Ten artykuł jest częścią cykluZagrajmy w zielone
Tama we Włocławku (zdjęcie ilustracyjne) (Fot. Wojciech Kardas / Agencja Wyborcza.pl)
Tama we Włocławku (zdjęcie ilustracyjne) (Fot. Wojciech Kardas / Agencja Wyborcza.pl)

Wiatraki budowano tu jeszcze za Niemca.

– Bo wietrzność terenu jest znaczna – oświadcza Rafał Ryszczuk, burmistrz gminy Kisielice, nazywanej jedyną samowystarczalną energetycznie gminą w Polsce.

Dziś w gminie na skraju dawnych Prus Wschodnich wiatraków jest 66, z czego trzy stoją w gabinecie Ryszczuka, naprzeciwko jego biurka. Mają mniej więcej pół metra wysokości i czerwone paski na nieruchomych łopatach. Burmistrz spogląda na nie za każdym razem, gdy uniesie głowę znad biurka. Mówi, że wyrzeźbione przez lokalnego artystę, symbolizują kierunek, w jakim Kisielice podążają od przeszło dwóch dekad.

– Ekologia i jeszcze raz ekologia! – podkreśla i zaznacza, że taki kurs wyznaczył poprzednik, któremu po zaciętej walce Ryszczuk odebrał władzę po 27 latach rządzenia. Teraz kontynuuje dzieło politycznego przeciwnika. W końcu trzy miniaturowe wiatraki stanęły w jego gabinecie. 

Burmistrz Kisielic Rafał Ryszczuk (fot. Magda Roszkowska) , Widok na Kisielice (fot. Magda Roszkowska)

"Nic z tego nie mamy"

Pozostałe 63 turbiny wiatrowe sięgają nawet 180 m wysokości i – rozsiane po polach gminy – należą do pięciu podmiotów prywatnych. Aż 27 z nich to własność Polskiej Grupy Energetycznej (PGE), jednej z największych spółek Skarbu Państwa. Produkują około 80 gigawatogodzin (GWh), co pokrywa zapotrzebowanie blisko 26 tys. gospodarstw domowych. A w całej gminie mieszkańców jest około 6 tys.

Pierwsze turbiny stanęły tu już już w 2006 roku, osiem lat po tym, jak ówczesny burmistrz Tomasz Koprowiak zmienił plan zagospodarowania przestrzennego gminy, umożliwiając rolnikom dzierżawienie ziemi pod budowę farm wiatrowych. I na tym nie poprzestał. Miejscowy plan zagospodarowania przekształcał tak, by w 2014 roku w Kisielicach inwestor z Gdańska wybudował biogazownię zasilaną kiszonką kukurydzianą pozyskiwaną z 500 ha lokalnych upraw. Ta zaspokaja roczne zapotrzebowanie na prąd około 2,6 tys. gospodarstw domowych.

Barbarę Kwiatkowską, właścicielkę Taniego Ciuszka, od biogazowni dzieli kilkaset metrów, od najbliższego wiatraka – kilka kilometrów. Biznes prowadzi na parterze budynku od ponad dekady, a mieszka na piętrze. Całe życie przepracowała jako nauczycielka przedszkolna, ale z emerytury – niewiele ponad 2 tys. zł – nie jest w stanie opłacić rachunków i jedzenia. W maju nagle zmarł jej mąż. Pieniędzy zrobiło się mniej.

Dlatego Barbara, choć już emerytka, od rana czeka na klientów. Światła nie pali, mimo że dzień jest deszczowy i ponury. Mimo że wiatr dmie i uderza w łopaty wiatraków, a generator zamienia ich ruch w energię elektryczną, która trafia do sieci zaledwie kilka kilometrów od Taniego Ciuszka, Barbara siedzi w półmroku. Mimo że metan produkowany w komorze fermentacyjnej i przekształcany w prąd za pomocą agregatu płynie do sieci tuż pod jej nosem. Zielony, czysty i tani, mija Kisielice, mknąc do stacji transformatorowej, a potem kto wie gdzie. Nawet jeśli wraca do gniazdek Taniego Ciuszka, pieniędzy w portfelu Barbary ubywa jak wszędzie.

– Nic z tego nie mamy. Płacimy za prąd jak cała Polska – kwituje sprzedawca ze sklepu wielobranżowego z drugiego końca ulicy.

Biogazownia w Kisielicach (fot. Magda Roszkowska) , Sklep z odzieżą 'Tani ciuszek w Kisielicach' (fot. Magda Roszkowska)

– To nie jest do końca prawda – odpowiada burmistrz. – Każdego roku do budżetu gminy trafia ponad 3,5 mln zł z podatków pozyskiwanych od elektrowni wiatrowych i biogazowni. To aż 8 proc. całego budżetu! Tyle wynosi jedna trzecia wszystkich wydatków na oświatę. Tyle kosztuje remont zabytkowej szkoły albo położenie kilku kilometrów dobrych asfaltowych dróg, budowa wiejskich świetlic, nowe chodniki albo remont klubu seniora – wylicza burmistrz.

Poza tym zyski z produkcji zielonej energii czerpią też rolnicy udostępniający ziemię pod turbiny wiatrowe i ci uprawiający kukurydzę. Ryszczuk zaznacza też, że prąd w biogazowni jest wytwarzany w procesie kogeneracji, dzięki czemu jako produkt uboczny powstaje ciepło. – Kupujemy je dość tanio i ogrzewamy wodę miejską wiosną i latem – chwali się burmistrz.

Barbara dotyka grzejnika. Zimny. Dziś nie włącza, bo dzień ciepły. Pięć lat temu zepsuł się piec węglowy, który od kilkudziesięciu lat ogrzewał szeregowiec Barbary. Miasto akurat oferowało darmowe podłączenie do sieci ciepłowniczej. Postanowili z mężem zaryzykować.

– To była najlepsza decyzja – wspomina Barbara. Bo przy dzisiejszych cenach węgla na ogrzanie domu w ogóle nie byłoby jej stać. – A tak nie dość, że nie przepłacam, to jeszcze nie muszę się męczyć – dodaje.

Według burmistrza Kisielice mają najtańsze ciepło w kraju: 58 zł za 1 gigadżul (GJ). W oddalonej o 20 km Iławie tyle samo ciepła kosztuje już 137 zł, a dalej, w Augustowie, nawet 163 zł.

Barbara przewiduje, że w najmroźniejszym miesiącu na ogrzewanie parteru i piętra (razem około 70 m2) nie wyda więcej niż 900 zł. W podobnie korzystnej sytuacji jest 80 proc. kisieliczan, którzy w ostatnich latach, zachęcani przez władze, masowo podłączali się do miejskiej ciepłowni opalanej słomą.

Słoma, która jest paliwem dla miejskiej ciepłowni na biomasę. Kisielice pozyskują ją od lokalnych rolników (fot. Magda Roszkowska) , Domy w Kisielicach podlączone do miejskiej sieci ciepłowniczej (fot. Magda Roszkowska)

– Ale nie zawsze było tak dobrze – wzdycha burmistrz.

Nowoczesna ciepłownia na biomasę została wybudowana już w 2004 roku przez inwestora prywatnego. Tyle że wtedy nikt nie chciał się do niej podłączać. Węgiel był tani, więc biznes okazał się klapą. Poprzedni burmistrz zdecydował, że miasto wykupi obiekt i rozbuduje sieć. Przy okazji wyburzył starą miejską ciepłownię na węgiel, czym rozwścieczył mieszkańców.

Większość, pozbawiona ciepła sieciowego, zainwestowała w piece węglowe. Nieliczni, którzy nie mieli wyjścia, przystali na znacznie droższe ekologiczne ciepło ze słomy. Gdy w 2014 roku Ryszczuk przejął władzę, zatrudnił eksperta i polecił, by ten znalazł sposób na obniżenie cen. Fachowiec z Elbląga chodził po domach i pytał: "Pani Aniu, jak pani żyje?", "Kiedy jest w domu?".

– I tak krok po kroku parametry każdego pieca ustawił zgodnie z potrzebami konkretnych rodzin. Wcześniej te nowoczesne urządzenia działały mniej więcej tak, jakby wysokiej klasy mercedes jechał wyłącznie na pierwszym biegu – tłumaczy burmistrz.

