artykuły
Do aspiracyjnego stylu życia przynależy m.in. instacoffee (fot. shutterstock.com)
Do aspiracyjnego stylu życia przynależy m.in. instacoffee (fot. shutterstock.com)

Instagram nie został stworzony po to, by pokazywać reportaże z obszarów objętych wojną. Dlatego nie ma powodu obrażać się, że rzeczywistość w nim przedstawiona najlepiej komponuje się z kawą w kubku z sercem.

Rzut oka na listy najpopularniejszych hasztagów, które służą do zwiększania zasięgów zarówno prywatnym użytkownikom Instagrama, jak i firmom budującym na tym kanale swój wizerunek, uświadamia skalę panującej tam cukierkowości. Przyjmując, że skala ta miałaby rozpiętość od 1 do 10, na Instagramie osiąga ona poziom 11. Szczególnie jeśli chodzi o zachwalanie samego siebie i otoczenia, w którym przebywamy, nawet jeśli jest to biuro z meblami ze sklejki czy domek letniskowy pamiętający lata 70.

Oczywiście nie wszystkie hasztagi są utrzymane w tonacji pralinkowej. Tylko odpowiednie żonglowanie nimi, na własnym lub korporacyjnym profilu, może nas ustrzec przed trafieniem do szuflady infantylnych romantyków. Przed dołączeniem do tej grupy chroni nas oddzielna kategoria hasztagów nawiązująca do surowości i autentyzmu: #liveauthentic (żyj autentycznie), #reallife (prawdziwe życie), #nofilter (bez filtra). To, że opisane nimi zdjęcia mają tyle wspólnego z realnym światem, ile retuszowane okładki magazynów z prawdziwym wyglądem gwiazd, to oddzielny temat.

Prawdziwe śniadanie w prawdziwym życiu? (fot. shutterstock.com)

Hasztagi, wymyślone ponad dekadę temu, jeszcze na czatach IRC, służą do grupowania rozmów i są pomocną nawigacją w oceanie treści i zdjęć na portalach społecznościowych. Ze względu na uniwersalność najpopularniejsze są te po angielsku, dlatego do nich odwołuję się w tym tekście. Nie wszystkie hasztagi odnoszą się do cudownego życia, część służy po prostu grupowaniu tematycznemu, jak na przykład #house (dom) czy #london (Londyn). Jednak przeważnie hasztagi nacechowane są pozytywnie. Użytkownicy, którym zależy na jak największym dotarciu do odbiorców, mogą łatwo na liście 100 najpopularniejszych hasztagów lub w Instagramie w zakładce "Eksploruj" znaleźć te, które są używane w największej liczbie postów. Bądźmy precyzyjni: w milionach postów.

Niektórzy instagramowi aktywiści, marzący o armii użytkowników śledzących ich profile, wpadają w pułapkę podpisywania zdjęć serią hasztagów, która długością przypomina Encyklopedię Britannica. Przykład? Zdjęcie psa śpiącego na kanapie opisane nie tylko jako  #dog (pies) czy #pet (zwierzak domowy), ale opatrzone też litanią hasztagów od #cutenessoverload (wszechogarniający urok) po #instadaily (Instagram na co dzień), kończąc na #bff, czyli skrócie od bestfriendsforever (najlepsi przyjaciele na zawsze). Z ułańską fantazją łatwo przeszarżować i oznaczyć zdjęcie hasztagami niepasującymi do treści obrazka. Zwiększamy wówczas ryzyko, że nasze #picoftheday (zdjęcie dnia) znajdzie się poza grupą najczęściej lajkowanych. Jaki śmiałek przy zdrowych zmysłach mógłby sobie na to pozwolić?

Wśród setek najpopularniejszych hasztagów wybierzmy wiodące w najważniejszych kategoriach. Do aspiracyjnego stylu życia przynależą #lifestyle (149 mln postów), kawa #instacoffee (4,2 mln) wypita z uśmiechem #smile (299 mln) lub w trakcie porannej zadumy przy oknie #morningslikethese (1,9 mln). Wieczorem zaś konieczna jest sesja zdjęciowa na siłowni #gym (126 mln). Nie można zaprzeczyć, że takie życie jest kolorowe, pełne wrażeń i radosne #fun (289 mln postów). Szkoda byłoby nie spróbować.

Dla IGersów bardzo ważne jest ja, czyli #me (350 mln postów). Temat bez wątpienia najciekawszy, w zasadzie bez dna, mocno wspierany przez hasztagi takie jak #selfie i #myself. Życie w pojedynkę, jakkolwiek sprzyja robieniu najlepszych ujęć #instapic (119 mln) z własnego życia #life (224 mln), na dłuższą metę nie jest tak fotogeniczne jak życie w duecie. Zwłaszcza gdy z partnerem lub partnerką tworzymy parę mocy #powercouple (1,7 mln), która ma swoje cele #couplegoals (4,3 mln). Wtedy każda instarelacja nabiera rozpędu. Nikt już nas nie powstrzyma przed ustawianiem się do zdjęcia w korzystnych pozach na tle wodospadu czy choćby przydomowej fontanny. Tworząc parę mocy, wysyłamy do świata komunikat: tworzymy związek amulet, związek torpedę, w której słowo my #us (16 mln) to siła. Gdyby hasztag #powercouple był marką, sprzedawałby równie dużo produktów, co marki z "love" i "happy" w nazwach.

grafika: CluePR

Kategoria ślubna to instaekstraklasa. Wszystkie tagi nawiązujące do miłości #love (1,4 bln postów), ślubu #wedding (133 mln) i imprez towarzyszących, takich jak wieczór panieński, cieszą się gigantyczną popularnością. Jak wiadomo, od ślubu niedaleka droga do dzieci i zostania #instarodzicem (8 tys.). Co ciekawe, w tej kategorii nie musimy posiłkować się hasztagami angielskimi, tutaj świetnie przyjęły się nasze #instamatki (1,2 mln) oraz sentymentalne #jestembojestes (383 tys.). Standardem są też retuszowane, utrzymane w kolorach pudrowego różu zdjęcia dzieci. Robione często z pominięciem ich woli i stanowiące zapis najbardziej prywatnych chwil, ale gwarantujące lawinę lajków. Więc kto by się tym martwił!

Pozowanie i oznaczanie hasztagami to zajęcia wyczerpujące. W pewnym momencie pojawia się głód. A wraz z nim kolejny temat rzeka dla IGersów: jedzenie. Każdy szanujący się użytkownik Instagrama czuje się #foodie (104 mln), czyli znawcą świetnego jedzenia #instafood (11 mln). Dania, które pojawiają się na naszym instagramowym stole, powinny być pyszne #yummy (112 mln) i zdrowe #healthy (130 mln), a ich wyrazista wizualna oprawa powinna graniczyć z kulinarną pornografią #foodporn (177 mln). Pomiędzy street foodem a knajpami z gwiazdkami Michelin płynie wartka rzeka samozwańczych znawców kuchni świata i błędem towarzyskim byłoby wypisanie się z tej grupy.

W poszukiwaniu doskonałych dań i drinków z kokosa bardziej wytrawni użytkownicy Instagrama przemierzają świat. Podróż, czyli #travel (341 mln postów), może stać się długimi wakacjami #holiday (111 mln) lub krótkim wypadem do ulubionego miasta #citybreak (1,2 mln). Na pewno jednak będzie udana, jak wszystko na Instagramie. Przedstawianie każdej wycieczki jako podróży życia ma swoje odzwierciedlenie nie tylko w hasztagach, ale przede wszystkim w zdjęciach. W badaniu przeprowadzonym w ubiegłym roku wśród dwóch tysięcy respondentów na zlecenie sieci hoteli Indigo 28 proc. ankietowanych przyznało, że robi wakacyjne zdjęcia w taki sposób, by prezentowały ich urlop w sposób dużo bardziej spektakularny i ciekawszy niż jest w istocie. Z kolei 88 proc. badanych odpowiedziało, że przed wyborem miejsca wypoczynku sprawdza opinie o nim w sieci, a 44 proc. z nich wskazało, że decyduje się na konkretny hotel na podstawie zdjęć filtrowanych za pomocą hasztagów. Przedstawianie przeciętnych miejsc jako niezwykłych rodzi wiele rozczarowań, by wspomnieć choćby rzesze odwiedzających upiększony filtrami resort, który zamiast pałacu przypomina szemrany motel przy drodze szybkiego ruchu. Co zrobić, jeśli już się tam wylądowało? Wrzucić filtry na zdjęcia basenu i udawać, że jesteśmy w pięciogwiazdkowym hotelu w Abu Dhabi.

Przedstawianie każdej wycieczki jako podróży życia ma swoje odzwierciedlenie nie tylko w hasztagach, ale przede wszystkim w zdjęciach (fot. shutterstock.com)

Podkręcanie kolorów i emocji oraz żonglowanie hurraoptymistycznymi hasztagami przekłamuje rzeczywistość. Alex Hern we wrześniowym artykule w "Guardianie" o znamiennym tytule "Dlaczego Instagram, który powinien być przyjazny, unieszczęśliwia tak wiele osób?" przekonuje: Dla rosnącej liczby użytkowników - i specjalistów od zdrowia psychicznego - właśnie afirmacyjność Instagrama jest jego problemem. Instagram sprawia, że zaczynasz się martwić, że wszyscy poza tobą są idealni.

Warto wspomnieć, że istnieje już mocny trend odczarowywania cukierkowych relacji. Dziennikarz Tomek Michniewicz podkreśla, że w swoich reportażach z Tajlandii lub Kenii nie robi lakierowanych podsumowań typu: "10 bajkowych plaż w Phuket". Przedstawianie wyidealizowanych ujęć, łatwych do "skonsumowania" w mediach obrazków zaburza obraz rzeczywistości. Jest nie tylko wycinkowe, ale szkodliwe zarówno dla odwiedzających dane miejsce, jak i mieszkających w nim. I przede wszystkim narzuca ograniczenia zamiast poszerzać horyzonty. Podobnie jest z własnym wizerunkiem w mediach społecznościowych kreowanym w myśl zasady: im więcej serduszek, tym lepiej.

Ostatnio w Mediolanie moją uwagę zwróciła dziewczyna, która podczas wizyty w słynnej mediolańskiej katedrze Duomo oderwała się od telefonu tylko po to, by dodać zrobione właśnie zdjęcia do swoich instastories. Wyraźnie zniesmaczona fotkami z wnętrza katedry (trudne do uchwycenia gotyckie rzeźby, słabe oświetlenie), opuściła to ciemne miejsce i oddaliła się do mekki zakupoholików w galerii Vittorio Emanuele II. Tam ustawiła się na tle jednego z luksusowych butików i dłuższą chwilę pracowała nad #picoftheday. To się nazywa #lifestyle.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Alicja Wysocka-Świtała. Partner zarządzająca agencji Clue PR, od kilkunastu lat specjalizująca się w komunikacji korporacyjnej i nowych technologii. Absolwentka dziennikarstwa na UW, studiowała amerykanistykę na UW i w Oslo. Prowadzi zajęcia w Collegium Civitas, zasiada w Jury Złotych Spinaczy.