to i to".
Zdarzały ci się w życiu takie momenty, kiedy miałeś wrażenie, że dotykasz jakiejś metafizycznej tajemnicy, czegoś niewytłumaczalnego?
Tak. Nie miałem żadnych zwidów, objawień, ale miałem na przykład trudno wytłumaczalne odpowiedzi mojego organizmu, zupełnie nieskoordynowane, na istnienie demonów, zła. Powiedziałem sobie kiedyś w duchu: "Okropny jestem, Panie Boże, jestem po prostu niegodziwy, że nie potrafię cię pokochać tak jak powinienem". I tak na siebie narzekam, a tu jakiś wewnętrzny głos mi mówi: "Nie przesadzaj". Aż się przestraszyłem, czy nie jestem schizofrenikiem, bo zaczynam ze sobą gadać. Innym razem jedziemy z żoną po bardzo wysokim moście i się kłócimy na potęgę. I ja nagle otrzymuję taki "rozkaz": skręć mocno kierownicą. Robię to, żona łapie za kierownicę i w ostatniej chwili ją "odbija". I mówi do mnie: "Wyciągaj różaniec". A mi się twarz zmieniła, jak tylko ten różaniec zobaczyłem. Ktoś chciał mnie zabić, jakieś zło, przecież ja sam bym tego nie zrobił! I drugi, śmieszniejszy, przykład. Jedziemy samochodem i mija nas kabriolet z trzema wystrzałowymi dziewczynami, jedna nóżkę ma w górze, na lusterku. Wszystkie do mnie machają. Ja prowadzę, Ewa śpi. I zamiast się ucieszyć, odmachać im, podjeżdżam bliżej i myślę: "Jakbym miał jakąś ostrą siekierkę, to bym tak tą nóżkę trzasnął, że krew by tryskała wszędzie!". To nie ja byłem autorem tej myśli, nie jestem przecież krwawym idiotą!
Bałeś się?
Strasznie, bo wiedziałem, że to diabeł mnie za dupę złapał! Boję się, bo wierzę w duchy, w diabły, anioły, głównie Pana Boga, ojca wszechmocnego, wszechwiedzącego, a Matkę Bożą wzywam czasami na pomoc. Chrystus jest moim idolem, bo mi daje receptę na życie: to jest czarne, to jest białe. Nie mam innej filozofii. Nie jestem człowiekiem oczytanym w teologii, ale właściwie siedzę tylko w lekturze religijnej, która mi może tą wiarę jakoś podbudować, bo nie jestem z siebie zadowolony.
Występowałeś dla wielbiących cię tłumów. Miałeś takie momenty, kiedy czułeś, że ci ludzie przyszli tam dla ciebie i ty jesteś ich królem?
Boję się tak myśleć!
Czy czasem artysta nie powinien tak myśleć?
Nie, bo to jest niebezpieczne. Taka pycha kroczy przed upadkiem. I to by był dowód na to, że ja już zaufałem sobie za bardzo. A jest inaczej, dla mnie to za każdym razem zaskoczenie, że jest ich tylu. Mamy w zespole i świadka Jehowy, protestanta, ateistów, katolików, ale zawsze przed koncertem bierzemy się za ręce i modlimy. Znalazłem taki protestancki egzorcyzm: "Ojcze niebieski, przez syna twego, Jezusa Chrystusa, mocą Ducha Świętego ulecz nasze nieudolności i zmęczenie drogą, żebyśmy dali dobry koncert". I mam takie przekonanie, że Pan Bóg się wtedy uśmiecha dobrotliwie, kiwa głową, "dobra Krzychu, śpiewaj, ludzie się ucieszą".
Nie wygwizdali cię nigdy?
Nigdy.
A ty sam miałeś kiedyś poczucie koncertowej porażki?
Nie. Muzycznie mogę się za parę utworów nie tyle wstydzić, co powiedzieć "zupełnie niepotrzebny utwór", tylko to jest poczucie raczej złości niż porażki.
Chyba też jakimś cudem było twoje spotkanie z Bregoviciem? "Wskrzesiło" cię i przedłużyło życie.