Od kilku lat miasto kupuje słomę od lokalnych rolników, nie tak jak wcześniej, aż pod Fromborkiem. Natomiast umieszczona na wiacie obok ciepłowni fotowoltaika produkuje energię potrzebną do pracy pomp. Ceny za "słomiane" ciepło spadły o kilkadziesiąt procent.

– Ludzi bardziej przekonały rachunki, mniej ekologia, bo kiedy brakuje na opłaty, ekologia schodzi na dalszy plan – przyznaje burmistrz.

Urząd Gminy w Kisielicach (fot. Magda Roszkowska)

Pod ciepłownią pracownicy ułożyli wielki prostopadłościan słomy i czekają na chłodniejsze dni. Burmistrz zapewnia, że tej zimy Kisielice nie zmarzną.

– O ciepło się nie martwię, ale gdy tylko pomyślę o rachunku za prąd, cała drżę – zwierza się Barbara.

Burmistrz przyznaje, że choć zielony prąd z Kisielic mógłby zaspokoić nie tylko ich potrzeby, ale także okolicznych gmin, mieszkańcy jak wszyscy kupują go z sieci. Bo prąd zamiast do nich trafia na giełdę, gdzie jest sprzedawany spółkom obrotu energią. Teoretycznie wytwórcy energii mogliby zawrzeć bezpośrednią umowę z miastem (tzw. PPA – Power Purchase Agreement), ale w praktyce im się to nie opłaca (niezwiązani umową, na giełdzie mogą proponować więcej).

– Wiele osób, także i ja, by nie przepłacać, zainwestowało w fotowoltaikę. Za prąd płacę 40 zł miesięcznie – deklaruje Ryszczuk i podkreśla, że gdyby inne gminy poszły śladem Kisielic, Polska stałaby się zieloną wyspą energii. Pytanie, czy na tej wyspie byłoby taniej? Wciąż chodziłoby przecież o zysk koncernów energetycznych, w tym najsilniejszych graczy – spółek Skarbu Państwa.

Trzy miniaturowe wiatraki otaczają ustawioną w rogu gabinetu doniczkę z sansewierią. Jej smukłe szable wyraźnie dominują nad zmaterializowaną wizją burmistrza.

Fotowoltaika w jednym z kisielickich ogrodów. Dostarcza prąd do dwóch domów (fot. Magda Roszkowska)

Wbrew interesom państwa

– Wyobraź sobie, że po latach nawiązujesz kontakt z kilkoma osobami ze studiów. Mieszkacie w różnych częściach kraju, ale jedna z koleżanek ma działkę i chce na niej postawić panele fotowoltaiczne, szuka chętnych do udziału w inwestycji. Mieszkasz 350 km od tej działki. Kupujesz tyle paneli, by produkowana przez nie energia zaspokajała twoje potrzeby. Kiedy instalacja zaczyna działać, rachunki w twoim mieszkaniu kilkaset kilometrów dalej maleją do kilkudziesięciu złotych miesięcznie. Właśnie zostałaś prosumentem wirtualnym – tłumaczy Rafał Krenz, członek warszawskiej spółdzielni Coop Tech Hub, pierwszego w Polsce centrum technologii spółdzielczych. – W wielu krajach UE tego typu społeczności energetyczne funkcjonują od dobrych kilku lat, u nas będą możliwe najwcześniej za dwa lata – dodaje.

Od czerwca Coop Tech Hub prowadzi Inkubator Społeczności Energetycznych, który pomaga kilku samorządom, organizacjom pozarządowym i spółdzielniom mieszkaniowym w tworzeniu społeczności energetycznych.

W Polsce własną energię można produkować na cztery sposoby: jako prosument indywidualny, uczestnik klastra energii, członek spółdzielni energetycznej lub jako prosument zbiorowy. Tyle mówi ustawa. W praktyce spółdzielnie na razie działają dwie, a kilkanaście kolejnych właśnie powstaje. Prosumentów zbiorowych nie ma wcale. Dlaczego?

– Bo energetyka obywatelska nie jest częścią polskiej polityki energetycznej. Największym wytwórcom energii, czyli spółkom Skarbu Państwa, nie leży na sercu, by oto rzesza ich konsumentów zakładała niezależne społeczności i produkowała własną energię. To się państwu zwyczajnie nie opłaca – wyjaśnia Zofia Krajewska, członkini Coop Tech Hub i działaczka klimatyczna.

Spółki nie dość, że stracą klientów, to jeszcze nie będą mogły tak swobodnie dyktować cen energii, bo na rynku pojawi się więcej podmiotów oferujących tani prąd. – Tymczasem zgodnie z przyjętą strategią zielona energia ma być produkowana na dużych farmach wiatrowych na lądzie i morzu i wspomagana elektrowniami atomowymi obsługiwanymi przez państwowe spółki.

Farma fotowoltaiczna w Zwartowie (Fot. Michał Ryniak / Agencja Wyborcza.pl)

Rafał Krenz podkreśla, że tę niechęć do energetyki obywatelskiej najlepiej odzwierciedla budżet Krajowego Planu Odbudowy, w którym zaledwie 0,003 proc. środków przeznaczono na rozwój społeczności energetycznych. Sam pomysł, by w Polsce umożliwić zakładanie spółdzielni energetycznych, nie był nawet inicjatywą Ministerstwa Energii, ale Ministerstwa Rolnictwa, które w ten sposób chciało wesprzeć rolników. Z tego względu spółdzielni energetycznych nie można zakładać w miastach, a jedynie na terenie gmin wiejskich lub wiejsko-miejskich.

Kiedy wspominamy o tym komuś z zagranicy, robi wielkie oczy. Ale to nie koniec absurdów: spółdzielnia musi na własne potrzeby wykorzystać aż 70 proc. wytworzonej energii, a oddać do sieci może jedynie 30 proc. Co jest kolejnym utrudnieniem, bo na przykład fotowoltaika produkuje najwięcej energii w ciągu dnia, gdy w gospodarstwach domowych nikogo nie ma.

Tymczasem sieć energetyczna powinna działać niczym bateria: odbierać energię od spółdzielców, wtedy gdy nie jest ona im potrzebna, i przekierowywać do instytucji, biur czy przedsiębiorstw, następnie oddawać ją w odpowiednich momentach. Tyle że nasze sieci energetyczne są przestarzałe i niedostosowane do rozproszonych źródeł wytwórczych produkujących energię w sposób niesystematyczny – opowiada Krenz.

– Mimo wszystko tej zmiany nic już nie zatrzyma. Polacy doskonale wykorzystali formułę prosumenta indywidualnego, teraz czas zacząć produkować energię wspólnie! – przepowiada Krajewska i dodaje, że rolę lidera tej rozproszonej sieci obywatelskiej powinny wziąć na siebie samorządy, bo w obliczu nadchodzących podwyżek zwyczajnie nie mają wyjścia: muszą szukać innych sposobów pozyskania energii. Wyłączanie lamp nie wystarczy.

Ani kroku w tył

– Nie sztuka wybudować farmę fotowoltaiczną dla jednej stodoły – tłumaczy Sebastian Górka, miejski energetyk z Włocławka. – Tylko po co? Wystarczy ją dobrze ocieplić i zmodernizować, a wtedy kilka paneli na dachu załatwi sprawę. Najtańsza energia to ta zaoszczędzona – dodaje.

Dlatego gdy dwa lata temu Górka trafił do urzędu, od razu poprosił o dostarczenie rachunków za prąd we wszystkich budynkach należących do miasta.

Każda szkoła, przedszkole czy biblioteka zgłasza u operatora energii swoje maksymalne zapotrzebowanie na energię elektryczną czy ciepło – tzw. moc zamówioną. Okazało się, że w większości budynków faktyczne zapotrzebowanie na prąd jest znacznie mniejsze niż to zamówione. Wprowadzono niezbędne korekty i miasto w 2021 roku zaoszczędziło milion złotych.

Widok na miasto (Fot. Wojciech Kardas / Agencja Wyborcza.pl)

Nie zapomnę min administratorów budynków, jak im Sebastian obwieszczał swoje wyliczenia – wspomina Krzysztof Kukucki, pierwszy zastępca prezydenta Włocławka, odpowiedzialny za transformację energetyczną miasta.

Kiedy trzy lata temu z jego inicjatywy do miasta trafiły pierwsze autobusy elektryczne, był dumny, że oto dokonuje się ekologiczna transformacja. Emocje opadły, gdy tego samego dnia przeczytał wpis jednego z mieszkańców: "Skoro prąd w Polsce wytwarzany jest z węgla, co to za ekologia?" – Słusznie – pomyślał Kukucki. – W takim razie jak pozyskać zieloną energię?

Włocławek, choć jest kilkadziesiąt razy większy, ma ten sam problem co Kisielice: czystej energii w bród, a korzyści energetycznych zero. Istniejąca na Wiśle od lat 70. największa w kraju elektrownia przepływowa mogłaby zaspokoić ponad połowę rocznego zapotrzebowania Włocławka na tani prąd – stutysięcznej aglomeracji z dużymi zakładami przemysłowymi. Tyle że właścicielem elektrowni jest spółka Energa Wytwarzanie należąca do Orlenu.

– Zamiast prądu są koszty, bo miasto odpowiada za most drogowy biegnący na tamie. Skądinąd wiemy, że jej stan techniczny nie jest zadowalający, co de facto może stanowić zagrożenie – przestrzega Kukucki.

W 2021 roku Włocławek zapłacił za energię elektryczną 7 mln zł, w tym roku rachunek może być nawet ponad cztery razy większy. Wiceprezydent spodziewa się, że nawet z ulgami, jakie rząd szykuje dla samorządów, na prąd trzeba będzie wydać minimum 15 mln zł. Dlatego w urzędzie działają równolegle w trzech kierunkach. – Maksymalnie ograniczamy zapotrzebowanie miasta i odbiorców na prąd i ciepło, dekarbonizujemy system ciepłowniczy i w konsekwencji kreujemy miasto samowystarczalne energetycznie – deklaruje wiceprezydent.

Wszystko zaczęło się od miejskich latarni, w których lampy wymieniono na LED-y i które zaopatrzono w system sterujący. Dzięki temu w nocy oświetlenie nie musi być wyłączane, dla oszczędności jego moc redukuje się o 90 proc., ale żarówki wciąż świecą. – Niestety, dwie trzecie miejskiego oświetlenia należy do Grupy Energa. Tam unowocześnień brak i przez trzy godziny panują egipskie ciemności – wyjaśnia Krzysztof Zieliński, odpowiedzialny w mieście za LED-ową rewolucję. – Owszem, chcemy naprawić błędy przeszłości, ale co z tego, gdy spółka oświetlenia sprzedać nie chce, mało tego, oczekuje, że to miasto zmodernizuje jej latarnie.

Włocławek na energii oszczędza, ile się da, ale wiceprezydent i energetyk miejski spieszą się, by uruchomić produkcję własnej energii. W ciągu kilku miesięcy w mieście zacznie działać klaster energii: społeczność energetyczna skupiona na produkowaniu własnego prądu i ciepła i ich tanim odsprzedawaniu członkom klastra. Liderem społeczności będzie miasto, a jej członkami spółki miejskie, takie jak Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne, które ma już dziewięć autobusów elektrycznych. Jednak wiceprezydent Kukucki marzy, by w klastrze znaleźli się też lokalni przedsiębiorcy, włocławskie zakłady przemysłowe, a także spółdzielnie mieszkaniowe.

Tama we Włocławku (Fot. Wojciech Kardas / Agencja Wyborcza.pl)

W Polsce klastry energii można zakładać od 2015 roku, odkąd w życie weszła Ustawa o odnawialnych źródłach energii. Teoretycznie zarejestrowanych jest ich kilkaset, faktycznie działa jedynie kilka. Na przykład Ostrowski Rynek Energetyczny – klaster zlokalizowany w Ostrowie Wielkopolskim istnieje od 2018 roku. Ma własną sieć dystrybucyjną, do której podłączonych jest kilkanaście przedsiębiorstw, pięć instytucji publicznych i ponad 150 gospodarstw domowych. Problem w tym, że akurat w ostrowskim klastrze ponad 70 proc. prądu powstaje z gazu ziemnego, a 80 proc. ciepła z gazu i węgla. Członkowie klastra owszem, oszczędzają, ale wyłącznie na dystrybucji energii.

We Włocławku ma być inaczej. – Na 22 ha działek miejskich powstaną farmy fotowoltaiczne zdolne wytworzyć 16 GWh prądu rocznie. Tymczasem wszystkie budynki samorządowe zużywają połowę tej wartości. Resztę możemy odsprzedać członkom klastra. Nadwyżki energii już produkują budowane przez miasto samowystarczalne energetycznie tanie mieszkania na wynajem i budynki komunalne. W ramach klastra powstanie zakład odzysku energii, dla którego paliwem będą odpady wysokoenergetyczne. Jeśli uda nam się pozyskać tego typu surowiec od kilku innych samorządów, ogrzejemy w ten sposób znaczną część miasta! Ale to nie koniec – wylicza Kukucki.

Niebawem fachowcy wykonają we Włocławku odwierty, by sprawdzić, czy przyszłością aglomeracji będzie geotermia. Poza tym wiceprezydent zamierza przetestować, jakie są szanse na zainstalowanie pomp ciepła pod dnem Wisły. Tego typu rozwiązanie podobno ogrzewa 63 tys. mieszkańców norweskiego Drammen. Energię będą produkować nawet miniwiatraki umieszczone na ekranach wyciszających jadące przez środek miasta pociągi!

– Od trzech lat usiłowaliśmy przekonać radnych do wprowadzania różnych ekologicznych rozwiązań, ale oni zawsze pytali "i po co wydawać pieniądze na te fanaberie?". Nareszcie zyskaliśmy w nich sprzymierzeńców, bo ekologię wspiera dziś ekonomia. Dlatego ani kroku w tył, a za pięć–osiem lat będziemy samowystarczalni – prognozuje Kukucki.

Panele na wysypisku

Do Słonecznego Serocka zapisali się: fryzjer, weterynarz, prywatna przychodnia, kilka sklepów spożywczych, mieszkańcy kamienic i domków jednorodzinnych. Szeregowym członkiem spółdzielni został też burmistrz pięciotysięcznego Serocka Artur Borkowski. W sumie spółdzielców jest 60. – Krew małego miasta – ocenia Jakub Szymański, pomysłodawca i prezes zarządu spółdzielni energetycznej Słoneczny Serock.

Prezes spółdzielni 'Słoneczny Serock' Jakub Szymański oprowadza po byłym składowisku odpadów, na którym za kilka miesięcy wyrośnie farma fotowoltaiczna (fot. Magda Roszkowska)

Na razie górkę we wsi Dębe, oddalonej kilka kilometrów od miasta, porastają wysokie trawy, u podnóża otacza ją stary parkan i szeregi kubłów na odpady. Za kilka miesięcy widok będzie zupełnie inny, bo na jej wypłaszczonym szczycie stanie farma fotowoltaiczna o mocy 350 kW (kilowatów). Szkopuł w tym, że nie jest to taka sobie górka, ale zamknięte kilka lat temu gminne wysypisko odpadów. Słoneczny Serock wyrośnie na hałdzie śmieci.

– I to jest nasza największa bolączka. Gdy trzy lata temu w urzędzie dokształcaliśmy się w temacie spółdzielni energetycznych, postanowiliśmy nie tylko założyć taką społeczność, ale i przy okazji wykorzystać nieczynne wysypisko. Dwie innowacje za jednym zamachem to odważna decyzja – przyznaje Szymański. – Ale wtedy zakładaliśmy, że mamy czas. Prąd był wciąż tani. Teraz mamy wojnę, kryzys energetyczny, tylko farmy wciąż nie ma – dodaje.

Problem w tym, że według polskiego prawa nieczynne wysypisko powinno pozostać nienaruszone przez kolejne 50 lat. Dlatego postawienie czegokolwiek na jego powierzchni wymaga przeprowadzenia szeregu ekspertyz, zebrania opinii fachowców, a tych w Polsce zwyczajnie nie ma. Szymański do Dębego musiał sprowadzić eksperta z Wielkiej Brytanii, gdzie wykorzystywanie rekultywowanych wysypisk jest normą. W Polsce do tej pory taką inicjatywę podjęto jedynie cztery razy.

Formalności związane z założeniem spółdzielni to także droga przez mękę, szczególnie jeśli robi się to po godzinach. Dlatego samo wpisanie Słonecznego Serocka do Krajowego Rejestru Sądowego zajęło Szymańskiemu pół roku. Teraz, gdy farma zostanie uruchomiona, czeka go jeszcze rejestracja w Krajowym Ośrodku Wsparcia Rolnictwa, a także najtrudniejsza część: negocjacje i podpisanie umowy z lokalnym operatorem sieci.

