artykuły
Adam Woronowicz w filmie 'Pitbull: ostatni pies' (fot. Krzysztof Wiktor/mat. producenta)
Adam Woronowicz w filmie 'Pitbull: ostatni pies' (fot. Krzysztof Wiktor/mat. producenta)

"Pitbull: Ostatni pies" to pana pierwsze zetknięcie z tą serią i pierwsze zawodowe spotkanie z Władysławem Pasikowskim. Jakie to doświadczenie dołączyć do tego uniwersum?

Jestem wielkim fanem pierwszego filmu z serii, pamiętam, że zrobił na mnie ogromne wrażenie. Nie widziałem wtedy w polskim kinie niczego podobnego. Bardzo podziwiałem pracę Marcina Dorocińskiego i Weroniki Rosati wcielających się w główne role - to były kreacje, w których aktorzy się kompletnie zatracili, czuć było, że oni po prostu są swoimi bohaterami, a nie odtwórcami ról. "Pitbull" miał w sobie coś niebywale autentycznego. Nakręcony w Polsce i mocno osadzony w naszych realiach, ale aspirujący, zarówno pod względem scenariusza, jak i dialogów, do światowej klasy kina gatunkowego. Od początku czułem, że to jest film, który ma szansę stać się kultowym.

Marcin Dorociński, Krzysztof Stroiński i Rafał Mohr w filmie 'Pitbull: ostatni pies' (fot. Krzysztof Wiktor, Copyright Ent One Investments)

Zgodziłem się zagrać w nowej części w dużej mierze ze względu właśnie na obsadę - w "Ostatnim psie" wracają aktorzy związani z serią od początku - Marcin Dorociński, Krzysztof Stroiński, Rafał Mohr. Nie bez znaczenia było również nazwisko reżysera. Pan Władysław Pasikowski to jest twórca, którego darzę ogromnym szacunkiem. Kiedy studiowałem w szkole teatralnej, chodziliśmy wszyscy na castingi do jego filmów. To było pierwsze zetknięcie ze światem kina, wówczas równie atrakcyjnym, co dla nas nieosiągalnym. Marzyłem, żeby kiedyś móc się z nim spotkać na planie.

Z czym studentowi szkoły teatralnej kojarzyło się wtedy nazwisko Pasikowskiego?

Wychowałem się na "Psach", które były dla mnie doświadczeniem pokoleniowym. Chyba pierwszy raz zobaczyłem wtedy polski film, który by tak "jechał po bandzie". Z genialnymi kreacjami, tekstami, które przeniknęły do języka potocznego. Kiedy oglądam "Psy" po tylu latach, wciąż jestem tym filmem zachwycony. On nie stracił nic na aktualności. Mam wrażenie, że dzisiaj jest nawet bardziej drapieżny i jeszcze bardziej boli. Chyba żaden inny twórca nie potrafił w tak przenikliwy sposób uchwycić momentu transformacji, w którym na styku dwóch rzeczywistości rodził się pewien nowy porządek.

Kiedy dowiedziałem się, że mogę zagrać u Pasikowskiego, poczułem się podekscytowany jak mały chłopiec. Nie lubię tego określenia, uważam, że jest w obecnych czasach mocno nadużywane, ale w tym przypadku wydaje się trafne - Władysław Pasikowski to jest reżyser z krwi i kości.

Co to znaczy?

Wie, czego chce. Jest zawsze doskonale przygotowany, nie mnoży niepotrzebnych dubli, ujęć. Praca z nim to była przyjemność, ale też duże wyzwanie. To nie jest wylewna postać, która wychodzi na plan i wszystkich przytula. Nic z tych rzeczy. Pasikowski ma jednak w sobie coś takiego, co sprawia, że ludzie czują się przy nim bezpiecznie, wiedzą, czego mogą się po nim spodziewać. Uwielbiają z nim pracować. Widać, że on kocha tę robotę.

