artykuły
Artur Hajzer (fot. archiwum prywatne Izy Hajzer/materiały wydawnictwa ZNAK)
Artur Hajzer (fot. archiwum prywatne Izy Hajzer/materiały wydawnictwa ZNAK)

[...] Był człowiekiem bardzo konkretnym. Nigdy nie owijał w bawełnę. I wiedział, jak trafić do serc polityków, ludzi wychowanych w PRL-u na geście Kozakiewicza, na których niezależnie od reprezentowanej opcji argument przygotowywanej równolegle wielkiej rosyjskiej zimowej wyprawy na K2, finansowanej w dodatku przez Gazprom, musiał działać jak czerwona płachta na byka* . [...]

W delegacji PZA, która złożyła oficjalną wizytę u ministra sportu Adama Giersza [aby wywalczyć fundusze na Polski Himalaizm Zimowy - red.], znalazł się Marcin Kaczkan: "Atmosfera była trochę ciężka. Nie wiedzieliśmy, jak zacząć. Wtedy Artur wziął wszystko na swoje barki i powiedział: 'Panie ministrze, Ruski nas biją!'' . To całkowicie wyjaśniło sprawę, a dalsza rozmowa toczyła się w bardzo dobrej atmosferze. [...]

Artur Hajzer podczas wyprawy na Gaszerbrum I (fot. Agnieszka Bielecka/mat. wyd. Znak)

Słoń

[...] 'Kiedy zyskał ten przydomek: Słoń?' - pytam [matkę Artura], Helenę Hajzer. 'W szkole to było. W klasie to się go bali, nikt nie chciał mu się narazić. On był takim jak gdyby wodzem'. Mówię: 'Artur, zobaczysz, klasa ci wleje'. 'Śmieliby pana tknąć!' - brzmiała jego odpowiedź. On był górą w tej klasie. Był umięśniony i taki do walki gotowy. Liczyli się z nim, nie tknęli go. [...]

Był taki słoniowy właśnie. Uparty, powolny, stanowczy, konsekwentny - wyjaśnia żona Iza w telewizyjnym reportażu "Gdyby nie Słoniu".[...]

Wcześnie ujawniły się jego podstawowe cechy: był zdyscyplinowany i bardzo napalony na wspinaczkę, a jednocześnie mimo młodego wieku bardzo racjonalnie wszystko planował. Bo warunków fizycznych to nie miał - precyzuje Janusz Mikołajczyk, uczestnik dwóch pierwszych wypraw wysokogórskich Hajzera. - Był, jak sama ksywa mówi, dosyć ciężki. Masywny.[...]

Artur Hajzer (fot. archiwum prywatne Ryszarda Wareckiego)

Tragedia i wina

[...] Gdy ogłosił plan wyjazdu na kolejną wyprawę, Iza nie przyjęła go ze spokojem. "Byłam nieszczęśliwa. Prosiłam go, wręcz błagałam, żeby nie jechał. Z drugiej strony wiedziałam, że jest mu ta wyprawa bardzo potrzebna. Że chce uciec od tej całej atmosfery, która była po Broad Peaku w środowisku i wokół niego. Czułam, że jest mu to potrzebne, żeby być w tych górach samemu i żeby sobie odpocząć".

Celem wyprawy miało być zdobycie dwóch ośmiotysięcznych Gaszerbrumów, a przy sprzyjających warunkach - nie dokonany jeszcze dotąd trawers z przejściem od wyższego z nich na niższy przez Gasherbrum Col. Ucieczkowe motywacje wyjazdu, chociaż jego organizacja zaczęła się jeszcze przed tragedią na Broad Peaku, Artur zdradzał nawet w prywatnej korespondencji na Facebooku, gdy na początku czerwca pisał: "Jakby mnie kto szukał, to mnie nie ma. Jadę z Kaczkanem na GI i GII za swoje na 2 miechy i mam wszystko w d..." . [...]

