Ten artykuł jest częścią cykluZagrajmy w zielone
Suwerenność żywieniowa oznacza lokalność i sezonowość (fot. shutterstock.com)
Suwerenność żywieniowa oznacza lokalność i sezonowość (fot. shutterstock.com)

Co to znaczy, że ktoś jest suwerenny żywieniowo? Zaczęto o tym mówić więcej w pandemii, gdy ludzie w strachu robili zapasy, wykupując towar z półek sklepowych, które potem świeciły pustkami, bo kolejna dostawa z daleka nie zdążyła dotrzeć do miejskich supermarketów. 

To ktoś, kto zaopatruje się w żywność wyprodukowaną przede wszystkim lokalnie, a jego jadłospis jest podporządkowany sezonowej dostępności warzyw i owoców. Jego kuchnia nie jest zakładnikiem długiego łańcucha dystrybucji żywności. To także ktoś wrażliwy na fakt, że jedzenie na jego stole jest efektem czyjejś pracy, a praca w polu to jedna z najcięższych prac, dlatego powinna być godnie wynagradzana. To wreszcie ktoś, kto zaopatruje się w żywność, której produkcja nie przyczynia się do nadmiarowej eksploatacji zasobów naturalnych, jak gleba i woda. Dla kogoś takiego jedzenie nie jest anonimowym towarem z półki w sklepie, bo zna jego pochodzenie, twórcę i warunki, w jakich zostało wytworzone.  

Niedawno osoba z zaprzyjaźnionej kooperatywy opowiadała mi, że członkowie wspólnoty podjęli decyzję, żeby zrezygnować z dostaw nerkowców, ponieważ producent nie mógł im dostarczyć informacji o standardach produkcji, których oni wymagali, by sprzedawać świadomie. 

W ruchu suwerenności żywieniowej chodzi o powrót do myślenia, że żywność jest relacją, nie towarem. 

Czyli? 

Wioletta Olejarczyk, założycielka Jurajskiej Kooperatywy Spożywczej, dobrze to wytłumaczyła w wywiadzie, który z nią przeprowadziłam. W spożywanym jedzeniu wytworzonym przez innych członków wspólnoty widzi sieć powiązań. Czuje, że swoim zakupem utrzymuje rodziny rolników, ale też pozwala przetrwać społeczności, która się kształtuje wokół kooperatywnej produkcji, dystrybucji i konsumpcji. 

Targowisko Manhattan w Szczecinie (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Czyli jeśli chcę być suwerenna żywieniowo, muszę z mojego jadłospisu wykreślić choćby mandarynki czy kawę, bo w Polsce nie ma szans na ich uprawę? 

Nie, wystarczy, że będziesz wiedzieć, czy na przykład kawa z Nikaragui została wyprodukowana przez kogoś, kto respektuje prawa pracownicze i szanuje zasoby naturalne. Czy mandarynki pochodzą na przykład z hiszpańskiej kooperatywy rolniczej. 

Oczywiście, zawsze lepiej ograniczyć liczbę produktów, które podróżują do nas z daleka, a w razie kryzysu przygotować się na to, że właśnie ich zabraknie w pierwszej kolejności. 

Sprawdzanie, kim jest producent, w jaki sposób wytworzył żywność i czy godnie opłaca pracowników – na to wszystko trzeba mieć sporo wolnego czasu. Pytanie, czy ma go ktoś pracujący na pełen etat, opiekujący się dwójką dzieci, kto w tygodniu poświęca maksymalnie półtorej godziny na wypełnienie jedzeniem wózka w supermarkecie? 

To prawda, dla kogoś takiego dobrą opcją będzie zamiana supermarketu na targ. Na targowisku trzeba podejść do trzech–czterech straganów, bo każdy w czymś się specjalizuje, ale w efekcie zaopatrzymy się w produkty nieprzetworzone, jak warzywa czy owoce, lub półprzetworzone, takie jak nabiał, chleby, mięsa, mąki. Trudno będzie kupić produkty wysoko przetworzone, z dużą ilością konserwantów, ale to tylko lepiej dla naszego zdrowia. Za to będziemy mieć pewność, że jedzenie wyprodukowano lokalnie, będziemy mogli zapytać, w jaki sposób. A pieniądze, które za nie zapłacimy, rzeczywiście trafią do producentów żywności. 

Problem w tym, że dobrze zorganizowanych targów ze zdrową, ekologiczną żywnością, na których rolnicy – a nie pośrednicy – sprzedają produkty przez siebie wytworzone, prawie nie ma. W Warszawie mamy Biobazar, a w Krakowie Targ Pietruszkowy. 

Kupując kawę warto mieć pewność, że jej producent respektuje prawa pracownicze i szanuje zasoby naturalne (fot. shutterstock.com)

Na takich targach za zakupy zapłacimy znacznie więcej. 