Przyznaję, czułem się na tym planie jak chłopiec w sklepie ze słodyczami. Pistolety, pościgi, strzelanie. Zagrać bandziora to jest dla aktora frajda. Bardzo mnie kusiło, żeby sobie nieco podkolorować dialogi, dorzucić tu i ówdzie jakąś "k***ę", bo w końcu gram takiego twardziela, gangstera bez skrupułów. Podchodzę więc do reżysera i zaczynam, cały podekscytowany: "Panie Władysławie, a tak sobie pomyślałem, że może by w tej scenie.". Patrzę na jego twarz i już wiem, że zaliczyłem wtopę (śmiech). "Panie Adamie, ale tam nie ma takiego słowa. Nie, proszę zagrać tak, jak jest w scenariuszu", odpowiedział spokojnie. Bardzo nas pilnował, żeby nam ta chłopięca frajda wcielania się w bandziorów nie uderzyła za bardzo do głowy.

Pasikowski ma każdą scenę dokładnie rozpisaną w głowie. Podczas pierwszych dni zdjęciowych to było dla mnie spore zaskoczenie. My, polscy aktorzy, jesteśmy przyzwyczajeni do pewnej kreatywności i wolności. Dużo wnosimy do historii, często zdarza się, że pracujemy także nad scenariuszem.

Marcin Dorociński i Władysław Pasikowski (fot. Krzysztof Wiktor, Copyright Ent One Investments)

Niektórzy filmowcy przyznają otwarcie, że scenariusz poprawiają jeszcze w trakcie zdjęć.

To taka tajemnica poliszynela naszej branży. Czasami scenariusz powstaje w całości dopiero na planie (śmiech). Wersja papierowa to jedno, a to, co dzieje się w zderzeniu z materią filmową i energią aktorów, którzy spotykają się na planie, to inna bajka. Myślę, że to nie jest nawet kwestia jakiegoś szczególnego niedbalstwa czy bylejakości, tylko konsekwencja tego, że twórcom wciąż bardzo często brakuje czasu na porządną pracę nad scenariuszem, a aktorom - na próby przed zdjęciami.

Szczerze mówiąc, już się do tego przyzwyczaiłem i nawet pod pewnymi względami mi się to podoba. Dlatego mam w sobie pewną śmiałość w proponowaniu reżyserom różnych rozwiązań, sugerowaniu zmian. Tutaj jednak nie było o tym mowy. Byłem w szoku, kiedy po wejściu na plan od razu wiedziałem, czego reżyser ode mnie oczekuje w danej scenie, gdzie mam stanąć, w którym kierunku spojrzeć, w jaki sposób wypowiedzieć kwestię. To brzmi jak banał, ale dla mnie to była pewna nowość, bo dawno nie pracowałem w ten sposób. Musiałem się przestawić. Po kilku dniach pomyślałem sobie, że to jest ogromna ulga dla aktora mieć na planie takie poczucie bezpieczeństwa.

Na ekranie partneruje panu Doda, która wciela się w pana szwagierkę i główną przeciwniczkę. Jak wyglądała praca z gwiazdą, która jest jednak aktorką amatorką?

Niektórzy twórcy nie chcą pracować z nieprofesjonalnymi aktorami, ale ja nie miałem z tym problemu. Potraktowałem Dorotę jak moją koleżankę. Zagraliśmy razem kilka trudnych emocjonalnie scen i miałem wrażenie, że to ja muszę odnaleźć się w tej dynamice. Jako aktor starałem się coś kreować, próbować od różnych stron - byłem obarczony całym tym bagażem świadomości, że mogę poprowadzić moją postać w różnych kierunkach. Tymczasem ona wpadała na plan i po prostu stawała się Mirą. Grała instynktownie, jak każdy naturszczyk, ale w tej kreacji jest mnóstwo autentycznych, wybuchowych emocji. I to działało.

Adam Woronowicz i Dorota 'Doda' Rabczewska w filmie 'Pitbull: ostatni pies' (fot. Krzysztof Wiktor, Copyright Ent One Investments)

Władysław Pasikowski w każdy ze swoich filmów wplata aktualny komentarz na temat Polski i naszej mentalności. W "Pitbullu" jest podobnie?

Mam wrażenie, że Pasikowski to jest taki twórca, który jest dla Polski niewygodny. Wszyscy pamiętamy aferę po premierze "Pokłosia", po "Psach" także odsądzano go od czci i wiary. Bardzo żałuję, że w pewnym momencie Pasikowski kręcił tych filmów nieco mniej, bo jako twórca kina gatunkowego, tzw. "męskiego", stał się jednocześnie głosem polskiego sumienia. W jego spojrzeniu na nas nie ma jednak złośliwości, bo nawet portretując nasze najgorsze, najpierwotniejsze instynkty, potrafi spojrzeć na swoich bohaterów uczciwie. Nie broni ich, nie stara się ich wybielić, pokazuje świat zbudowany z niuansów, niejednoznaczności.