Na wyprawie nie było dnia, żeby w korespondencji i rozmowach nie wracał do wydarzeń sprzed ponad trzech miesięcy na pobliskim szczycie. Zdarzało mu się przerywać milczenie i samemu wywoływać temat. Prosił Izę, żeby przysyłała mu mailem związane z nim publikacje. - Zaczęły się z nim dziać naprawdę niepokojące rzeczy. W naszym kontakcie nie relacjonował w ogóle, co się dzieje na wyprawie, ale przez cały czas wracał do Broad Peaku - potwierdza Martyna Wojciechowska. - Cytował wypowiedzi ludzi w Polsce, zanim ja na nie trafiłam w mediach. Nasze ostatnie rozmowy były pełne niepotrzebnych emocji, czego dziś żałuję. Mówiłam: "Przestań, skup się, idź do góry, wspinaj się, aż wywietrzysz głowę" . W jakimś sensie zamieniliśmy się rolami. Potem korespondowaliśmy spokojniej, ale wymiana myśli dotyczyła już bardziej konkretów związanych z atakiem szczytowym. Napisałam do niego: "Artur, jak jest?". Chodziło mi o to, jak się czuje i gdzie są. A on odpisał: "Jest pięknie". Po czym napisał mi, że zawracają.

Była niedziela 7 lipca. W Mikołowie było około godziny piątej, tuż po wschodzie słońca, który miał tam miejsce o czwartej czterdzieści jeden. Na Gaszerbrumie I - według tamtejszego czasu - o piątej czterdzieści cztery.

Artur Hajzer (fot. archiwum prywatne Ryszarda Wareckiego)

Opowieść Marcina Kaczkana

[...] Marcin Kaczkan, z którym spotykam się dokładnie czterdzieści pięć miesięcy później w jego pokoju w Instytucie Mikroelektroniki i Optoelektroniki na Politechnice Warszawskiej, gdzie pracuje, przyznaje, że nadal analizuje wydarzenia tamtego dnia:

- Patrząc z perspektywy czasu, widzę, że ten odwrót to nie była zbyt racjonalna decyzja. Sam atak szczytowy szedł dużo lepiej, niż się spodziewałem. Wyszliśmy z obozu III w nocy, po ciemku. Artur znał teren lepiej niż ja, ustaliliśmy, że on będzie ciągnął. Ledwo za nim nadążałem. Zdziwiło mnie to, bo na całej wyprawie nie miał takiej kondycji, tak naprawdę to mu jej wręcz brakowało, czułem się trochę tak, jakbym go prowadził po tych górach. Przy ataku szczytowym zobaczyłem innego Hajzera. Pomyślałem sobie nawet, że on się chyba czegoś nażarł. Zwłaszcza że wielką wagę przywiązywał do suplementów, miał jakieś swoje torebeczki. Był w tak zadziwiająco świetnej formie, prawie że dobiegliśmy pod tę grań. O ósmej byliśmy już pod nią, gdy Artur popatrzył się na zegarek i powiedział, że jest późno i trzeba wracać. Po takiej akcji się nie dyskutuje, ale jakie "późno"? Mówię: "Dobra, to poczekaj, ja pójdę na grań zrobić rekonesans, gdzie jesteśmy" . Wyszedłem więc na tę grań i upewniłem się, że różnica wysokości do szczytu wynosi maksymalnie sto metrów i że tylko trochę nas za bardzo w lewo od szczytu rzuciło. Nie było żadnych komplikacji, owszem, wiatr się wzmagał, ale wszystko zgadzało się z prognozami. Zszedłem z grani i powiedziałem, jaka jest sytuacja, wywiązała się krótka dyskusja i Artur zdecydował, że jeszcze godzinę idziemy. Uznałem, że za godzinę będziemy już w okolicach szczytu, o rzut beretem. "Tylko nie granią, bo tam wieje strasznie" - powiedziałem. Można było wytrawersować. Artur na to przystał: "Dobra, dobra, to tędy" . Ruszyłem. Ale co się obracam, to on stał ciągle w tym samym miejscu, więc po dziesięciu minutach zawróciłem. Zapytał się mnie tak z dzika: "No i co? Puszcza?" . Ja mówię: "No kuźwa, puszcza, tylko trzeba iść" . Ale nie dało się go przekonać. Stwierdził, że jednak nie idzie. Odwróciliśmy się i zaczęliśmy schodzić. Teraz to wydaje mi się trochę dziwne. Może coś tam się już działo z Arturem? Poza tym zachowywał się kompletnie normalnie, tylko że zwykle raczej postępował według zasady, że jak już się pójdzie do ataku, to trzeba wszystko robić, żeby wejść - a tu nie chciał ruszyć ani kroku do góry. Pod Nangą, gdzie też zaczął się zachowywać trochę irracjonalnie, okazało się później, że miał halucynacje [...] - kontynuuje Kaczkan. - Dopiero po tygodniu przyznał się, jakiej doświadczył wizji. Może więc tam, pod szczytem Gaszerbruma, też miał jakąś, może też coś go zatrzymało? Nie zachowywał się normalnie. Absolutnie nie rozważałem opcji, że wchodzę na górę sam, a później doganiam go w zejściu. Stwierdziłem, że trudno, schodzimy, a za dwa, trzy dni albo tydzień spróbujemy raz jeszcze. Zeszliśmy do obozu III, odpoczywaliśmy w namiocie, nagotowaliśmy sobie wody, byliśmy zmęczeni, więc poszliśmy spać. To znaczy ja od razu uciąłem komara, a Artur nie wiem, czy spał. Po dwóch godzinach drzemki wstałem i zastałem go nie śpiącego, coś przygotowywał. I - to kolejna dziwna sytuacja - mówię: "Dobra, no to schodzimy teraz" , a on z takim zdziwieniem: "Ale co, dzisiaj schodzimy? Kiepska pogoda" . "No k***a, dzisiaj! Trzeba jak najszybciej zejść!". Przyjmował to tak bez przekonania, jakby go coś wstrzymywało przed zejściem. Choć pozostanie tam byłoby absolutnie nieracjonalne. Plan był zresztą taki, że schodzimy do "dwójki" na przełęcz, gdzie mieliśmy zapasy żarcia i gazu i mogliśmy te dwa dni złej pogody przeczekać. A nie w "trójce", gdzie oprócz paru żeli [energetycznych - B.D.] nie mieliśmy nic. W końcu zaczęliśmy schodzić. "Trójkę" zwinęliśmy całą, spakowaliśmy plecaki, Artur wkładał raki, ja już byłem gotowy, chwyciłem plecak, klepnąłem go w plecy i powiedziałem: "Dobra, ja idę szukać poręczówek" . Trzeba je było bowiem wydobywać spod śniegu, żeby się wpiąć. Tak się rozstaliśmy.
Artur Hajzer w bazie pod Makalu (fot. Kacper Tekieli)

"Tak kończy się życie"

Dalsze wydarzenia spowija gęsta mgła tajemnicy. Na poręczówkach schodzący i tak musieli zachować odstęp. Na początku zjazdów Kaczkan nie widział Hajzera, ale czuł, że wpina się on do lin. Potem, po zejściu mniej więcej dwóch trzecich Kuluaru Japońskiego, stromego w tym miejscu żlebu, znów ujrzał Artura jakieś trzysta metrów nad sobą. W ostatnim momencie zobaczył go na końcu lodowej rynny, którą zabezpieczała gruba, powieszona przez nich poręczówka. Po niej był niewymagający, łatwy, około dwudziestometrowy trawers prowadzący do dalszego ciągu poręczówek. Wiatr wiał w oczy, zawiewając w górę kuluaru drobinki śnieżnego pyłu. Ten, który szedł wyżej, mógł nie widzieć schodzącego poniżej.

W Polsce była godzina jedenasta, gdy u Izy Hajzer zadzwonił telefon. Według późniejszych wyliczeń Marcina stało się to, jeszcze zanim Artur rozpoczął zjazdy na poręczówkach, może niedługo po tym, jak Kaczkan klepnął go w plecy na krótkie, jak mniemał, pożegnanie, gdy on jeszcze siedział i poprawiał sobie raki. Wcześniej Artur kilka razy bezskutecznie próbował się dodzwonić do żony. Gdy w końcu się udało, Iza usłyszała tylko urwane wyrazy: "Halo... Marcin Kaczkan... szczytu". Połączenie zostało przerwane. Iza uznała, że Artur chce poinformować, iż schodzą ze zdobytego szczytu. Niedługo potem telefon odebrał Janusz Majer. Usłyszał tylko, że Marcin nie wpiął się w poręczówkę i spadł do Kuluaru Japońskiego. Chwilę później Artur wysłał do Izy bardzo kategoryczny w tonie SMS:

"Kaczkan spadł z C3 w kuluar. 0 13.30. Nie wpiął się. Moim zdaniem na śmierć".

