artykuły
Prosektorium w domu pogrzebowym (Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / AG) (Prosektorium w domu pogrzebowym (Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / AG))
Prosektorium w domu pogrzebowym (Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / AG) (Prosektorium w domu pogrzebowym (Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / AG))

Rak łączy ludzi*

Była szósta rano. Dziadek i ja podjechaliśmy pod dom, a przed nim stał wujek zmarłej z papierosem w ręku, gotowy nas powitać i wprowadzić do środka.  

- Przyjechali panowie po moją siostrzenicę Sarę. - Głęboko zaciągnął się w połowie wypalonym papierosem, wydmuchał dym w rześkie poranne powietrze i wyjaśnił, że Sara miała osiem lat, a od czterech zmagała się z rakiem. - Jest w salonie z matką, Joan. Proszę za mną - zachęcił.

Weszliśmy do domu, do salonu, po którym porozsiewani byli członkowie rodziny w liczbie około dwudziestu - niektórzy siedzieli, inni stali, jeszcze inni leżeli na podłodze. Część gości w pomieszczeniu łączyły nie więzy krwi, ale stopniowy wzrost anormalnych komórek i wspólna walka z nimi. Rak na swój sposób tworzy mieszane wspólnoty ludzi związanych nie przynależnością do jednego Kościoła, tej samej drużyny sportowej czy jakiegoś klubu, lecz wspólnymi zmaganiami, bólem i przypadkowymi spotkaniami w szpitalach dziecięcych.  

Dziadek obszedł pokój, żeby uściskać wszystkich, którzy mieli na to ochotę. Ja wziąłem na siebie logistykę: rozejrzałem się po pokoju, żeby ustalić, jak wykonamy nasze zadanie, czyli wtoczymy nosze w tę zatłoczoną przestrzeń i przewieziemy Sarę do vana. Kiedy tak się rozglądałem, zdałem sobie sprawę ze zdumiewającego faktu: nigdzie nie zauważyłem zmarłej dziewczynki. Kiedy osoba w ostatnim stadium choroby umiera w domu pod opieką hospicyjną, jak było w przypadku Sary, hospicjum nieraz tymczasowo ustawia łóżko szpitalne w salonie na parterze, by większe grupy gości mogły bez trudu odwiedzać umierającego. To dzięki tym małym gestom ze strony hospicjum śmierć i umieranie stają się nieco wdzięczniejsze, zwłaszcza z punktu widzenia przedsiębiorców pogrzebowych i ich pleców. O wiele łatwiej jest, gdy ludzie umierają na parterze, nie tak jak Jack McClure, który miał czelność odejść z tego świata w mieszkaniu na szóstym piętrze, akurat w dniu remontu windy. 

fot. Shutterstock

Choć łóżko Sary stało w salonie, ona w nim nie leżała. W przeciwieństwie do części rodzin, które życzą sobie tylko, żebyśmy przyjechali, zabrali ciało i wykonali naszą robotę, bliscy i przyjaciele Sary chcieli wyjaśnić nam, kim była dziewczynka, ile dla nich znaczyła. Podzielenie się z nami opowieściami o Sarze - dość wprawdzie zwięzłymi o szóstej nad ranem - było dla nich ważne, ponieważ wierzyli, że w ten sposób Sara zamieszka w nas i my także staniemy się dla niej przybraną rodziną. 

Opowiedzieli nam, jak dodawała otuchy chorym na raka pacjentom w szpitalu, robiła dla nich laurki i zawsze dzieliła się swoimi ukochanymi czekoladkami Hershey's Kisses. Jak zawsze udawało jej się wykrzesać z siebie uśmiech, nawet w najczarniejszych chwilach. Mówili o jej pragnieniu, by umrzeć w domu, a także o tym, że w ostatnich dniach martwiła się nawet, jak rodzina poradzi sobie po jej śmierci. Było coś rozczulającego w tym, jak opowiadali te historie, jak mówili o Sarze, w tym, jak prawdziwa stała się ona dzięki nim w oczach całkiem obcych ludzi, czyli nas. 

Po wysłuchaniu opowieści, po ich wchłonięciu, zapytaliśmy, czy są gotowi, byśmy zabrali zwłoki. Przytaknęli; wszyscy zdążyli się już pożegnać. Wtedy zadałem oczywiste pytanie: - Gdzie jest Sara? - Tutaj - odparła Joan, jej matka.

I wtedy ją zobaczyliśmy. Joan trzymała w ramionach małą dziewczynkę, na oko pięcioletnią, w dzierganej czapeczce na głowie. Ponieważ było tak wcześnie, założyliśmy po prostu, że jedna z młodszych sióstr Sary zasnęła na rękach u Joan. Przez nakrycie głowy nie mogliśmy zauważyć, że dziecko straciło włosy w wyniku chemioterapii. Okazało się, że Sara zmarła w ramionach matki i tam już została, sama skóra i kości, ciałko na tyle potężne, by wypełnić cały pokój ludźmi. 

Dziadek przyklęknął i, jak gdyby Sara była po prostu śpiącym dzieckiem, wsunął ręce pod jej głowę oraz uda, podniósł ciało z kolan matki i zaniósł na nosze. 

Istnieje różnica między empatią a współczuciem i jest to rozróżnienie ważne dla osób pracujących w zawodach opiekuńczych. Doktor Nicola Davies pisze na swojej stronie: 

Wyobraź sobie, że znalazłeś się na dnie głębokiej ciemnej dziury. Zerknij w górę, a u jej wylotu ujrzysz może twarze niektórych przyjaciół i członków rodziny, którzy czekają na ciebie, słowami dodają ci otuchy i cię wspierają. To jest współczucie; ci ludzie chcą pomóc ci wydostać się z dołu, do którego wpadłeś. Mogą być dla ciebie pomocą, ale nie w takim stopniu, jak osoba stojąca tuż obok ciebie - osoba, która tkwi w tej dziurze razem z tobą i widzi świat z twojej perspektywy; to jest empatia. 
fot. Shutterstock

Zdarzają się chwile, kiedy przedsiębiorcy pogrzebowi mogą ofiarować jedynie współczucie, kiedy odczuwanie pełnej empatii względem danej osoby nie leży w zasięgu naszych możliwości. W końcu osoba ułożona w trumnie nie jest moim ojcem. Nie jest moją córką. Nie należy do mojej rodziny. I na tym polega nasza praca. Płacą nam, żebyśmy wszystkim zarządzali. Płacą nam, żebyśmy byli zrównoważonym umysłem w morzu rozchwianych dusz. I, szczerze mówiąc, naprawdę nie zniósłbym więcej. Nauczyłem się zachowywać pewien poziom obiektywizmu, bo jeden człowiek jest w stanie współodczuwać z innymi tylko określoną ilość bólu, żalu i rozpaczy, inaczej załamie się i wypali. (A uwierzcie, niektórzy z nas naprawdę doświadczyli załamań i wypaleń). 

Ale zdarzają się też sytuacje, kiedy nic nie mogę poradzić na to, że dana historia mnie wciąga. Uczestniczę w niej nie tylko jako przedsiębiorca pogrzebowy, ale i jako pełnoprawny bohater rozgrywającego się dramatu życia i śmierci. Tego rześkiego ranka dziadek i ja, jak wszyscy pozostali obecni w pomieszczeniu, zostaliśmy wciągnięci w życie Sary. Załadowaliśmy ją do vana i w ciszy pokonaliśmy drogę powrotną, po części dlatego, że byliśmy zmęczeni i jeszcze nie piliśmy kawy, a po części dlatego, że przetwarzaliśmy wszystko, czego przed chwilą byliśmy świadkami.  

Dar dziadka

Wróciłem do domu pogrzebowego ze świadomością, że rodzina Sary chce, byśmy zabalsamowali jej drobne ciało. Nie lubię balsamować dzieci; naprawdę tego nie lubię. Podejrzewam, że żaden balsamista za tym nie przepada. Ale fakt, że jesteśmy z żoną bezpłodni, uczynił mnie szczególnie wrażliwym na widok martwych dzieci. Na szczęście miałem coś innego do zrobienia, więc - nieco samolubnie, a trochę w akcie samoobrony - zostawiłem dziadka samego, żeby zabalsamował to młode ciało, wyniszczone przez raka i chemioterapię. On także poczuł się w pewien sposób związany z Sarą i jej rodziną. Jest osobą lubiącą dotyk, więc gdy ma okazję poprzytulać ludzi, otwiera się jego serce, serce, z którego wypływa miłość, miłość przybierająca postać tego, co dziadek nauczył się ofiarowywać niczym prezent, co doprowadzał do perfekcji przez ponad sześćdziesiąt lat: postać balsamowania. 

Balsamowanie to nieskomplikowany proces zamiany. Opróżniamy ciało z krwi, a jednocześnie napełniamy je płynem, który spowalnia i wstrzymuje proces rozkładu. Jeżeli przyłożysz palec do prawej strony szyi, wyczujesz tętnicę szyjną pulsującą wraz z każdym uderzeniem serca. Właśnie ją otwieramy. Nacinamy szyję, a następnie do skutku szukamy tejże tętnicy wśród mięśni i ścięgien (choć powinienem dodać, że nie wszyscy balsamiści używają tej samej tętnicy co my).  

Obok tętnicy szyjnej znajduje się żyła szyjna. Unosimy obie, każdą obwiązujemy sznurkiem, żeby je od siebie oddzielić, i w obu robimy małą dziurkę. Cały proces przypomina trochę wsadzenie ręki do miski pełnej spaghetti z sosem pomidorowym w celu wymacania pojedynczego penne ukrytego na dnie. 

Krematorium (fot. Michał Grocholski / AG)

Maszyna do balsamowania to czysto "pragmatyczne" urządzenie. Nasza, marki Porti-Boy, kształtem przypomina Daleka z Doktora Who i nie grzeszy efektownym ani stylowym wyglądem. Na górze znajduje się zbiornik na płyn, na dole kilka pokręteł, a kiedy ją włączamy, zaczyna pompować roztwór płynu do balsamowania przez gumową rurkę, którą przyłączamy do tętnicy szyjnej. Ciśnienie wytwarzane przez porti-boy wtłacza płyn do systemu tętniczego, wypychając krew przez żyłę szyjną. Szkarłatna ciecz spływająca po naszym porcelanowym stole do balsamowania to piękny widok. Jej strużka naprzemiennie staje się cieńsza i wzbiera, przyjmuje różne barwy i odcienie, jak na przyśpieszonym nagraniu ukazującym zachód słońca w pogodny jesienny dzień. 

Mimo że mam pewne zastrzeżenia co do balsamowania, czasami zapewnia ono pogrążonym w żałobie rodzinom drobną pociechę w tym niezmiernie trudnym okresie. A niewielu balsamistów dorównuje mojemu dziadkowi w urzeczywistnianiu tej pociechy. 

Po dwóch godzinach wsunąłem głowę do kostnicy, żeby rzucić okiem na rezultat pracy dziadka. To, co zobaczyłem, nie miało wiele wspólnego z dziewczynką, którą odebraliśmy o szóstej rano. Skóra Sary, wcześniej pociągnięta szarą bladością, miała teraz zdrowy, cielisty kolor. Nawet rozmiar jej ciała wydawał się naturalniejszy, bo płyn do balsamowania zrekompensował straty spowodowane chorobą. 

- To zasługa naszego Pana! - odpowiedział dziadek, gdy skomplementowałem go za świetnie wykonaną pracę. - Zawsze pomaga mi w trudnych przypadkach.

W prywatności swojego umysłu wątpiłem, czy Bóg jakkolwiek kierował ruchami dziadka. Ale niezależnie od tego, czy Pan istotnie mu pomógł czy nie, wiedziałem, że myśl o Bogu, który dotrzymuje dziadkowi towarzystwa w mrokach jego sztuki, jest właśnie tym, czego potrzebuje, by radzić sobie z zadaniem balsamowania martwego dziecka. 

W końcu śmierć zawiera się w starciu przeciwieństw, które w zdumiewający sposób pozwalają nam jakoś się trzymać. W śmierci odnajdujemy zarówno to, co odrażające, jak i to, co piękne; być może nigdzie nie uwidacznia się to wyraźniej niż w makabrycznej, lecz nieraz pięknej sztuce balsamowania. W śmierci dostrzegamy, jak wokół jednostki tworzy się wspólnota; to z kolei nigdzie nie objawia się pełniej niż na pogrzebie. 

fot. Shutterstock

Czekoladki w trumnie

Nadszedł dzień ceremonii. Sara miała na sobie świeżo kupioną sukienkę i leżała w małej białej trumnie. Z obu stron otaczały ją kwiaty od rodziny. Dziadek pracował niezmordowanie, by ubranie i makijaż wypadły perfekcyjnie. Z jego zmęczonej twarzy mogłem wyczytać, że sięgnął granic swojej fizycznej i emocjonalnej wytrzymałości. Mimo że dar dziadka był taki dziwaczny, taki przerażający i barbarzyński, to właśnie dzięki niemu tego dnia rodzice Sary, Joan i Jim, mogli ujrzeć córkę wyglądającą lepiej niż wiele miesięcy przed śmiercią. 

