artykuły
Andrzeja Wajda/Plakat 'Niewinni czarodzieje' (fot. autor nieznany - 'Kino' 1979, nr 1, s. 9, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=70433108/ZDF 'Kadr')
Andrzeja Wajda/Plakat 'Niewinni czarodzieje' (fot. autor nieznany - 'Kino' 1979, nr 1, s. 9, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=70433108/ZDF 'Kadr')

To miało być klasyczne love story. Jerzy Andrzejewski od anonimowego nadawcy dostał listy dwojga młodych zakochanych powstańców. Korespondencję otrzymał tuż po wojnie i od razu wpadł mu do głowy pomysł na film. Ale miał problem z fabułą. Pewny był tylko tytułu, który zaczerpnął z pierwszej części "Dziadów" Adama Mickiewicza. Po wielu latach o pomyśle opowiedział Andrzejowi Wajdzie, z którym spotkał się przy ekranizacji "Popiołu i diamentu". Postanowili nakręcić "Niewinnych czarodziei", ale scenariusz wciąż ich nie satysfakcjonował. Na szczęście na drodze twórców stanął Jerzy Skolimowski, wówczas 20-letni poeta.

"Musi być boks, jazz, fajny facet i fajne dziewczyny"

- Zostałem wysłany do Domu Pracy Twórczej w Oborach pod Warszawą. Tam pracowali nad scenariuszem Andrzej Wajda i Jerzy Andrzejewski. Ponieważ byłem w sumie najmłodszy w tym kręgu, dano mi to do zaopiniowania. Ja w tym okresie istnienie kina w ogóle lekceważyłem i nazwisko Wajdy to nie była dla mnie świętość - wspominał po latach Skolimowski.

Docenionemu już za "Kanał" i wspomniany "Popiół i diament" reżyserowi zarzucił, że dialogi do niczego się nie nadają. - "Wszystko jest beznadziejne, to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością" - buńczucznie rzuciłem Wajdzie w twarz. "To może, panie Jerzy, zaproponuje pan swoją wersję czy historię?" - usłyszałem od Wajdy. Napisałem wtedy w ciągu jednej nocy dwadzieścia kilka stron - opowiadał podczas projekcji filmu w kinie L'Arlequin we Francji.

Kolejne pomysły 20-latka trafiły na podatny grunt. W końcu twórcy od samego początku chcieli dotrzeć do młodych ludzi, którzy nie mają wojennych doświadczeń. Historię powstańców porzucili. - Musi być boks, musi być jazz, musi być fajny facet, który ma fajny skuter, i spotyka fajne dziewczyny. Podrywa je, udaje mu się albo nie i do tego ma czasem refleksje - upierał się Skolimowski .

Dwa tygodnie po przypadkowym spotkaniu w Oborach tekst był gotowy. Ostatecznie Skolimowski i Andrzejewski napisali go wspólnie. Premiera filmu odbyła się 17 grudnia 1960 roku.

Fot. Michał Mutor/Agencja Gazeta/By Unknown photographer - scanned from Ty i Ja monthly, # 4 (108) 1969, Warsaw, Poland, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=6519876

 "Niewinni czarodzieje", czyli opowieść o one night stand

Tytułowi "niewinni czarodzieje" to Bazyli - w tej roli niezapomniany Tadeusz Łomnicki -  i Pelagia - w którą wcieliła się wówczas nikomu nieznana Krystyna Stypułkowska.

On - lekarz sportowy, który dla przyjemności gra w piwnicy muzycznej. Nie ma wygórowanych ambicji. Marzy o domu i samochodzie. Chętnie wdaje się w przelotne znajomości z kobietami. Wbrew pozorom jest zamknięty w sobie. Zewnętrzną pewność siebie buduje w specyficzny, ale skuteczny sposób - tleni włosy, jeździ motocyklem.

Ona to jedna z dziewczyn przypadkowo spotkanych w lokalu muzycznym. Więcej o niej nie wiemy.

Bazyli odprowadza Pelagię na dworzec, ale spóźniają się na pociąg. Dlatego trafiają do jego mieszkania. Do tej pory sprowadzał tam kochanki, tak miało być i tym razem. Niezobowiązująca rozmowa przerodziła się w intelektualny i przesycony namiętnością flirt.

Pelagia realizuje z Bazylim ustalony schemat perfekcyjnego wieczoru. Spisują na kartce poszczególne kroki. Z dialogu bohaterów dowiadujemy się, że są to: "kieliszek wódki oraz prezentacja (zmyślonych) imion, pocałunek, rozmowa intelektualna i tapczan". I tu można postawić kropkę. "Niewinni czarodzieje" opowiadają o one night stand - miłosnej przygodzie na jedną noc.  

 

W rolach głównych: "ostatecznie" Łomnicki i przyszła dyplomatka

W filmie zagrała plejada gwiazd - Kalina Jędrusik, Sława Przybylska, Teresa Szmigielówna, Jerzy Skolimowski, Zbigniew Cybulski, Krzysztof Komeda, Roman Polański. Wybór odtwórców głównych ról skrytykował sam Wajda. - Czułem, że jest w tej parze jakaś sztuczność. Po latach dopiero pomyślałem, że grać powinien kto inny. Oczami wyobraźni zobaczyłem Skolimowskiego i Elżbietę Czyżewską. Ale Skolimowskiego dopiero poznałem (.) Zagrał zresztą boksera - to go interesowało. A Czyżewska - nie wiedziałem wtedy jeszcze, że pojawi się taki wspaniały "twór" - opowiadał reżyser w Małopolskim Ogrodzie Sztuki.

Czy Wajda miał rację? Czy Skolimowski byłby lepszym wyborem do roli? Tego się nie dowiemy. Ale z pewnością dobrze rozumiał postać Bazylego, w końcu sam wykreował ją w scenariuszu. Na pewno nie musiałby też farbować włosów na blond i nie skończyłoby się to dla niego fryzjerską katastrofą. A tak było w przypadku Łomnickiego, któremu farba wypaliła włosy z tyłu głowy. Kiedy nagrywano sceny na ulicach Warszawy, dzieci krzyczały za nim: "O, ale głupi!".

Włosy miały upodobnić Bazylego do pierwowzoru postaci, czyli do Krzysztofa Komedy - główny bohater tak jak on był lekarzem i muzykiem. Skolimowski przyznał w jednym z wywiadów , że w postaci Bazylego zawarł też swoje cechy. - Młodego człowieka, blondyna, jeżdżącego na skuterze, grającego na bębnach - nie byłem, co prawda lekarzem, dlatego podnieśliśmy wiek głównego bohatera. Nie miał dwudziestu lat, tylko był już pod trzydziestkę. W każdym razie były tam jakieś autobiograficzne akcenty.

Wajda widział jednak w tej roli samych brunetów. Według relacji autora książki "To był jazz", Andrzeja Idona Wojciechowskiego, w Bazylego początkowo miał się wcielić Gustaw Holoubek lub Jan Machulski: - Trudno wyobrazić sobie Holoubka jako nerwowego perkusistę jazzowego. Na szczęście skończyło się na Tadeuszu Łomnickim, a powinno na Janie Machulskim, który (mało kto o tym wie) potrafił grać na perkusji. Reżyser o Janie Machulskim myślał na tyle poważnie, że aktor brał udział w zdjęciach próbnych.

Fot. Sawomir Sierzputowski / AG

Ostateczny wybór padł na Tadeusza Łomnickiego, który nie tylko przefarbował włosy, lecz także schudł do roli 10 kg. Andrzej Wajda cenił jego warsztat - pracowali razem wcześniej przy "Pokoleniu" - i to mogło zaważyć na zaangażowaniu właśnie jego. - Nie miałem pojęcia o pracy z aktorem. Łomnicki dał mi zaraz na początku kariery szansę uzupełnienia mego wykształcenia - wspominał Wajda w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" w grudniu 2000 roku.

A główna postać kobieca? Przypadła Krystynie Stypułkowskiej, która po "Niewinnych czarodziejach" zagrała jeszcze w zaledwie trzech filmach ("La Vita provvisoria", "Dziewczyna z dobrego domu", "Ślad kamieni")  i miniserialu ("Podziemny front"). Publiczność ją pokochała, ba, porównywała nawet do Audrey Hepburn! Ale Stypułkowska zniknęła z show-biznesu, do którego zresztą trafiła przypadkiem.

Była na pierwszym roku romanistyki, gdy do Polski przyjechał reżyser René Clair. Została zatrudniona jako tłumaczka i wpadła w oko Francuzowi. Komplementy na jej temat usłyszał inny reżyser - profesor łódzkiej filmówki, Antoni Bohdziewicz - i zaprosił ją do epizodycznej roli w "Kaloszach szczęścia". Tu jej kariera aktorki mogła się skończyć. Zadecydował jednak zbieg okoliczności, i to taki w filmowym stylu.

Kilka lat później spotkała Bohdziewicza ponownie, podczas spaceru na Starym Mieście. Wyżaliła się, że ma egzamin z gramatyki historycznej i prawdopodobnie go nie zda. Profesor znalazł rozwiązanie. - "Wie pani, Wajda szuka jakiejś dziewczyny do filmu, niech pani pojedzie do Łodzi". A dla mnie Wajda po "Popiele i diamencie" to był Pan Bóg, mniej więcej, jeżeli nie więcej - wspominała po latach .

Egzamin z gramatyki historycznej zdała. Ale film traktowała jedynie jako przygodę. Wyjechała z Polski - najpierw do Włoch, później do Stanów Zjednoczonych. Od 1980 roku pracuje w Instytucie Służby Zagranicznej i nie wybiera się na emeryturę. W biografiach twórców "Niewinnych czarodziei" sporo było przypadków. Przecież sam Wajda chciał zostać malarzem. Dopadł go kryzys twórczy, podczas wakacji ze znajomymi w Sopocie zaczął się zastanawiać, czy może by nie spróbować z kinem. Przeszkody widział dwie: nie miał o kinie pojęcia i nie chciał przerywać pobytu w Spocie.

- (...) Pomyślałem sobie jednak, że może trzeba zacząć wszystko od nowa. I tu dylemat: z jednej strony te egzaminy, z drugiej niechęć do rezygnacji z wakacji nad morzem. No i powiedziałem sobie: jak nie będzie pogody, to trzeba wsiadać w pociąg i jechać do Łodzi. I rzeczywiście, tak się stało, że następnego dnia było pochmurno, padał deszcz - opowiadał w jednym z wywiadów.

Zobacz wideo Kenneth Branagh - cudowne dziecko brytyjskiej sceny

Dialogi sztuczne, bohaterowie nieprawdziwi

Wajda mawiał, że "Niewinni czarodzieje" to jedna z najbardziej obojętnych politycznie produkcji, jakie zrobił. Historia młodego lekarza nie dla wszystkich jednak taka była. Długo traktowano ją jako film jazzowy. Imperialistyczny jazz był wyklęty przez władze i uznawany za objaw wrogości. Dopiero 1953 rok i śmierć Stalina przyniosły zmianę. Jazz stawał się coraz popularniejszy, ale wciąż nie pasował do socjalistycznego społeczeństwa. A tu głównym bohaterem jest perkusista zespołu jazzowego. Dodatkowo ta "nieszczęsna" muzyka towarzyszy akcji niemal przez cały czas.

W "Niewinnych czarodziejach" udział wzięli czołowi artyści gatunku - między innymi Andrzej Trzaskowski, Jan Zylber, Andrzej Wojciechowski i oczywiście Krzysztof Komeda, który napisał do nich ścieżkę dźwiękową. Muzycy grali samych siebie, koncertowali w dusznym od dymu papierosowego klubie. Ale żona tego ostatniego, Zofia Komedowa, krytycznie wyrażała się o filmie : - Jest nieprawdziwy, przede wszystkim przez dialogi, które są sztuczne, nadęte jakimś takim pseudopoetyckim patosem. Nigdy nie mówiliśmy takim językiem. Byliśmy naturalnie szczerzy i prości.

 

"Kompletne zbydlęcenie"  i imperialistyczny jazz

Nieżyczliwi byli też polscy krytycy. Nieprzychylne recenzje ukazały się w "Trybunie Ludu" i "Przeglądzie Kulturalnym". Ba, przeciw był nawet Kościół - w 1961 roku Wydział Pomocy Duszpasterskiej Archidiecezji Warszawskiej wystosował pismo, w którym pojawiły się zarzuty, że jest to film nieodpowiedni dla młodzieży, którą pokazuje.

Także cenzura rozprawiła się z "Niewinnymi czarodziejami" surowo. Obraz młodego pokolenia, które nie miało żadnych ideałów, ambicji, żyło z dnia na dzień, a główną rozrywką było picie do rana i słuchanie jazzu, nie przystawał do socjalistycznej Polski.

- Poruszał tematy obyczajowe, a to się nie podobało władzom - opowiadał w 2015 roku Andrzej Wajda w Małopolskim Ogrodzie Sztuki podczas spotkania poświęconego "Niewinnym czarodziejom". - Cenzura przyczepiła się i kazała na przykład wyciąć scenę, w której Tadzio Łomnicki włącza magnetofon Tesla gołym palcem stopy. "Do czego to dojdzie! To kompletne zbydlęcenie" - usłyszałem. Jak mogłem pozwolić, by ten szczyt techniki był bezczeszczony? Sam najbardziej bałem się o scenę, w której grani, między innymi przez Romana Polańskiego i Krzysztofa Komedę, bohaterowie wygłupiają się i tanecznym krokiem, zygzakiem, kroczą w stronę Pałacu Kultury. Dziś państwo o tym nawet nie pomyślą, ale ja obawiałem się, że cenzorzy zobaczą w tej scenie kpinę z Pałacu.

Dla dygnitarzy PRL-u "Niewinni czarodzieje" byli pochwałą braku ambicji i nie pomogły zmiany w ostatnich minutach filmu.

"Zrobiłem ten film, żeby pokazać, że idzie młodość"

Ostatnia scena jest niejednoznaczna, daje nadzieję. To zakończenie wymuszone na reżyserze. Dziewczyna nie może spędzić nocy z chłopakiem i twierdzić, że nic się nie stało. Ona musi do niego wrócić. Choć Wajda w tej sprawie uległ, premiera i tak została wstrzymana. Film rok przeleżał na półkach.

- To był okres takiego gomułkowskiego purytanizmu. Być może Gomułka uważał, że skoro spędzili całą noc ze sobą, to niech coś z tego będzie! Gdy opowiadałam o tym na festiwalu w Wenecji, to dziennikarze turlali się ze śmiechu. Bo wszyscy reagowali w ten sposób: a więc nie można spędzić całej nocy z mężczyzną i wrócić jako virgo intacta (łac. nietknięta dziewica) - wspominała Stypułkowska .

Wajda widział to inaczej. Po nocy spędzonej z Bazylim Pelagia miała iść rano do szkoły. Zająć miejsce w szkolnej ławce obok podobnej do niej dziewczyny. Cyniczne zachowanie, brak złudzeń bohaterów miały być odwzorowaniem postawy całego pokolenia. - Zrobiłem ten film, żeby pokazać, że >idzie młodość, ale nie taka, jaką chciał widzieć rząd, nie ta z Nowej Huty, a właśnie taka, zupełnie inna, patrząca na Zachód, słuchająca jazzu, w kolorowych strojach, w dwóch różnych skarpetkach - opowiadał w Małopolskim Ogrodzie Sztuki. - A władza z jazzem walczyła. Walczyła z takim kostiumem. Wszystko musiało być przecież do siebie podobne. Młodzież szukająca własnej osobowości bardzo od tego odstawała .

 "Niewinnych czarodziei" "wskrzesił" Scorsese

Mimo chłodnego przyjęcia w Polsce film został jednak zauważony za granicą. Nagrodzony na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Edynburgu w 1961 roku, zbierał fantastyczne recenzje. "Oglądając >Niewinnych czarodziei, otrzymacie lekcję kina", "bardziej olśniewający niż bezładne szkice młodych reżyserów paryskich" - zachwycali się dziennikarze.

O "Niewinnych czarodziejach" świat usłyszał ponownie, gdy Martin Scorsese umieścił ich na liście 21 najważniejszych, zrekonstruowanych cyfrowo, polskich filmów. W zestawieniu, które przygotował, znalazły się między innymi: "Popiół i diament", "Człowiek z żelaza", "Ziemia obiecana", "Pociąg", "Faraon", "Krótki film o zabijaniu", "Barwy ochronne", "Eroica". Amerykanin dla promocji naszego kina zrobił naprawdę wiele. W ramach spotkań "Masterpieces of Polish Cinema" zorganizował w USA i Kanadzie wiele pokazów polskich produkcji. Jak tłumaczył podczas wizyty w Warszawie w 2011 roku, Polacy bardzo wpłynęli na jego pracę: - Kino polskie pokazało mi sposób opowiadania, którego nigdy nie podejrzewałem. (.) Zorientowałem się, że kiedy chcę przekazać coś aktorom albo operatorom, pokazuję im polskie filmy z lat 50.

Co w kinie tego okresu przemawia do niego szczególnie? "Mieszanka pasji, skrupulatnego rzemiosła, dynamicznych kompozycji, dylematów moralnych i konfliktów religijnych, często pokazanych z ostrym poczuciem humoru. (.) Można to poczuć w rytmie i intensywności, nawet w tych dziełach, które nie odnoszą się bezpośrednio do polityki" - pisał na łamach brytyjskiego magazynu "The Guardian" .

I z takim właśnie nastawieniem warto raz jeszcze sięgnąć po zapomnianych "Niewinnych czarodziei". To, cytując twórcę "Taksówkarza" czy "Chłopców z Ferajny", kino unikatowe: - Pokazywałem często [starsze] filmy Andrzeja Wajdy różnym producentom z Hollywood, a oni nie mogli w to uwierzyć, ponieważ nigdy czegoś takiego nie widzieli.

Podczas przygotowywania artykułu korzystałam z:

- S. Jagielski S., Polska Szkoła Filmowa na tle rodzimego kina [w:] T. T. Lubelski, I. I. Sowińska, R.R. Syska, Historia kina, t. 3. Kino epoki nowofalowej, Kraków 2015. - T. Lubelski, Wajda. Portret mistrza w kilku odsłonach, Wrocław 2006. - B. Michalak, Wajda - kronika wypadków filmowych, Warszawa 2016. - A. Michnik, R. Pajchel, J. Płażewski, Wajda: filmy, t. 1, Warszawa 1996.

Paulina Mudant-Siwicka.

Redaktorka magazynu Weekend.gazeta.pl. Ceni stare, nudne filmy i seriale z lat 90. Lubi gotować i grać w squasha.