Chwilę po nim przysłał drugi, w którym prosił o zorganizowanie akcji ratunkowej. A także. powiadomienie mediów.

W tej pierwszej kwestii działali niezwłocznie. W bazie pod Gaszerbrumem przebywali Rosjanie i prowadzący komercyjną wyprawę agencji Amical Bawarczyk Thomas Lämmle. Przekazali mu informację. Ale wysłanie w kierunku kuluaru pakistańskich tragarzy wysokogórskich uniemożliwiła pogoda.

W sprawie drugiej zachowali powściągliwość. Powiadomili tylko żonę Kaczkana o kłopotach wspinaczy, zachowując w tajemnicy treść SMS-a. Przyjęła wiadomość ze spokojem. Izą, przeciwnie, zaczął targać niepokój. Nie mogła jednak przypuszczać, że jej mąż w wiadomości wysłanej za pomocą telefonu satelitarnego nie opisał wcale wypadku partnera. Ale swój. Który dopiero miał się wydarzyć. Około piętnastej czterdzieści pięć.

Od momentu, kiedy Kaczkan widział Hajzera po raz ostatni na poręczówkach, minęło najwyżej dziesięć minut. Marcin zatrzymał się na przepince. Zdjął plecak, by coś poprawić. Kątem oka ujrzał, że Artur jedzie. Sekundy później już leciał. "Ja się nawet przeraziłem w pewnym momencie, że może spaść na mnie" - przyzna później Kaczkan. Ciało przeleciało zaledwie kilka metrów od młodszego wspinacza. Z furkotem, a zarazem w ciszy. Bez krzyku. Marcin zauważył tylko nienaturalnie wykręcone, najpewniej połamane nogi i ręce. To wszystko, co udało mu się zaobserwować. Jak w cytowanych już tu słowach: "Tak więc tak kończą się sny, marzenia. Tak kończy się życie".

Artur Hajzer i okładka książki Bartka Dobrocha 'Droga Słonia' (fot. archiwum prywatne Marka Arcimowicza/mat. wyd. Znak)

* Fragment książki Bartka Dobrocha "Artur Hajzer. Droga Słonia", opublikowanej nakładem wydawnictwa Znak. Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji magazynu Weekend.Gazeta.pl.

Artur Hajzer. Ur. 28 czerwca 1962 w Zielonej Górze. Taternik, alpinista i himalaista, twórca i szef programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, kierownik wypraw działających w ramach tego projektu, współtwórca marek Alpinus i HiMountain. Zdobywca ośmiu ośmiotysięczników: Manaslu East 9 listopada 1986 z Jerzym Kukuczką i Carlosem Carsolio (pierwsze wejście, w stylu alpejskim i bez tlenu), Annapurny (z Jerzym Kukuczką 3 lutego 1987 r., pierwsze zimowe wejście), Sziszapangmy (18 września 1987 z Wandą Rutkiewicz, Ryszardem Wareckim i Jerzym Kukuczką), Dhaulagiri (2008 r.) i Nanga Parbat (2010 r., oba z Robertem Szymczakiem) oraz Makalu (2011 r., z Adamem Bieleckim i Tomaszem Wolfartem). W 1989 był głównym organizatorem akcji ratunkowej po lawinie pod Mount Everest, dzięki której udało się sprowadzić jedynego ocalałego Andrzeja Marciniaka. Zginął 7 lipca 2013 r. podczas wyprawy na Gaszerbrum I.

Bartek Dobroch. Dziennikarz, reporter współpracujący z "Tygodnikiem Powszechnym". Laureat nagród dziennikarskich za cykl tekstów o tragedii na Broad Peaku. Przewodnik tatrzański, międzynarodowy przewodnik górski. Współautor bestsellera "Broad Peak. Niebo i piekło" i autor biografii Artura Hajzera "Droga Słonia".

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU