Ten artykuł jest częścią cykluZagrajmy w zielone
Człowiek i zwierzęta hodowlane stanowią w sumie 96 proc. ziemskich ssaków (fot. Shutterstock)
Człowiek i zwierzęta hodowlane stanowią w sumie 96 proc. ziemskich ssaków (fot. Shutterstock)

Dr Rudolf Virchow, niemiecki patolog, antropolog i higienista, jest autorem słów: "Pomiędzy medycyną zwierząt i ludzi nie ma linii podziału – i nie powinno jej być". W 1947 roku James H. Steele, amerykański weterynarz, powiedział, że dobre zdrowie zwierząt jest ważne dla dobrego zdrowia publicznego. Obydwu uznaje się za ojców koncepcji One Health, której początki sięgają XIX wieku. Dlaczego teraz zaczynamy o niej coraz głośniej mówić?

One Health – zwana czasem także Global Health czy One Planet – skupia się na założeniu, że zapewnienie człowiekowi pełnej ochrony zdrowia nie jest możliwe bez zadbania o ekosystem, w którym ludzie żyją. Ze względu na to, że liczba ludzi na świecie ciągle się zwiększa, cywilizacja pogalopowała do przodu i zajmujemy już niemalże całą planetę, powiązania pomiędzy nami a środowiskiem naturalnym są coraz bardziej widoczne.

O One Health najczęściej słychać, gdy występuje zagrożenie pandemią. Pierwszy raz zaczęło się głośniej o tym mówić podczas epidemii SARS, później epidemii świńskiej grypy H1N1 i teraz, podczas pandemii koronawirusa, która jest jasnym dowodem na to, że ta koncepcja ma rację bytu.

Naukowcy szacują, że więcej niż 6 na 10 znanych chorób zakaźnych u ludzi może być przenoszonych przez zwierzęta. Wśród nowych to aż 3 na 4. Dlaczego te liczby są tak szokująco duże?

Mnie to w ogóle nie szokuje. (śmiech) Jesteśmy wszyscy zwierzętami, więc nic dziwnego, że patogeny, które nas atakują, mają też zdolność atakowania innych, podobnych do nas organizmów. Jeżeli chodzi o organizmy powodujące zoonozy, czyli choroby, które się przenoszą pomiędzy ludźmi a zwierzętami, na przykład grzyby, bakterie, wirusy – w 80 proc. nie są one specyficzne dla danego gatunku, mają możliwość bytowania w różnych gospodarzach. Ze względu na to, że żyjemy w tak bliskim kontakcie, coraz więcej nowo pojawiających się chorób pochodzi właśnie od zwierząt, dzikich i hodowlanych.

Byłam za to bardzo zszokowana publikacją bodajże sprzed dwóch lat z czasopisma "PNAS" "The Biomass distribution on Earth", która ujawniła gigantyczną liczbę zwierząt hodowanych przez człowieka dla własnych potrzeb, między innymi na pokarm. Człowiek i zwierzęta hodowlane stanowią w sumie 96 proc. ziemskich ssaków, czyli jest nas 24 razy więcej niż wszystkich dzikich ssaków razem wziętych.

Dr Dorota Komar (fot. Archiwum prywatne)

W jaki sposób zarażamy się od zwierząt zoonozami?

Dobrze to widać na przykładzie świńskiej grypy. Powstała na podstawie skrzyżowania różnych wirusów grypy: ludzkiej, który nie mógł się przenosić na ptaki, i ptasiej, który nie mógł się przenosić na ludzi. Oba miały jednak zdolność przenoszenia się na świnie.

I tak w ciele jakiejś świni hodowlanej nastąpiła rekombinacja genetyczna polegająca na wymianie informacji genetycznej pomiędzy trzema typami wirusów grypy: ludzkiej, ptasiej i świńskiej. W efekcie powstał nowy wirus, który ma umiejętność atakowania wszystkich trzech organizmów. Wtedy został stworzony także antygen uniemożliwiający wykrycie wirusa przez nasz układ immunologiczny.

To wszystko potrafi być dość skomplikowane, ale meritum da się wyrazić dość prosto: żyjemy na naszej planecie w ogromnym zagęszczeniu, więc organizmy powodujące choroby mają płynne bramy przejścia, mogą się wręcz do woli przemieszczać między organizmami. I następnie mutować.

Czyli właściwie wcześniej wirusy poruszały się autostopem i nie zawsze docierały do celu, a teraz wybudowaliśmy im pendolino, które na dodatek odjeżdża kilka razy dziennie.

Dokładnie. (śmiech)

Według danych Głównego Inspektoratu Weterynarii w Polsce w styczniu 2019 roku w chowie klatkowym utrzymywanych było ponad 41 mln kur niosek. W ciągu pięciu lat, od 2014 roku, przyrost liczby utrzymywanych w ten sposób kur wzrósł o 22 proc. Jakie to, że Polacy kupują jajka z chowów klatkowych, ma przełożenie na zdrowie publiczne? 

Najpierw zadajmy sobie pytanie, dlaczego w krajach rozwiniętych, do których należy także Polska, jedzenie jest dostępne w w miarę niskich cenach, a dyskonty mają oferty z całego świata. Nawet pomimo rosnącej inflacji, według danych GUS z maja tego roku ceny mięs wzrosły niewiele, a w niektórych przypadkach – jak mięso wieprzowe – wręcz zmalały. To, ile obecnie płacimy za jedzenie, to nie jest sytuacja naturalna.

By coś takiego osiągnąć, musieliśmy mocno zintensyfikować hodowlę i znacząco obniżyć koszty wytworzenia pożywienia. Produkcja mięsa czy jajek dużo bardziej przypomina teraz fabrykę ubrań z Bangladeszu niż prawdziwą hodowlę zwierząt. Zwierzęta są upakowane na bardzo małej przestrzeni, jest ich dużo, nie mają możliwości wykonywania tak naturalnych dla nich czynności, jak chociażby chodzenie. Ich kondycja zdrowotna, psychiczna jest obniżona, co zwiększa podatność na zakażenia i wspiera rozwój choroby – a jeśli jedno ze zwierząt zachoruje, to z łatwością zarażają się pozostałe. By temu zapobiec, stosowane są antybiotyki, które sprawiają, że jest wytwarzana presja selekcyjna na patogeny – te słabsze, mniej odporne wymierają, a te, z którymi najtrudniej jest walczyć, przeżywają.

Według danych Głównego Inspektoratu Weterynarii w Polsce w styczniu 2019 roku w chowie klatkowym utrzymywanych było ponad 41 mln kur niosek (fot. Shutterstock)

Czy to oznacza, że są później odporne też na antybiotyki ludzkie?

Oczywiście. Wiele antybiotyków stosowanych w hodowlach to antybiotyki ludzkie lub należące do tej samej grupy ze względu na duże podobieństwa między naszymi organizmami. To, co jest bezpieczne dla zwierząt hodowlanych, z dużym prawdopodobieństwem będzie też bezpieczne dla ludzi.

Ostatnio przeczytałam komentarz, że problem ptasiej grypy by się rozwiązał, gdyby hodowcy częściej myli ręce. Ile jest w tym stwierdzeniu prawdy?

Dużo! (śmiech) Jest taka anegdota, często opowiadana na zajęciach z immunologii, że niektórzy lekarze mieli bardzo wysoki współczynnik zakażeń w szpitalu – okazało się, że przez to, że noszą krawaty. Gdy nachylali się nad pacjentem, dotykali go krawatem, potem szli do kolejnej osoby itd. I w ten sposób wszyscy się zarażali.

Pamiętam też wykład, na którym pani immunolożka zapytana o to, jaki wynalazek najbardziej przyczynił się do zmiany świata na lepsze, odpowiedziała, że największym wynalazkiem są sanitariaty, w których możemy spuszczać nasze nieczystości, myć ręce i mieć dostęp do bieżącej, czystej wody.

Czy czeka nas pandemia 2.0?

Z naszego, biologicznego punktu widzenia jest to oczywiste. Jest taka publikacja "Severe Acute Respiratory Syndrome Coronavirus as an Agent of Emerging and Reemerging Infection", można ją było przeczytać już w 2007 roku, a opisywała niebezpieczeństwa związane z targami dzikich zwierząt w Chinach. Była tam mowa o możliwości powstania superpatogenu, który zaatakuje ludzi i będzie trudny do wyeliminowania. I dokładnie tak się stało.

Z im większą liczbą zwierząt, i dzikich, i hodowlanych, się stykamy, tym większe prawdopodobieństwo, że spotkamy się z czymś nieznanym dla naszego organizmu. Nasz układ immunologiczny cały czas się uczy, cały czas się dokształca, więc na szczęście na sporą część chorób pochodzących od zwierząt hodowlanych zdążyliśmy już wykształcić odporność jako populacja. Na przykład grypa hiszpanka zbierała milionowe żniwo w 1918 roku i przestała po trzeciej fali pandemii. Ci, którzy przeżyli chorobę, zyskali odporność, a reszta zakażonych zmarła. Jako populacja zdobyliśmy odporność na tego wirusa, a hiszpanka wyewoluowała, jak się przypuszcza, w sezonową grypę. Niestety, w momencie, w którym wzbogacamy pulę potencjalnych zagrożeń, zwiększamy prawdopodobieństwo, że dopadnie nas coś nowego. Dlatego powinniśmy dążyć do eliminacji zwierząt z naszej diety.

Z im większą liczbą zwierząt, i dzikich, i hodowlanych, się stykamy, tym większe prawdopodobieństwo, że spotkamy się z czymś nieznanym dla naszego organizmu (fot. Shutterstock)

Co możemy zrobić, żeby spróbować kolejnej pandemii uniknąć albo przynajmniej ją opóźnić?

Musimy eliminować potencjalne źródła zanieczyszczenia, takie jak ekskrementy zwierząt, poprzez ich odpowiednią utylizację i oczyszczanie. Warto tutaj też dodać, jak dużym problemem jest utylizacja antybiotyków używanych w hodowlach – detoksykacja i oczyszczanie nie działają na nie w stu procentach. Z tego powodu przedostają się one do środowiska i ekosystemów wodnych, co widać na przykład podczas badań ścieków w pobliżu hodowli, w których mamy wysoką liczbę potencjalnie groźnych drobnoustrojów i jednocześnie wysokie stężenia antybiotyków, które były używane do leczenia zwierząt.

Nie może dochodzić do wymiany materiału biologicznego, jak krew czy fekalia, mieszania go między różnymi gatunkami zwierząt, ponieważ zwiększa to ryzyko kroskontaminacji, czyli zakażenia krzyżowego. U osób mających kontakt ze zwierzętami często obserwuje się seropozytywność dla antygenów zoonoz mimo braku objawów choroby, czyli mimo braku zakażenia ich organizm produkuje przeciwciała.

40 proc. przebadanych sprzedawców mięsa z marketów w Guangdong, gdzie rozpoczęła się epidemia SARS, i 20 proc. rzeźników było seropozytywnych na SARS mimo braku objawów choroby. Przeciwciała na wściekliznę są wykrywane u zdrowych Peruwiańczyków narażonych na częste ugryzienia przez nietoperze. 2 proc. osób pracujących przy hodowli drobiu w Azji ma przeciwciała przeciwko wirusowi grypy H5N1, mimo że praktycznie nie przenosi się on pomiędzy ludźmi. Te osoby miały kontakt z patogenami, które bytują na zwierzętach, ale nie mają jeszcze zdolności atakowania ludzi – można powiedzieć, że to był kontakt z takimi "przodkami" zoonoz, patogenami bez cech, które sprawiają, że są szkodliwe dla człowieka. Jednak jak pokazuje historia, nabycie tych cech niebezpiecznych dla człowieka, czy to w procesie rekombinacji, horyzontalnego transferu genów lub innych zjawisk genetycznych, nie jest skomplikowane i zdarzyło się wielokrotnie. Przy zmieszaniu materiału biologicznego od różnych gatunków zwiększamy prawdopodobieństwo zdobycia przez patogeny tych niebezpiecznych dla nas cech.

40 proc. przebadanych sprzedawców mięsa z marketów w Guangdong, gdzie rozpoczęła się epidemia SARS, i 20 proc. rzeźników była seropozytywna na SARS mimo braku objawów choroby (fot.Shutterstock)

Czy jest też tak, że leczenie ludzi powinniśmy zacząć od leczenia zwierząt?

Myślę, że zdecydowanie tak. Dużo łatwiej będzie nam ochronić się przed kolejną pandemią niż później walczyć z jej następstwami. Chcę jednak podkreślić, że z wieloma chorobami udało nam się wygrać. Nie jest to niemożliwe, ale bardzo trudne. I nigdy nie wiemy, jak dany patogen zmutuje.

Warto tutaj podać przykład wścieklizny. Mieliśmy z nią ogromny problem, Polska przez wiele lat widniała na liście krajów, w których zagrożenie wścieklizną było wysokie. Gdy udało nam się zaszczepić większość zwierząt hodowlanych i domowych, głównym rezerwuarem choroby zaczęły być lisy. Próbowano między innymi odstrzałów sanitarnych, ale to nie dawało rezultatów.

W 1993 roku wprowadzono w kilku województwach eksperymentalny program szczepionek rozrzucanych w lesie. Potem zostało to rozszerzone na cały kraj. Od 2002 roku nie ma żadnego przypadku zakażenia wścieklizną u ludzi, a z powyżej 1000 przypadków w faunie przed akcją szczepień lisów zeszliśmy do 11 w 2003. Zakażonymi zwierzętami był jeden lis i 10 nietoperzy. To pokazuje, jak skuteczna była ta akcja. Nie byłaby możliwa bez zaangażowania armii ludzi z różnych sektorów: medycyny ludzkiej, weterynarii, służb leśnych, naukowców.

Jest szansa, że zupełnie pozbędziemy się wścieklizny?

Udało nam się bardzo skutecznie obniżyć poziom wścieklizny, ale by ją wyeliminować zupełnie, musielibyśmy przypuścić zmasowany atak na największy obecnie rezerwuar, czyli nietoperze. Ponieważ dziś zagrożenie zachorowaniem na wściekliznę jest bardzo niskie, myślę, że nie ma takiej potrzeby. 

Dziś boimy się poważnych chorób, myślimy o raku, a zapominamy o tym, jak niesamowity postęp medycyna zrobiła w chronieniu nas przed takimi chorobami, jak odra, różyczka, przeziębienie czy nawet grypa. Nie ma jednej prostej interwencji, która będzie w stanie nas ochronić przed zoonozami, ale współpraca na wielu płaszczyznach w różnych sektorach może finalnie wyeliminować jakieś zagrożenie.

Polska przez wiele lat widniała na liście krajów, w których zagrożenie wścieklizną było wysokie. Gdy udało nam się zaszczepić większość zwierząt hodowlanych i domowych, głównym rezerwuarem choroby zaczęły być lisy (fot. Shutterstock)

Jakie zoonozy mają obecnie najgroźniejszy potencjał? 

Obecnie największym wyzwaniem są właśnie wirusy. O ile bakterie udało nam się częściowo okiełznać, o tyle wirusy są takim specyficznym tworem, który jest żywy, ale jednak nie do końca. Nasz umysł nie jest w stanie pojąć, jak te twory funkcjonują, dlatego trudno nam stworzyć skuteczne sposoby walki z nimi. Najefektywniejszym znanym nam sposobem jest prewencja, czyli niedopuszczanie do zarażenia.

Jeśli pomyśleć o tym, jakie mieliśmy w ostatnich latach największe zagrożenia, to do głowy przychodzą SARS, MERS, COVID-19, grypa, ebola, HIV. To są wszystko wirusy. I to wirusy w najbliższych latach będą nadal stwarzały duże zagrożenie. A na razie potrzebujemy wielu lat, żeby znaleźć terapie działające w walce z jednym, wybranym wirusem.

Dorota Natalia Komar. Doktorka genetyki i biologii rozwoju. Adiunktka w Zakładzie Hematologii Eksperymentalnej Instytutu Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie. Dwukrotna stypendystka europejskiego stypendium Marii Skłodowskiej-Curie. Ambasadorka i popularyzatorka nauki. Interesuje się podpartymi naukowymi dowodami strategiami zrównoważonego rozwoju i mechanizmami wyparcia dowodów naukowych. Autorka profilu popularyzującego naukę darwininchaneldress

Agata Porażka. Dziennikarka weekendowego magazynu Gazeta.pl, wcześniej pisała dla Wirtualnej Polski. Twórczyni cyklu Zagrajmy w Zielone, który skupia się na tym, co powinniśmy zrobić, by zamiast niszczyć, dbać o planetę. Interesują ją tematy związane z górami, środowiskiem i problemami współczesnego świata.

Piątka Weekendu: jak zmniejszyć prawdopodobieństwo kolejnej pandemii?

1. Ogranicz spożycie mięsa. Jeśli możesz, staraj się wybierać roślinne zamienniki. 2. Kupując mięso, staraj się wybierać to, które pochodzi z hodowli dbających o dobrostan fizyczny i psychiczny zwierząt. 3. Nie kupuj jajek z chowu klatkowego. 4. Zawsze myj ręce po wyjściu z toalety czy po kontakcie ze zwierzęciem, szczególnie dzikim. 5. Pamiętaj, że regularne szczepienia są ważne, by nie pozwolić na powrót pandemiom z przeszłości.