W każdym miesiącu kilkadziesiąt ważkich społecznie tematów walczy o naszą uwagę. Od ekologii, przez politykę lokalną i globalną, po sytuację mniejszości lub błędy większości. Wojny, kryzysy zbrojne, smog, klęski żywiołowe - pobieżnie rozpoznane, przeskanowane w newsach, aż proszą się o wyrażenie opinii. Wyrażenie bezpieczne, kanapowe, ale na tyle wyraźne dla kręgu znajomych i obserwatorów z mediów społecznościowych, by pozwoliły sklasyfikować opiniującego jako osobę wrażliwą społecznie. Nawet jeśli w ramach ekologicznych działań ma na koncie jedynie zamianę foliówek na torbę bawełnianą, nic nie stoi na przeszkodzie, by dała sobie status #zerowaste.
Na bezpiecznym, pobieżnym, a zarazem bardzo popularnym wśród użytkowników social mediów wyrażaniu opinii i wirtualnym wspieraniu akcji społecznych opiera się trend slactivismu, od slack - luźny, niedbały oraz activism - aktywizm. Trend został zdefiniowany przez Organizację Narodów Zjednoczonych jako wspieranie sprawy przy pomocy prostych środków, ale bez angażowania się lub poświęcania dla wprowadzenia zmiany społecznej. Czasem trend ten nazywany jest też clicktivismem, od klikania w lajki i serduszka. Dajemy więc wirtualny kciuk w górę zamiast demonstrować czy pracować na rzecz wybranej społeczności. Ile jest w tym internetowym wspieraniu idei chęci zaznaczenia swojej "wrażliwej natury", a ile sytego samozadowolenia wynikającego z przekonania: zalajkowałem - pomogłem?
Od kliknięcia serduszka czy łezki do demonstrowania na ulicy lub dokarmiania psów w schronisku daleka droga. Z drugiej jednak strony dla pokolenia millenialsów i wchodzącego na rynek idei pokolenia Alpha, czyli osób urodzonych po 2010 roku, świat wirtualny jest środowiskiem naturalnym, w którym wyrażają poglądy i kształtują swoje postawy. Z raportu Viacom Marketing and Partner Insights (2018) wynika , że millenialsi uważają aktywność online za znaczącą i zarazem bezpieczną formę wpływania na rzeczywistość. 16 proc. więcej badanych millenialsów w stosunku do poprzedzającej ich generacji X jest chętnych do podpisania petycji online. Millenialsi głosują też portfelem: aż 86 proc. z nich deklaruje, że zaangażowanie społeczne marki znacząco wpływa na ich decyzję o zakupie jej produktu. Cytowana w badaniu jakościowym 25-latka tłumaczy, że udostępnianie treści o wybranym problemie społecznym w jej social mediach daje jej poczucie, że buduje świadomość innych na ten temat, a podpisanie petycji online wzmacnia jej przekonanie, że "robi coś małego, by pomóc".
Miara zaangażowania
Czy jednak to "coś małego" wystarczy, by zmienić rzeczywistość? Rozsiadanie się na kanapie i klikanie w łezki pod wideo o ginących wielorybach nie ruszy z podstaw zastanego porządku. Dr Micah White, aktywista i jeden z inicjatorów ruchu Occupy Wall Street, czyli serii demonstracji przeciwko nierównościom społecznym i chciwości korporacji, cytowany w artykule na Citizenlab buduje parabolę między slactivismem a jedzeniem z McDonald's. Jak mówi, "zaangażowanie polityczne staje się kwestią kliknięcia w kilka linków. [...] clicktivism z aktywizmem ma tyle wspólnego, ile McDonald's z domowym obiadem. Też wygląda jak posiłek, ale wartości odżywcze dawno już z niego zniknęły".
Jednak nie każdy jest zapalonym aktywistą zmieniającym świat. Większość użytkowników mediów społecznościowych, odcięta od sieci, i tak nie spędzałaby nocy na malowaniu transparentów i drukowaniu ulotek agitujących do walki o prawa mniejszości. Połowiczny, internetowy aktywizm nie musi więc osłabiać ich woli walki o lepsze jutro, bo takowej wcześniej w sobie nie mieli. Ale jak przekonuje James Denis w swojej niedawno wydanej książce pt. "Beyond Slactivism. Political participation on Social Media", slactivism jest na wyrost uznawany za "leniwy aktywizm". Tłumaczy, że jego negatywne postrzeganie oparte jest na błędnym przekonaniu, że zaangażowanie mierzymy czasem, jaki mu poświęcamy. Jak pisze, "niebezpiecznie jest zakładać, że im więcej czasu obywatel poświęca polityce, tym większy wpływ na nią będą miały jego działania". Czas jest ważny, ale technologia może go skrócić, a zarazem pomóc w efektywny sposób wspierać zmiany. Przybierający na sile trend cyfryzacji postaw społecznych umożliwił już przekazywanie pokaźnych darowizn bez ruszania się z fotela, a niedługo pozwoli na głosowanie online w wyborach. Trudno o bardziej efektywne połączenie aktywności w sieci z kształtowaniem rzeczywistości.
Ruch hasztagowy
Nie sposób też odmówić realnej skuteczności takim hasztagom jak #blacklivesmatter (udostępniony na Twitterze ponad 30 milionów razy po zabójstwie nastolatka pochodzenia afroamerykańskiego przez białego policjanta) czy #metoo (udostępniany przez kobiety otworzył światową dyskusję o molestowaniu seksualnym). W tych przypadkach akcje rozpoczęte w mediach społecznościowych znalazły ujście na ulicach wielu miast.
Jednak świadomość, że media społecznościowe potrafią dać ułudę realnego działania, zaczyna coraz bardziej kiełkować na gruncie amerykańskim. Z badania "Activism in the social media age" przeprowadzonego przez PewResearch Center w 2018 roku wynika, że 71 proc. badanych zgadza się z twierdzeniem, że "media społecznościowe sprawiają, że ludzie wierzą, że przyczyniają się do zmiany, gdy w istocie tego nie robią". Co ciekawe, 77 proc. badanych potwierdza, że media społecznościowe odciągają ludzi od naprawdę istotnych spraw.
Co więcej, naszą publicznością w kanałach społecznościowych są znajomi lub followersi, z których większość dzieli z nami poglądy. Przez to, że cały wall na Facebooku mamy zasypany wolnościowymi lub równościowymi hasłami, a zdjęcia przyjaciół zdobią flagi krajów dotkniętych kataklizmami lub ikonki zagrożonych wyginięciem zwierząt, możemy mieć złudne poczucie, że żyjemy w otoczeniu wrażliwych na krzywdę i zgadzających się z nami w ocenie świata ekologów i społeczników. Nic bardziej błędnego. Wzajemne potakiwanie i poklepywanie się po plecach w komentarzach nie stworzy realnego ruchu, jest raczej odhaczeniem obywatelskiego obowiązku. Choć zdarza się, że "ruch hasztagowy" może zatrząść światem. Jeden lajk niewiele zmienia, ale kilka milionów wybija masy - i czasem decydentów - ze strefy komfortu.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.
KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>
Alicja Wysocka-Świtała. Jest partner zarządzającą i współwłaścicielką agencji Clue PR. Od kilkunastu lat zajmuje się komunikacją lokalnych i globalnych marek. Zdobywała doświadczenie w agencjach sieciowych w Warszawie i Nowym Jorku, ma na koncie nagrody SABRE, Magellan Awards i KTR. Absolwentka dziennikarstwa na UW, studiowała amerykanistykę na UW i w Oslo. Prowadzi zajęcia z PR w Collegium Civitas. Zasiada w jury Złotych Spinaczy, Stevie Awards i Young Creatives oraz w Radzie Związku Firm Public Relations.