Ten artykuł jest częścią cykluZagrajmy w zielone
Morze Bałtyckie (fot. Shutterstock)
Morze Bałtyckie (fot. Shutterstock)

Filtry papierosów, szklane butelki, plastikowe kubki, wymięte chusteczki, kolorowe zakrętki. Część bezwstydnie praży się na piasku, inne czekają, aż ktoś zacznie kopać w nim dołek i natrafi na pozostałości po poprzednich plażowiczach. Według niektórych szacunków na nadbałtyckich plażach na każde 100 m linii brzegowej przypada od 50 do 300 sztuk takich pamiątek. To są te śmieci, które widzimy. Które umyślnie zostawiamy, by nie nadwyrężać mięśni drogą do śmietnika. Ale tuż obok tej wakacyjnej wystawy lenistwa i bezmyślności mamy ogromne muzeum zanieczyszczeń. Niedługo będzie ich za dużo, by mogły, jak dotychczas, chować się przed wzrokiem turystów.

Z wojny do morza

27 300 ton rocznie. Zgodnie z "Plasticus Mare Balticum", zbiorem pięciu niezależnych raportów badawczych dotyczących zanieczyszczenia Morza Bałtyckiego tworzywami sztucznymi, właśnie tyle tego typu śmieci ląduje w Morzu Bałtyckim. To ciężar równy łącznej wadze około 182 płetwali błękitnych, największych wielorybów świata. Tworzywa sztuczne stanowią około 70 proc. odpadów w Bałtyku. Większość śmieci w naszym morzu to po prostu plastik.

Historia plastiku sięga 1869 roku, kiedy John Wesley Hyatt wynalazł pierwszy syntetyczny polimer, celuloid, traktując kamforą celulozę uzyskaną z włókna bawełnianego. 38 lat później Leo Baekeland wynalazł bakelit, pierwszy w pełni syntetyczny plastik, niezawierający żadnych cząsteczek występujących w naturze. 

Plastik zrewolucjonizował świat, częściowo uniezależniając ludzi od tego, co mogła dać im natura. Rzeczy z plastiku mogły z powodzeniem imitować inne materiały, więc po wynalezieniu celuloidu reklamowano go jako "wybawcę słoni i żółwi", bo miał zastąpić szylkret czy kość słoniową. Bakelit miał jeszcze więcej zastosowań i mógł zostać uformowany w niemal dowolny kształt, zastępując kolejne naturalne materiały. Plastik miał chronić zwierzęta i ratować środowisko naturalne przed ludzką chciwością. Miał być błogosławieństwem dla coraz bardziej niszczonej natury. Przynajmniej na początku.

Produkcja tworzyw sztucznych zajmowała coraz więcej miejsca. Tylko w trakcie II wojny światowej wzrosła o 300 proc. w samych Stanach Zjednoczonych. Zapotrzebowanie na wytrzymałe materiały na froncie było ogromne – szkło akrylowe (potocznie zwane pleksi) zaczęto wykorzystywać w samolotach, a nylon, pierwotnie stosowany do produkcji szczoteczek do zębów i pończoch, zyskał znaczenie w produkcji lin, spadochronów czy kamizelek kuloodpornych.

27 300 ton rocznie - tyle tworzyw sztucznych ląduje w Morzu Bałtyckim (fot. Shutterstock)

Produkcja rosła na fali plastikowej mody, która jednak już kilkanaście lat później zaczęła przeżywać pierwsze załamanie. Kryzys pojawił się w latach 60., gdy zaczęto zwracać coraz większą uwagę na problemy środowiska naturalnego i zanieczyszczenie oceanów. W kolejnych dekadach sceptycyzm wobec tworzyw sztucznych przybierał na sile, ale jednocześnie stało się jasne, że nigdy nie uda się wyeliminować produkcji plastiku całkowicie. Trzeba nauczyć się z nim żyć.

W utopijnej wersji świata kupowanie plastiku należałoby ograniczyć do minimum, recyklingować go i wykorzystywać do tworzenia nowych rzeczy. Tak, by przejść na gospodarkę o obiegu zamkniętym, w której zasoby są zużywane w sposób bardziej zrównoważony. Do tego etapu jednak wciąż nam daleko. Na razie trzeba przerwać wiele dróg, którymi ogromne ilości plastiku trafiają do Bałtyku.

Jak zanieczyszczenia trafiają do Bałtyku?

Zlewisko Bałtyku, czyli obszar, z którego wody powierzchniowe spływają do morza, zajmuje większość Polski – ponad 99,7 proc. Zanieczyszczenia płyną rzekami z pól lub obszarów miejskich, tworząc potencjalnie toksyczny gulasz złożony z odpadów wszelkich rozmiarów, także mikroplastiku i substancji niewidocznych gołym okiem.

Na obszarze zlewni Bałtyku żyje około 85 mln ludzi, z czego mieszkańcy Polski stanowią aż 45 proc. – wyjaśnia Olga Sarna, prezes Fundacji Mare, która zajmuje się ochroną ekosystemów morskich. – Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy – czy nad morzem, czy w Warszawie, we Wrocławiu albo Krakowie - wszyscy mamy wpływ na Bałtyk i wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za jego stan.

Jak tłumaczy Olga Sarna, odpady morskie, które trafiają do Morza Bałtyckiego, głównie pochodzą z gospodarstw domowych (48 proc.) oraz z działalności rekreacyjnej i turystycznej (33 proc.).

Wszyscy mamy wpływ na Bałtyk i wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za jego stan (fot. Shutterstock)

Wynika z tego, że to właśnie nasze zachowania i wybory jako konsumentów przyczyniają się do powstawania odpadów morskich – mówi. – To, ile ich generujemy i w jaki sposób z nimi postępujemy, ma ogromny wpływ na stan środowiska. Aby ograniczyć nasze negatywne oddziaływanie na Bałtyk, przede wszystkim powinniśmy zmniejszyć użycie plastiku i konsumpcję w ogóle. Nie kupować produktów w jednorazowych opakowaniach plastikowych, nosić ze sobą kubek na kawę oraz butelki z wodą, nie korzystać z jednorazowych plastikowych sztućców i opakowań na wynos, z torebek foliowych. Musimy też odpowiednio postępować z odpadami, które wytwarzamy - przede wszystkim poprawnie segregować śmieci.

Piaszczyste filtry

Po trafieniu do morza zanieczyszczenia mogą być transportowane przez prądy wodne, które unoszą je na różne odległości. Następnie śmieci gromadzą się na morskim dnie, dryfują po powierzchni lub są zjadane przez mieszkańców morza. Bałtyk jest specyficzny, to morze dosyć zamknięte – wymiana wody trwa w nim około 30 lat. Śmieci zostają więc z nami na długo, nawet jeśli ich nie widzimy. A czasem wracają – w postaci ryb, które tak chętnie kupujemy nad morzem.

Plastik w morzu znajdziemy we wszystkich dostępnych rozmiarach i kształtach, ale za jedne z najbardziej niebezpiecznych uznawane są najmniejsze cząsteczki – których średnica nie przekracza 5 mm – zwane mikroplastikiem. Powstają w wyniku rozkładu tworzyw sztucznych, czasem trafiają do wody jako odpad produkcyjny lub z resztkami kosmetyków, które mogą zawierać małe kulki plastiku. Zgodnie z raportem United Nations Environment Programme z 2015 roku typowy złuszczający żel pod prysznic może zawierać mniej więcej tyle mikroplastiku, ile zostało użyte do wyprodukowania jego opakowania. Tworzywa sztuczne wchodzą także w skład kremów i szamponów. W przeciwieństwie do plastikowych pudełek, w których się znajdują, nie da się ich poddać recyklingowi. Spłukane z ciała trafiają do odpływu, a dalszy ciąg już znacie.

Bez względu na pochodzenie szkody czynione przez mikroplastik są po prostu duże. Te cząsteczki są obecnie uważane za najbardziej rozpowszechnioną formę zanieczyszczenia odpadami stałymi na naszej planecie. 

Plastik w morzu znajdziemy we wszystkich dostępnych rozmiarach i kształtach, ale za jedne z najbardziej niebezpiecznych uznawane są najmniejsze cząsteczki - których średnica nie przekracza 5 mm - zwane mikroplastikiem (fot. Shutterstock)

W 2020 roku przeprowadzono badanie "Microplastics on sandy beaches of the southern Baltic Sea", w którym zbadano piasek z 12 plaż w Polsce. Wykazano, że "średnie stężenia [mikroplastiku] wahały się od 76 do 295 jednostek na kilogram suchego osadu. Dominującymi typami mikroplastików były włókna i fragmenty tworzyw sztucznych". Szczyt rankingu zdominowały plaże miejskie. Wszystkie próbki terenowe pobrane przez naukowców zawierały mikrodrobiny plastiku.

Skąd bierze się on na plażach? Śmieci, które na nich zostawiamy, odgrywają dużą rolę w tym niepokojącym procesie – pozostawione same sobie tworzywa sztuczne pod wpływem wiatru, fal, tlenu i słońca rozdrabniają się na mniejsze kawałki, tworząc właśnie mikroplastik.

Jak przypominają autorzy badania prowadzonego na polskich plażach, piasek odgrywa niezwykle ważną rolę w oczyszczaniu morza. Piaszczyste plaże działają jak specyficzny gigantyczny filtr, który może wychwytywać różne cząsteczki organiczne i nieorganiczne, a prawdopodobnie także mikroodpady. Zanieczyszczając ten obszar, możemy przyczynić się do zmniejszenia siły tego procesu.

Cząsteczki mikroplastiku są nie tylko w zwierzętach, które jemy, ale też w wodzie, którą pijemy, w ziemi, w której uprawiamy warzywa i owoce, a nawet w powietrzu, którym oddychamy (fot. Shutterstock)

Ile plastiku zjadamy rocznie?

Cząsteczki mikroplastiku są nie tylko w zwierzętach, które jemy, ale też w wodzie, którą pijemy, w ziemi, w której uprawiamy warzywa i owoce, a nawet w powietrzu, którym oddychamy. Wiemy, że mikroplastik otacza nas ze wszystkich stron, ale nie mamy pojęcia, w jaki sposób długofalowo wpłynie na nasze zdrowie.

Autorzy badania "Human Consumption of Microplastic" opublikowanego w 2019 roku w "Environmental Science & Technology" przeanalizowali część produktów spożywanych przez Amerykanów, a następnie, korzystając z wytycznych dietetycznych rządu USA, próbowali obliczyć, ile cząstek plastiku możemy spożywać. 

Według wyników ich analizy dorośli mogą zjadać około 50 000 cząstek mikroplastiku rocznie, a dzieci – 40 000. Świetnie zobrazował to serwis Reuters, którego redaktorzy pokazali, że w ciągu tygodnia zjadamy porcelanową łyżeczkę plastiku, w ciągu roku cały talerz, a w ciągu 10 lat – koło ratunkowe o wadze 2,5 kg (zabrakło im plastiku, by zobrazować tak dużą ilość, więc posłużyli się gotowym sprzętem). Jednak jak czytamy w "Human Consumption of Microplastic", "te wartości są najpewniej niedoszacowane".

Badanie pokazało też, jak ogromną różnicę robi opakowanie. Osoby, które piją codziennie wodę w butelkach plastikowych, mogą spożywać ponad 22 razy więcej (90 000) mikrodrobin plastiku rocznie niż osoby pijące zalecaną ilość wody z kranu (4000).

Mikroplastik nie jest jednak problemem, który pojawił się w ciągu ostatnich kilku lat. Zgodnie z danymi United Nations Environment Programme pierwszy raz małych drobinek tworzyw sztucznych, między innymi w kosmetykach, użyto ponad 50 lat temu. To większa świadomość tego, jak wielką szkodę czynią środowisku, pojawiła się stosunkowo niedawno. Za to świadomi tego, że nie można zostawiać po sobie śmieci na plaży, w parku, na ulicy ani w innych miejscach, jesteśmy od bardzo dawna. Tylko dlaczego to niczego nie zmienia?

Agata Porażka. Dziennikarka weekendowego magazynu Gazeta.pl, wcześniej pisała dla Wirtualnej Polski. Twórczyni cyklu Zagrajmy w Zielone, który skupia się na tym, co powinniśmy zrobić, by zamiast niszczyć, dbać o planetę. Interesują ją tematy związane z górami, środowiskiem i problemami współczesnego świata.

Piątka Weekendu: jak ograniczyć szkodliwość plastiku?

1. Ogranicz plastik na zakupach - zabieraj ze sobą materiałowe siatki na warzywa i owoce, zamiast korzystać z jednorazowych torebek dostępnych w sklepach. Wybieraj sklepy zero waste, w których możesz przesypywać i przelewać produkty do własnych pojemników. 2. Segreguj śmieci zgodnie z zaleceniami w danym regionie. Dzięki temu szansa, że materiały zostaną poddane recyklingowi, jest większa. 3. Zawsze zabieraj śmieci ze sobą i wyrzucaj je do odpowiedniego śmietnika - pamiętaj o tym także latem, nad wodą. 4. Spróbuj zastąpić jednorazowe produkty, takie jak plastikowe butelki na wodę czy opakowania na kanapki, rzeczami wielokrotnego użytku, np. ze szkła. 5. Edukuj swoją rodzinę i znajomych na temat szkodliwości plastiku i tego, jakie szkody wyrządza w środowisku.