Dla wyznawców sharentingu [od angielskich słów: share - dzielić i parenting - rodzicielstwo] każdy pretekst jest dobry, by pokazać online fragment dziecięcej epopei. Dokumentowanie życia od świtu do nocy weszło nam - dorosłym - w krew. Ale współdzielenie codzienności dzieci z całą społecznością podłączoną do smartfonów to już krok dalej.
Pierwszy, drugi i trzeci dzień po narodzinach, pierwsze i dziesiąte wypowiedziane słowo - w dziecięcym świecie chwil przełomowych jest dużo, a chęć ich zapisywania i zapamiętywania jest u rodziców naturalna. Decyzja o pokazywaniu ich całemu światu może być ryzykowna, nawet jeśli profil na Instagramie czy innych kanałach jest prywatny, a dostęp do niego restrykcyjnie przestrzegany. Trudno jednak nie ulec tej pokusie. Publiczność śledząca posty insta-rodziców żywiołowo reaguje na każde zdjęcie z sanek czy jasełek. Komentarze skrzą się serduszkami, całusami i wykrzyknikami, są pełne przymiotników, wśród których "słodki" i "wspaniały" wydają się oschłe. Następuje dwutorowy przepływ emocji - ja pokazuję urodziny czterolatka, w zamian dostaję bombę energetyczną od followersów, lubiących podglądać rzeczywistość innych.
Trudne słowo "zgoda"
Jak wynika z raportu London School of Economics z maja 2018 roku pt. "What do parents think and do about their children's online privacy?" ("Co rodzice sądzą o prywatności swoich dzieci w internecie i co robią w tym zakresie?") spośród rodziców, którzy przynajmniej raz w miesiącu korzystają z internetu (96 proc. badanych), większość, bo 75 proc., dzieli się zdjęciami lub filmami swoich dzieci. Im młodsi podopieczni, tym większa otwartość na rozpowszechnianie ich zdjęć. 60 proc. opiekunów dzieci poniżej 4. roku życia udostępnia ich zdjęcia na zamkniętych profilach w serwisach społecznościowych. W przypadku starszych dzieci - w wieku 14-17 lat - na udostępnienie ich zdjęć decyduje się tylko 47 proc. ankietowanych. Jedna czwarta badanych rodziców wrzuca film lub zdjęcie swojego dziecka średnio raz na tydzień. Jaka jest ich motywacja poza chęcią kolekcjonowania serduszek?
Jak mówi mi dr Veronica Barassi, badaczka z Goldsmith University, autorka projektu "Child Data Citizen", rodzice, których o to zapytała, podają różne powody. Część z nich deklaruje, że prowadzi "interaktywny dziennik" dla członków rodziny mieszkających w różnych zakątkach świata. Inni chcą dzielić się osiągnięciami dzieci lub dokumentować "piękno dnia codziennego". Jeszcze inni przekonywali, że wrzucili zdjęcia do sieci, bo byli o to proszeni przez same dzieci. Można jednak założyć, że były to raczej sytuacje wyjątkowe. Zazwyczaj dzieci nie bywają proszone o zgodę na upublicznienie ich wizerunku. Chociażby dlatego, że nie zrozumiałyby słowa "zgoda".
No właśnie, zgoda. Grząski grunt, po którym stąpamy za każdym razem, gdy posługujemy się czyimś wizerunkiem bez jednoznacznego przyzwolenia. W przypadku dzieci często decydują o tym sami rodzice, jak w większości innych sytuacji związanych z wychowaniem. Dzieci jednak szybko rosną, a ich wirtualne pamiętniki zostają tam, gdzie były - w sieci, łatwe do odszukania, zapisania i przesłania przez obcych ludzi.
Sieciowi drapieżnicy i zwykła publiczność
Kiedy wchodzimy w dorosłość, chcemy budować naszą historię od podstaw, a jeśli jest ona szczegółowo dokumentowana przez rodziców-reporterów od chwili naszych narodzin, możemy się do niej jedynie dopisać. I dorobić kolejne rozdziały do wstępu, ustawiającego już pewną narrację o naszym życiu. Przechodząc przez kolejne jego etapy - od mundurka szkolnego po garnitur, wciąż figurujemy w sieci jako mały Jasio, który umazany tortem macha radośnie do cioci na własnych piątych urodzinach.
Niemożność zbudowania własnej historii w dorosłym życiu to jeden aspekt. Drugi to udostępnianie szerokiemu gronu odbiorców pocztówek z dziecięcych wypraw na basen czy plażę. Nawet przy wyłączeniu geolokalizacji i obostrzeniach prywatności kilka kliknięć dzieli internetową społeczność od zajrzenia do pokoju naszego syna czy córki. Jak mówi Bex Lewis, wykładowczyni na Manchester Metropolitan University i autorka "Raising Children in Digital Age", cytowana w artykule Emine Saner z "Guardiana" z maja 2017 roku, nie należy wpadać w panikę w związku ze "społecznościówkami", ponieważ nie jesteśmy w stanie skontrolować wszystkich codziennych sytuacji, w których obcy mogą posłużyć się wizerunkiem naszych dzieci. Z jednej strony możliwe jest wykorzystanie przez niepowołane osoby fotografii maluchów zamieszczonych na Instagramie, z drugiej można po prostu zrobić zdjęcia dzieciom podczas zabawy w parku. Lewis zachęca jednak, by minimalizować ryzyko związane z publikowaniem wizerunku najmłodszych na kanałach społecznościowych. W jaki sposób? Ekspertka radzi, by nie pokazywać szczegółów z życia dzieci, szkolnych uniformów i momentów pozwalających odtworzyć ich codzienną rutynę. I przede wszystkim - by opinie dzieci na temat ich obecności w sieci uwzględniać od najmłodszych lat.
Jak podkreśla Veronica Barassi, stawianie granic w upublicznianiu zdjęć czy filmów jest ważne nie tylko dlatego, że w wirtualnych krzakach czyhają sieciowi drapieżnicy, zainteresowani, mówiąc oględnie, wizerunkami dzieci w różnych sytuacjach. Równie ważne, i zdaniem Barassi często lekceważone przez rodziców, jest ryzyko związane ze zbieraniem przez platformy społecznościowe danych użytkowników i sprzedawanie ich dalej. Dane te służą między innymi do tworzenia profili psychologicznych konsumentów. Wyobraźmy sobie czterolatka, który zaczyna funkcjonować w bazach danych jako fan strażaka Sama ubierający się w bluzy z Darthem Vaderem - i już wiemy, z jakimi treściami reklamowymi do niego trafić i jak później monitorować jego ścieżkę konsumencką, czyli wybory dokonywane przez niego i jego opiekunów w trakcie zakupów online.
W raporcie "Home Life Data and Children Privacy Report" Barassi sporo uwagi poświęca też wykorzystaniu sztucznej inteligencji i instalowaniu w domu wirtualnych asystentów jak Google Now czy Siri. Te urządzenia z wbudowaną asystentką głosową wspierają codzienne czynności, np. przygotowują skrót wiadomości, mogą być lektorami języka angielskiego dla dzieci, automatycznie włączają i wyłączają światła, zwijają rolety czy sterują odkurzaczem. Mają też wiele innych funkcji. Nie do końca jest jednak ujawniona zdolność tych systemów do śledzenia rutyny ich użytkowników i zapisywania danych na ich temat. Co za tym idzie, stała obecność inteligentnego urządzenia w mieszkaniu może mieć wpływ na zachowanie pełnej prywatności domowników, również dzieci.
Ekskluzywny kinderbal
Nie wszystkie sieciowe historie z małoletnimi aktorami w rolach głównych służą prezentacji wspaniałego życia, nakręcaniu potrzeb konsumenckich czy zabawie w rodzaju: zobacz, jak śmiesznie moje dziecko zjeżdża ze zjeżdżalni. Współdzielenie zdjęć i filmów może mieć wymiar terapeutyczny. Na naszym lokalnym podwórku są takie przykłady, jak Nicole Sochacki-Wójcicka funkcjonująca w internecie jako mamaginekolog . Nicole jest mamą wcześniaka i dokumentuje w sieci każdy dzień od jego narodzin. Jej dziennik online jest wsparciem dla innych kobiet, które zmagają się z podobnymi wyzwaniami w opiece nad dzieckiem. Podobny wymiar ma aktywność Dominiki Polak na Instagramie, gdzie pokazuje swojego synka z niepełnosprawnością kończynową. Dominika udowadnia, że życie z dzieckiem, które musi być poddane rehabilitacji, nie jest cukierkowe, ale może być wspaniałe. Nie do przecenienia w obu tych sytuacjach są słowa wsparcia od wirtualnej społeczności, doceniającej pokazywanie rodzicielstwa w różnych jego odcieniach.
Bywają jednak rodzice urzeczeni swoją wszechmocą i sprawczością, często większą w wirtualnym niż realnym życiu, którzy potrafią zatracić się w reporterskiej pasji. Z własnych profili w mediach społecznościowych tworzą pamiętniki, które często zamiast wzruszać, u niektórych odbiorców wywołują odruch "ratuj się, kto może", gdy do porannej kawy po raz kolejny mają zaserwowaną relację z zatrucia pokarmowego dwulatka.
Paź 28, 2018 o 8:15 PDT
Jak to ograniczyć? Nie po raz pierwszy zdrowy rozsądek będzie tu najlepszym doradcą. Ze starszymi dziećmi zawsze warto negocjować granice ich sieciowej ekspozycji. W ten sposób rodzice unikną w przyszłości konfrontacji z dorosłym dzieckiem zawiedzionym ich postawą. Zmierzenie się z idealnymi obrazami własnego dzieciństwa, które w rzeczywistości miało znacznie mniej tęczowe barwy, jest równie dużym wyzwaniem, jak ciągnące się za nami "radosne" historie o zjedzonej dżdżownicy czy taplaniu się w błocie, współdzielone przez życzliwych współpracowników piętnaście lat później.
W tak zwanym dorosłym życiu mamy i tak sporo wyzwań, a nasze tajemnice i słabe strony często poddawane są surowej krytyce wszystkich zainteresowanych. Ludzkość nie straci wiele, jeśli nasze zjadanie liści w wieku czterech lat nie ujrzy światła dziennego. My - i przede wszystkim nasze dzieci - możemy zyskać jedną sferę, do której wstęp mają tylko osoby z zaproszeniem, jak na bardzo wyjątkowy kinderbal.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.
KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>
Alicja Wysocka - Świtała. Jest partner zarządzającą i współwłaścicielką agencji Clue PR. Od kilkunastu lat zajmuje się komunikacją lokalnych i globalnych marek. Zdobywała doświadczenie w agencjach sieciowych w Warszawie i Nowym Jorku, ma na koncie nagrody SABRE, Magellan Awards i KTR. Absolwentka dziennikarstwa na UW, studiowała amerykanistykę na UW i w Oslo. Prowadzi zajęcia z PR w Collegium Civitas oraz zasiada w jury Złotych Spinaczy i Stevie Awards.