Wszyscy posiadamy dary, które możemy ofiarować na okoliczność śmierci. Przybierają one postać kart z kondolencjami albo opowiedzianej historii, albo wykonanego telefonu, przyniesionego jedzenia lub zwyczajnej wizyty. Niektóre spośród tych prezentów mogą się wydawać się zepsute albo małe. Jeszcze inne liche. Ale gdy zbierze się je wszystkie w całość, tworzą pełniejszy obraz. Wszystkie te fragmenty, wszystkie te podarki łączą się w chwili śmierci, układając się w swego rodzaju chaotyczną mozaikę, żywe upamiętnienie - najlepsze ze wszystkich możliwych upamiętnień - i uczczenie tego, co reprezentował sobą zmarły, kogo i co kochał, co znaczył. 

Chodząc po tej ziemi, rozdajemy kawałki siebie (a czasami, jak Sara, garści czekoladek Hershey's Kisses). Ponieważ Sara rozdała kawałki siebie,część niej została z nami, bo im więcej miłości rozdajesz, tym bardziej żyjesz w swojej społeczności, nawet po śmierci. 

Pogrzeb - jakkolwiek go definiujemy - to moment, gdy wszystkie te części i odłamane fragmenty, które rozdałeś, skupiają się w jednym miejscu i tworzą wspólnotowe zmartwychwstanie twojego jestestwa, twojej osoby w zgromadzeniu ludzi, których dotknąłeś za życia.  

Tamtego dnia, na pogrzebie Sary, wszyscy - wliczając w to dziadka i mnie - przyszliśmy z naszymi odłamanymi kawałkami. Niektóre z nich, jak mój, były małe, a inne ogromne, niektóre matowe, inne błyszczące. Niektóre składały się ze wspomnień o laurkach wykonywanych przez Sarę. Inni przynieśli czekoladę, którą potem włożyli do trumny. Każdy fragment był częścią całości. I podczas tej ceremonii, owego dnia, gdy wszystkie kawałki złączyły się w jedno, tam, pośród nieogarnionej żałoby, zrodziło się poczucie radości. Jej śmierć, podobnie jak jej życie, stworzyła coś pięknego: nas. 

Autor, Caleb Wilde (po prawej), wraz z ojcem (po lewej) i dziadkiem (w środku) (mat. prasowe)

Po czuwaniu i pogrzebie wyprowadziliśmy wszystkich z kaplicy, bo miało nastąpić zamknięcie trumny. Rodzice Sary, a także dziadkowie z obu stron zostali w budynku wraz z moim dziadkiem i ze mną. Popłynęły łzy. Mój dziadek stał - jak to ma w zwyczaju - wśród rodziny, obejmując osoby znajdujące się najbliżej. Tym razem padło na ojca Sary Jima oraz jej matkę Joan. Po minucie wpatrywania się w córkę w wypełnionej łzami ciszy Joan uściskała dziadka. Oparła głowę na jego ramieniu i zaczęła szlochać, a w końcu wykrztusiła: 

- Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję.

Słowa te skierowała do dziadka, ponieważ ciężką pracą sprawił, że Sara prezentowała się przepięknie. Ale, niezależnie od tego, że Sara w trumnie wyglądała jak żywa, to jej życie - wszystko, co od siebie dała - wskrzesiło ją tamtego dnia. My, każde z nas, byliśmy częścią mozaiki Sary i choć ona umarła, wszyscy zgromadzeni - jej rodzina, przyjaciele, a nawet przedsiębiorcy pogrzebowi - na tę jedną chwilę przywrócili ją do życia. 

*Fragment książki "Wyznania przedsiębiorcy pogrzebowego" Caleba Wilde'a. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak Horyzont

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>