Ależ naturalnie! Bo nagle BMG szuka, po Kayah, męskiego głosu. Najpierw poszli do Czesia Niemena, on podziękował i powiedział, że jego ta muza nie bardzo interesuje. No Bregovic pyta się: "Kto jeszcze?". Dają mu płyty, m.in. moją, na której jestem sfotografowany z żoną. On patrzy i pyta: "A co to za koleś, który się fotografuje na własną płytę z żoną?! Chcę jej posłuchać!". Uznał, że mam trochę bałkański głos, że można spróbować. Przyjechali na rozmowę, siedliśmy do stołu, chciałem go przyjąć serdecznie, więc wódeczka, wino, piwo, jedzonko. Zastanawiam się, jak mu delikatnie, aluzyjnie powiedzieć, żeby to nie była repertuarowo druga Kayah... Więc mówię, żeby ta nasza płyta to nie był taki "Rocky 2". Na początku nie zrozumiał, potem parsknął śmiechem. Jak go wcześniej częstowałem wódką to mówił: "Nie, ale ja nie piję, nie piję..."
Bregovic nie pije?!
Tutaj tak udawał! Po tym tekście mówi: "Proszę nalać!".
A co on ci dał, oprócz paru lat dobrego życia?
On był piła, on ze mnie wycisnął wszystkie soki, wycisnął to, czego ja nie mogłem przez całe życie wycisnąć! Na tej płycie najwyżej śpiewałem w swoim życiu i najniżej, nigdy tak nisko nie buczałem! Te utwory były wszystkie "wyciągnięte": na maksimum mojej skali, to jest harówa dla wokalisty. Kiedy nagrywaliśmy, stał nade mną jego macher od aranży, Ogi, dwumetrowy facet. Pokazywał mi wymownie, że "wyżej!, wyżej!" Chyba ze strachu przed nim tą górę wtedy zaśpiewałem.
Gdybyś takiego Gorana spotkał dwadzieścia lat wcześniej, byłoby inaczej?
Chyba tak, ale moim Goranem był Rysiek Poznakowski, później Wojtek Trzciński, Jarek Kukulski, a oni pisali pop.
I nie wyciskali z ciebie ostatnich potów.
Nie, oni chcieli - jako kompozytorzy - popularności, bo to automatycznie zwiększało ich wpływy z tantiem.
Rozważałeś, żeby rzucić to wszystko, przestać śpiewać?
Nigdy. Jestem od tego uzależniony. Sprawa jest też jasna z medycznego punktu widzenia. Dla chłopaka w moim wieku adrenalina, serotonina, wszystkie te enzymy, które dostaję od siebie w czasie koncertu są zbawienne. Czasami czuję się bardzo źle przed samym koncertem, po modlitwie jest troszkę lepiej, ale wychodzę na scenę, patrzę na te buzie i myślę: "Oni czegoś ode mnie chcą, oczekują jakiegoś przeżycia, oni chcą, żebym tam ryczał". I po kilku minutach wszystko mi przechodzi. A powinni mnie znosić z tej sceny, w moim wieku, bo koncert trwa półtorej godziny, a jak są biletowane imprezy, to godzinę i 45, 50 minut, bo dokładam piosenki.
Będziesz miał 80 lat i dalej będziesz dokładał?
Z dokładaniem będzie już ciężej.
Chciałbyś być na scenie do końca?
Nawet wolałbym umrzeć na tej scenie.
Przy jakiej piosence?
Wszystko jedno, byleby z ludźmi.
50 lat, a właściwie 51 śpiewasz. Czy przeżyłeś życie na poważnie, skoro tylko śpiewałeś?
Wiedziałem, że nic innego nie potrafię. I tylko raz czułem się lekko zagubiony, ośmieszony... Musiałem w USA zagrać koncert dla 5 osób. Wtedy myślałem: "Tylko dla 5 osób!?". A może powinienem pomyśleć: "Aż dla 5 osób!"?
Piotr Najsztub. Dziennikarz, publicysta. Prowadzi program "Prawda nas zaboli" w TOK FM. Współpracuje z tygodnikiem "Newsweek". Jest współwłaścicielem warszawskiej restauracji Przegryź. Robi świetne wywiady oraz rosół.