artykuły
Dysmorfofobia to zaburzenie, które polega na tym, że jesteśmy ciągle niezadowoleni z wyglądu jakiejś części ciała, często twarzy (fot. Shutterstock)
Dysmorfofobia to zaburzenie, które polega na tym, że jesteśmy ciągle niezadowoleni z wyglądu jakiejś części ciała, często twarzy (fot. Shutterstock)

W czasach kiedy producent Barbie wypuszcza linię lalek wzorowanych na najsilniejszych kobietach świata, w reklamach Nike influencerka Paloma Elsesser - niemająca wiele wspólnego z rozmiarem S - prezentuje sportowe staniki, a hasło "body positive" jest odmieniane przez wszystkie przypadki, stare dobre platformy, takie jak Facebook czy Snapchat, nie zawodzą w promowaniu odrealnionych wizerunków kobiet.

Kilka kliknięć i dzięki filtrowi na Snapchacie, który w zeszłym roku wprowadził do swojej aplikacji funkcję augmented reality, czyli nakładania obrazu z kamery i podbijania go w 3D, twarz z przeciętnej i zmęczonej zmienia się w portret z bajki o księżniczce. Na pozór taki obraz jest nieszkodliwy. Zestawiony jednak z prawdziwym zdjęciem uwydatnia nasze braki - duży nos, wąskie oczy, kwadratową szczękę. I wiele innych cech, które sprawiają, że nie wyglądamy jak żywe ilustracje z historii o Królewnie Śnieżce.

Paloma Elsesser w kampanii Nike (mat. prasowe)

Niewinna zabawa z filtrami to pochodna zabawy w robienie selfie, która niepostrzeżenie u niektórych użytkowników Snapchata, Instagrama i FB zmienia się w uzależnienie określane jako selfitis. Polega ono na maniakalnym robieniu ujęć samego siebie i wrzucaniu ich do sieci.

Według badań z 2017 roku, na które powołuje się The Telegraph , najwięcej użytkowników Facebooka i zarazem najwięcej ofiar śmiertelnych na skutek robienia selfie w niebezpiecznych miejscach jest w Indiach. Szacuje się, że w latach 2011-2017  ok. 160 osób straciło życie podczas wykonywania autoportretów za pomocą smartfona.

Filtry mogłyby zostać tam, gdzie ich miejsce, czyli w smartfonie, i nie byłoby powodu o nich pisać, gdyby nie to, że coraz więcej osób podchodzi do efektu osiąganego dzięki nim na tyle poważnie, że decyduje się na ingerencję we własny wygląd. Jeśli ostatecznie nie wybierają skalpela chirurgicznego, przyglądają się sobie coraz uważniej i z coraz większym niezadowoleniem. Dysfunkcja? Fobia? Dwa w jednym - dysmorfofobia, czyli zaburzenie psychiczne, które polega na tym, że permanentnie jesteśmy niezadowoleni z wyglądu jakiejś części ciała, często twarzy. A problem ten jest zwykle mocno wyimaginowany. Znane od lat zjawisko nabiera nowego wymiaru w dobie Snapchata, potęgując u niektórych osób poczucie nieadekwatności i brzydoty. Zostało ono szerzej opisane w raporcie amerykańskiego periodyku JAMA Facial Plastic Surgery pt. "Snapchat dysmorfofobia" . Według autorów raportu zaburzenie to dotyka głównie kobiet. Nie potrafią one zaakceptować swojego realnego wyglądu i dużo by dały za to, by świat oglądał tylko ich wygładzone oblicze.

fot. Shutterstock

Niezadowolenie z siebie potęgowane przez social media to zjawisko potwierdzone niedawno w brytyjskich badaniach Millenium Cohort Study, które zostały przeprowadzone wśród 11 tysięcy 14-latków. Wynika z nich, że 40 proc. dziewcząt, które spędzają powyżej pięciu godzin dziennie w mediach społecznościowych, wykazuje symptomy depresji. A powyżej 60 proc. dziewcząt cierpiących na depresję jest niezadowolonych ze swojego wyglądu. Niezależnie od kraju wyniki tego typu badań wyglądałyby zapewne podobnie. Celebrytki prześcigające się w wypełnianiu botoksem i kwasem hialuronowym wszystkich elementów swoich twarzy to wciąż standard w społecznościówkach, mimo pozornego zwrotu ku naturalności, ekologii i autentyczności. Korekta nosa, szczęki i ust zaczęła już funkcjonować wśród amerykańskich lekarzy jako tzw. "pakiet Kylie". Jego nazwa pochodzi od 21-letniej celebrytki Kylie Jenner, która dokonała właśnie takich ingerencji w swoim wyglądzie. Tego typu "pakiety" można by mnożyć.

Filtry jako imitacja chirurgicznego skalpela dają poczucie wszechwładzy. Każda użytkowniczka może na chwilę stać się super dziewczęcą i słodką wersją siebie. Co jednak, jeśli nie ma ochoty opuszczać świata wróżek i zamiast wracać do rzeczywistości kieruje się na fotel lekarza medycyny estetycznej? - W mojej praktyce każdego dnia spotykam się z widocznym wpływem mediów społecznościowych na pacjentki. W końcu gdy obserwujemy piękne, wystylizowane twarze bez skazy, może się nam wydawać, że wszyscy powinni tak wyglądać i do takiego ideału należy dążyć - mówi dr Marcin Ambroziak, dermatolog. Podkreśla jednak, że choć widzi wpływ mediów społecznościowych na kobiety, to wśród jego pacjentek nie ma on znamion patologicznych.

fot. Shutterstock

Nie ma nic złego w korzystaniu ze zdobyczy medycyny estetycznej, pod warunkiem że motorem napędowym zmian w wyglądzie nie jest brak samoakceptacji. Czy łatwo jest przekroczyć granicę pomiędzy lekką korektą nosa a uporczywym poprawianiem wyglądu? Dr n. med. Jacek Bierca, ordynator Oddziału Chirurgii Ogólnej Szpitala Powiatowego w Ostrowi Mazowieckiej i zastępca Naczelnego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Lekarzy tłumaczy, że z jednej strony pacjent jest panem swojego ciała, i to jego sprawa, czy decyduje się na ingerencję w wygląd. Z drugiej strony, podkreśla dr Bierca, każda taka ingerencja ma następstwa. - Nie mówimy o struganiu stołu, tylko o żywym organizmie. Nie powinno się tego traktować bardzo luźno: pani sobie życzy, to ja robię zabieg. Powinno się brać pod uwagę aspekt medyczny: konsekwencje, powikłania, osiągalny efekt, który nie zawsze jest do przewidzenia. Inaczej robi nam się z medycyny estetycznej trochę takie fryzjerstwo: pani płaci i wymaga - podsumowuje.

Dr Bierca zaznacza, że niezwykle ważny jest również aspekt psychiczny tego typu zmian, dlatego chirurg medycyny estetycznej powinien być też po części psychologiem i czasem odwieść pacjentkę od zaplanowanego przez nią zabiegu. Podobny pogląd ma dr Ambroziak. - Lekarz powinien odstąpić od leczenia pacjentki, która zdradza objawy zaburzeń psychicznych, w jakikolwiek sposób powiązanych z jej wyglądem - mówi dermatolog. - W medycynie piękna są pewne cechy wyglądu uznane za idealne w danej cywilizacji i czasie. Dążymy do nich, niestety, czasami bez opamiętania. W momencie gdy planowana zmiana zajmuje całą naszą uwagę, lub kolejne próby zmiany wyglądu nie poprawiają nastroju lecz wręcz go pogarszają, należy zwrócić się o poradę do psychologa - radzi dr Ambroziak.

fot. Shutterstock

Bieg po gładkie czoło i wyprasowane policzki to często wyścig z własnymi kompleksami. Naszą niepewność podsycają zachwyty nad "świeżo zrobionymi" twarzami celebrytek czy idealne twarze przepuszczone przez filtry, które powodują, że wyglądamy jak awatary. Wtedy przeglądanie własnych zdjęć zaczyna przypominać przeglądanie filmów na Netfliksie. Póki w kategorii sugerowanych wyskakują lekkie komedie, wciąż jest nam do śmiechu. Gorzej, gdy trafimy do kategorii filmów grozy.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Alicja Wysocka-Świtała. Jest partner zarządzającą i współwłaścicielką agencji Clue PR. Od kilkunastu lat zajmuje się komunikacją lokalnych i globalnych marek. Zdobywała doświadczenie w agencjach sieciowych w Warszawie i Nowym Jorku, ma na koncie nagrody SABRE, Magellan Awards i KTR. Absolwentka dziennikarstwa na UW, studiowała amerykanistykę na UW i w Oslo. Prowadzi zajęcia z PR w Collegium Civitas. Zasiada w jury Złotych Spinaczy, Stevie Awards i Young Creatives oraz w Radzie Związku Firm Public Relations.