Dostęp do zdrowej żywności w rozsądnej, a nie wygórowanej cenie powinien być prawem każdego człowieka niezależnie od zasobności portfela. Kropka. Tyle że żywność ekologiczna będzie droższa bez spełnienia kilku warunków. Bez zmian w polityce rolnej zarówno na poziomie państwa, jak i samorządów. Bez inwestowania w rolnictwo ekologiczne, w lokalne małe i średnie gospodarstwa. Ale też w lokalne sieci dystrybucji – chociażby w postaci dofinansowania targowisk albo udostępnienia na preferencyjnych warunkach przestrzeni pod nie.  

Z drugiej strony trzeba sobie uświadomić, skąd bierze się niska cena produktów w supermarkecie, które są tutaj punktem odniesienia. Ano stąd, że kupując tanie produkty, odbijamy pieczęć naszej wygody na pracowniku sklepowym albo na rolniku. W systemie długołańcuchowej dystrybucji nasze pieniądze nie zasilają kieszeni tego, kto tę żywność przygotowuje, układa na półkach i pilnuje, by była świeża, ani tego, kto bezpośrednio pracuje z ziemią i roślinami. Najczęściej zasilamy portfele pośredników i korporacji. 

Czy oprócz targowisk istnieją inne propozycje dla mieszkańców miast, którzy chcieliby zapewnić sobie suwerenność żywieniową? 

W mieście można przystąpić do kooperatywy spożywczej. Dzięki składkom członkowskim w wysokości stu kilkudziesięciu złotych płaconym raz na pół roku oraz dwóm–trzem godzinom, które raz w miesiącu jesteśmy zobowiązani odpracować na rzecz wspólnoty, możemy zamawiać w preferencyjnych cenach zdrową sezonową żywność od lokalnych wytwórców. Oczywiście nie trzeba być członkiem kooperatywy, żeby kupować w sklepach prowadzonych przez społeczność, tyle że wtedy jest znacznie drożej. Jeśli chodzi o te dwie–trzy godziny pracy, to można robić różne rzeczy: pomagać w sklepie, zamawiać albo odbierać towar. 

Innym rozwiązaniem jest rolnictwo wspierane społecznie – w tym modelu za rok plonów płacimy danemu gospodarstwu rolnemu z góry. To koszt między 500 zł a 800 zł, zależnie od wielkości paczki z sezonowymi warzywami, owocami, ale też jajkami, nabiałem czy mięsem. Są one dostarczane przez cały rok w umówionym miejscu w mieście, raz bądź dwa razy w tygodniu. W niektórych RWS-ach można wraz z rolnikiem wybrać konkretne odmiany roślin, jakie chcemy znaleźć na naszym stole. RWS-y są doskonałym przykładem tego, że cena za zdrową żywność nie musi być wysoka, jeśli konsument, płacąc z góry, bierze na siebie część odpowiedzialności i ryzyka za powodzenie plonów, a tym samym zapewnia rolnikowi komfort uprawy i umożliwia lepszą kalkulację, ile czego wysiewać. 

Jeśli chcemy zaangażować się bardziej, możemy założyć z sąsiadami ogród społecznościowy albo poszukać, czy w naszej okolicy już taki istnieje. Wyprodukowaną wspólnymi siłami żywnością możemy się podzielić albo wykorzystać ją do wspólnego gotowania. Ogrody społecznościowe są świetną formą integracji międzypokoleniowej mieszkańców. 

Wreszcie jeśli mamy ogródek, miejską działkę czy nawet balkon, możemy spróbować sił w mikrouprawach na własne potrzeby. Tu zachęcam, by zacząć na skalę, która zakończy się sukcesem, to znaczy wybrać rośliny łatwe w uprawie i szybko plonujące, takie jak sałata, szpinak czy rzodkiew, które zbierzemy już po siedmiu tygodniach. Albo rośliny odporne na choroby, jak cukinia czy pomidorki koktajlowe. 

Owoce i warzywa można uprawiać samemu nawet na balkonie (fot.shutterstock.com)

Tylko znowu na to trzeba mieć czas. 

Jasne, ale zamiast iść na siłownię, możemy aktywnie spędzać czas w ogrodzie i oprócz pracy fizycznej być w kontakcie z naturą, z rodziną i sąsiadami. Wiesz, że ogrodnictwo stało się nawet formą terapii, tak zwaną hortiterapią! 

A tym, których nic z powyższej listy nie przekonuje, pozostaje wspieranie niezależnych pośredników, jak małe osiedlowe sklepy, a w supermarkecie wybór wyłącznie firm krajowych. Tylko w tym przypadku łatwo o pomyłkę, ponieważ wiele rodzimych marek należy do międzynarodowych korporacji. 

Czy rozwiązania, o których rozmawiamy, mają faktyczny potencjał, by uczynić społeczności miast suwerennymi żywieniowo? Bo ilu potrzebowalibyśmy RWS-ów, by wyżywić milion ludzi? 

Chciałabym, by moja odpowiedź motywowała do zmian, a jednocześnie była realistyczna. W Polsce brakuje rolników działających na małą i średnią skalę i nie ma się co dziwić, bo taka skala zwyczajnie się nie opłaca. Sama mam taki przykład w rodzinie: kuzyn po szkole rolniczej wolał wyjechać do Anglii, żeby pracować na megafarmie sałaty, niż utrzymywać nierentowne rodzinne gospodarstwo. Mimo że stawki godzinowe i warunki bytowe były tam koszmarne: praca taśmowa, jedna osoba ucina główki sałaty, druga je zbiera i tak po 14–16 godzin. Taka sałata, gdy wyląduje na półce w supermarkecie, będzie, owszem, tania, tylko jakim kosztem?  

Prawda jest taka, że jedząc, podejmujemy wybory polityczne. Albo wspieramy system, który eksploatuje ludzi i zasoby naturalne, albo wspieramy lokalną gospodarkę dostarczającą zdrową, sezonową żywność, dbamy o prawa pracownicze i środowisko. Praca na roli jest jedną z najbardziej niedocenianych, najgorzej opłacanych. Szansę na powodzenie mają dziś właściciele gospodarstw monokulturowych i wielkoobszarowych. Powinniśmy skupić się na mniejszej skali: subsydiowaniu lokalnych rynków żywności, bo tylko one, stawiając na różnorodność produkcji, mogą nas uchronić przed ewentualnymi kryzysami, na przykład w postaci przerwania lub opóźnienia łańcuchów dostaw, jak miało to miejsce w pandemii.   

Ale wielu ludzi po prostu nie stać na to, by za żywność płacić więcej niż w supermarkecie. 

Chodzi mi o taką politykę rolną i społeczną, w której każdą rodzinę byłoby stać na żywność ekologiczną. 

Konkrety. 

Gdyby kosztami likwidacji śmieci, takich jak opakowania nienadające się do recyklingu, obarczyć firmy, które je produkują, to być może za tak zaoszczędzone pieniądze z budżetu miejskiego moglibyśmy subsydiować rozwój kooperatyw, RWS-ów zaopatrujących mieszkańców miast w żywność, ogrodów społecznościowych, banków żywności czy jadłodajni miejskich. 

Poza tym w miastach potrzeba nam dobrze działającej gospodarki cyrkularnej, która zredukowałaby marnowanie żywności. Dziś w Europie marnuje się około 30 proc. jedzenia. 

Co to jest gospodarka cyrkularna? 

Reduce, reuse, recycle – to podstawowe hasło gospodarki cyrkularnej, czyli redukujemy konsumpcję, używamy rzeczy powtórnie albo je przetwarzamy.  

Ten ostatni element, recycle, jak się okazuje, jest najmniej skuteczny, ponieważ nie wystarczy, że na opakowaniu widnieje ikonka informująca o jego zdatności do przetworzenia. Taka informacja nie daje nam żadnej pewności, że opakowanie rzeczywiście trafi do recyklingu. Kupujemy nim swobodę etycznej konsumpcji, często zakłamanej. Dziś za recykling odpowiedzialności nie bierze ani sprzedający, ani konsument, ani miasto. To się musi zmienić, a żeby to się stało, samorządy powinny stworzyć w obrębie gospodarki cyrkularnej nowe miejsca pracy. 

Jakie? 

Potrzeba nam więcej miejsc pracy przy odpadach, żeby większość śmieci zdatnych do recyklingu nie trafiała na wysypisko. Trzeba dofinansować i stworzyć nowe inicjatywy zajmujące się przejmowaniem jedzenia z krótką datą ważności, które można by rozdysponować pomiędzy potrzebujących. 

Bardzo ważna jest edukacja. W szkole podstawowej należałoby stworzyć miejsca pracy dla ogrodników, którzy tworzyliby szkolne ogrody i koordynowali zajęcia w nich prowadzone. Bo kiedy nasze dzieci dorosną, być może każdy będzie musiał mieć wiedzę na temat tego, jak uprawiać warzywa i owoce. Takie miejsca pracy należałoby też stworzyć w ogrodach społecznościowych, które mogłyby powstawać przy każdym domu kultury w dzielnicy. Potrzebni są też ludzie, którzy zaprojektowaliby miejskie nieużytki pod kątem produkcji owoców i warzyw. Kilka takich mikroupraw mogłoby się wzajemnie uzupełniać i tworzyć kooperatywną farmę miejską. Kolejną rzeczą są farmy podmiejskie. 

To tylko kilka przykładów pokazujących, że ruch suwerenności żywieniowej to nie jest oferta lokalnej ekologicznej żywności dla klasy średniej, ale propozycja transformująca całą społeczność. 

Edukacja żywieniowa może być dla dzieci zabawą (fot. shutterstock.com)

Czyli twoim zdaniem kooperatywy, RWS-y i targowiska, gdyby doinwestować ich rozwój, byłyby w stanie uczynić całe miasto suwerennym żywieniowo? 

Nie, potrzebujemy myślenia hybrydowego. Nie zlikwidujemy przecież supermarketów, ale moglibyśmy je zachęcić, by przejęły nasz system wartości, czyli na przykład wydzieliły specjalne sektory, w których znajdowałaby się wyłącznie żywność wyprodukowana lokalnie i w dobrej cenie, a konsument byłby informowany, że produkt podróżował na półkę tylko 100, a nie 1000 km. 

Należałoby także zainwestować w edukację na temat produkcji ekologicznej. Jest bardzo mało dobrych kursów rolnictwa ekologicznego. A wielu rolników zwyczajnie nie wie, że przechodząc z produkcji konwencjonalnej na ekologiczną, mogliby otrzymać godziwe dopłaty i dobrze sprzedawać swoje produkty, bo ten rynek w Polsce rozwija się niezwykle dynamicznie. Co dla niektórych może być też zachętą, by porzucić aglomerację i zostać rolnikiem czy rolniczką zaopatrującą miasto w żywność. To już się dzieje! 

Niezwykle istotne w myśleniu o tym, jak zapewnić suwerenność żywieniową mieszkańcom miast, wydaje mi się zacieranie wdrukowanego w nasze głowy podziału na miasto i wieś. Chodzi mi o to, że polityka rolna nie jest sprawą tylko rolników, ale nas wszystkich, bo to my spożywamy efekty ich pracy. To my, mieszkańcy miast, będziemy ponosić konsekwencje niedoborów wody czy marnej jakości gleby. Dlatego musimy zacząć o nie dbać tak samo jak mieszkańcy wsi. 

Tylko jak z perspektywy miast dbać o wodę i glebę? 

Po pierwsze, redukować zużycie wody, nie tylko dlatego, że w Polsce mamy jej małe zasoby, ale także dlatego, że jej uzdatnianie pochłania mnóstwo energii. Spółdzielnie mieszkaniowe czy zarządcy budynków powinni zadbać o budowę zbiorników retencyjnych, z których woda mogłaby posłużyć choćby do podlewania terenów zielonych wokół budynku. 

Na poziomie samorządowym należy zadbać o tworzenie nowych terenów zielonych, takich jak parki, skwery, ogrody działkowe czy nawet przydrożne pasy zieleni, bo dzięki nim zatrzymujemy wodę w glebie. A o glebę może się troszczyć każdy, przygotowując z resztek jedzenia kompost. 

Joanna Bojaczewska (fot. archiwum prywatne)

W takim razie jak wyglądałby dekalog konsumenta suwerennego żywieniowo? 

Kupuj od lokalnych producentów.

Jedz sezonowo.

Nie produkuj niepotrzebnych śmieci, na przykład do sklepu przynoś własne torebki.

Pamiętaj, żeby swoim zakupem nie wspierać czyjegoś cierpienia, na przykład niewolniczej pracy, albo eksploatacji zasobów naturalnych.

Gotuj różnorodnie, tak by poradzić sobie z ograniczoną i ciągle zmieniającą się listą sezonowych produktów.

Wyhoduj samodzielnie choćby pomidorka koktajlowego, żeby zobaczyć, jakim kosztem obarczona jest uprawa żywności.

Miej pięć ulubionych odmian warzyw i owoców.

Kompostuj!

Celebruj pożywienie z innymi. Wznieś toast za wszystkie żywe stworzenia, dzięki którym powstało to jedzenie, zawsze podkreślaj, z jakiej ziemi i farmy pochodzi.

A przede wszystkim uświadom sobie i innym, że nie mamy już czasu na dywagowanie, czy ruch suwerenności żywieniowej i gospodarka cyrkularna mają sens. My po prostu nie mamy wyboru, bo prędzej czy później zmiany klimatyczne dotkną też nasz rynek żywności i musimy się do tego przygotować.

Joanna Bojczewska. Inicjatorka Fundacji Agro-Perma-Lab, jest edukatorką agroekologii z doświadczeniem w dziedzinie ekosystemowych i permakulturowych upraw w Polsce, Anglii i Hiszpanii; absolwentka Ekologicznego Uniwersytetu Ludowego (EUL), współzałożycielka i animatorka Ruchu Suwerenności Żywnościowej Nyeleni Polska i międzypokoleniowych spotkań rolników. Ukończyła The London School of Economics and Political Science na wydziale antropologii społecznej. 

Magda Roszkowska. Dziennikarka i reporterka.