Wzory takich porozumień rząd zatwierdził dopiero w kwietniu tego roku. Mimo że spółdzielnie energetyczne można u nas zakładać od połowy 2019 roku. Ireneusz Perkowski, prezes pierwszej polskiej spółdzielni energetycznej EISALL, która na znacznie mniejszą niż Serock skalę działa na terenie trzech podwarszawskich gmin, twierdzi, że biurokracja zjadła mu dwa lata.

Arkadiusz Pająk liczy, że w Serocku mimo wszystko spółdzielnia wystartuje szybciej. Jest w niej od samego początku: jako osoba fizyczna wykupił udziały na produkcję prądu dla swojego jednorodzinnego domu, a jako osoba prawna ma udziały, które zapewnią energię elektryczną dla przychodni GoldenMed.

Przychodnia GoldenMed w Serocku (fot. Magda Roszkowska) , Weterynarza do spółdzielni zapisała żona (fot. Magda Roszkowska)

Prąd to jest małe piwo, znacznie bardziej niepokoi mnie perspektywa ogrzania gazem 1050 m2 powierzchni przychodni. W zeszłym roku tylko w lutym za ciepło zapłaciłem 16 tys. zł – wspomina Pająk i poważnie rozważa, czy w spółdzielni nie wykupić więcej udziałów i zainwestować w pompy ciepła, które napędzane energią elektryczną ze Słonecznego Serocka zapewnią darmowe ogrzewanie przychodni.

Do bycia spółdzielcą namówił jeszcze cztery osoby. – Najgorzej mają ci, którzy prowadzą sklepy spożywcze, bo duże lodówki i zamrażarki to pożeracze prądu. Mój kolega, też spółdzielca, w tym tygodniu jednak montuje panele na dachu swojego sklepu. Nie może dłużej czekać – dodaje.

W praktyce wygląda to tak: każdy spółdzielca wykupuje w Słonecznym Serocku udziały. Ich wielkość zależy od potrzeb energetycznych, na przykład przeciętne zużycie energii elektrycznej w domu jednorodzinnym dla czterech osób to 5 tys. kWh rocznie. Tacy spółdzielcy kupią udziały za około 20 tys. zł. Ale właściciel sklepu spożywczego, u którego zapotrzebowanie na prąd jest kilkanaście razy większe, musi zainwestować odpowiednio więcej. Koszt postawienia całej farmy wyniesie blisko 1,5 mln zł.

Przy obecnych cenach za prąd taka inwestycja zwróci się w trzy lata, bo gdy farma zacznie działać, prąd będzie kosztował gospodarstwo domowe około 40 zł miesięcznie – szacuje Szymański, który na co dzień w urzędzie gminy odpowiada za strategię rozwoju Serocka i okolic. W urzędzie już myślą o założeniu kolejnej spółdzielni, której członkami byłaby gmina, centrum kultury i spółka komunalna, a farma fotowoltaiczna produkowałaby energię wyłącznie na ich potrzeby.

– Ale najpierw chcieliśmy zrobić coś dla mieszkańców – twierdzi burmistrz.

Urząd, mimo że nie jest formalnym członkiem Słonecznego Serocka, zapewnił spółdzielni merytoryczne wsparcie, udostępnił sale na spotkania, a przez pierwsze trzy lata nie będzie pobierał czynszu za dzierżawę wysypiska.

Lekarza weterynarii Cezarego Witeszczaka, którego gabinet znajduje się przy głównej ulicy miasta, do spółdzielni zapisała żona. – Nie wierzę w te wszystkie nowinki – deklaruje, żegnając niewielkiego kundelka – ale żony się słucham, bo zazwyczaj ma rację.

Słoneczny Serock ma ruszyć w marcu, gdy tylko słońce mocniej zaświeci.

*Autorka dziękuje za pomoc pani Anicie Cieślickiej z Forum Energii, koordynatorce programu LeadAir wspierającego samorządy w transformacji energetycznej.

Magda Roszkowska. Dziennikarka i redaktorka. Zdobywczyni nagrody Grand Prix Festiwalu Wrażliwego w 2019 r. Jej teksty ukazują się też w Dużym Formacie Gazety Wyborczej.