Co więc mówi o nas Pasikowski w "Pitbullu: ostatnim psie"?

Myślę, że "Pitbull" również nie przejdzie bez echa. Mamy tu świat gangsterów w białych rękawiczkach, banki oszukujące klientów w oparciu o schemat Ponziego, kobiety, które nie godzą się na bycie wyłącznie dziewczynami mafiozów, a kiedy dochodzą do władzy, okazują się co najmniej równie bezwzględne, co ich partnerzy. Pasikowski czerpie i inspiruje się dokonaniami swoich kolegów zza oceanu, ale nigdy nie jest to bezmyślna imitacja. Nie wkłada swoim postaciom w usta  hollywoodzkich kwestii, nie każe zachowywać się im jak amerykańscy koledzy po fachu. "Pitbull" to nie są polskie "Gangi Nowego Jorku", nie mamy wrażenia, że ktoś próbuje sztucznie wykreować klimat amerykańskich miast na ulicach Warszawy.

Na planie tego filmu spotkał się pan po raz kolejny z Marcinem Dorocińskim, z którym znacie się jeszcze z czasów, kiedy mieszkaliście razem w akademiku. I znowu, podobnie jak np. w "Pakcie", gracie bohaterów, którzy są ze sobą skonfliktowani.

Żałuję, że zwykle kiedy gramy ze sobą, jesteśmy przeciwnikami. Marcin jest świetnym partnerem, bardzo twórczym i czujnym. Bardzo bym chciał zagrać z nim coś większego. Cieszę się, że "Hycel", czyli bohater Dorocińskiego, znowu pojawia się w serii, to jest taki powrót do korzeni, stawiam go w jednym rzędzie z Franzem Maurerem. Co by nie mówić o ich wyborach życiowych i profesjach, to są faceci z klasą, z wewnętrznym kodeksem moralnym.

Chyba poza granym przez pana "Juniorem". To jest człowiek zepsuty do szpiku kości. Robi pan w tym filmie takie rzeczy, że trudno nie odwrócić wzroku.

To prawda (śmiech). Mój bohater bardzo długo wydaje się niepozornym graczem. Nie zdradzając zbyt wiele, powiem, że kiedy kręciliśmy jedną z kluczowych scen z udziałem mojej postaci, wyjątkowo brutalną, pan Władysław uśmiechnął się pod nosem i powiedział: "Pan to by mógł codziennie takie rzeczy grać, co nie?".

Kadr z filmu 'Pitbull: ostatni pies' (fot. Krzysztof Wiktor, Copyright Ent One Investments/mat.dystrybutora)

Doświadczenie w graniu takich bohaterów zdobył pan, chociażby wcielając się w seryjnego mordercę w "Czerwonym pająku" Marcina Koszałki.

To są postacie, których chyba nie da się obronić ani zrozumieć. Ja przynajmniej tego nie potrafię. Kiedy więc muszę się z nimi zmierzyć, tłumaczę sobie, że one istnieją, że są ludzie działający zero-jedynkowo. Kiedy racjonalizują sobie, że ktoś jest wrogiem, przestaje być w ich oczach człowiekiem. Wtedy wyłączają emocje i robią to, co wydaje im się, że muszą robić. Nawet jeśli kierują się jakimś kodeksem moralnym, kiedy pojawia się władza i pieniądze, to odcina im tlen.

Kiedy przygotowywałem się do roli w "Czerwonym pająku", spotkałem się z psychologiem, który uświadomił mi, że ekstremalne, wręcz chorobowe ludzkie zachowania przeniosły się w dzisiejszych czasach do korporacji, dużych firm. Metody postępowania niektórych przełożonych bywają bardzo podobne do schematów działania psychopatów. Wybierają ofiarę, osaczają ją i niszczą psychicznie. To mi uświadomiło, że tacy ludzie w gruncie rzeczy otaczają nas od zawsze, zmieniają się tylko okoliczności, dekoracje. Raz będzie to ciemny zaułek, a narzędziem - fizyczna agresja. Kiedy indziej - sprawnie zorganizowana instytucja, która dając takiej osobie pieniądze i władzę, daje jej jednocześnie możliwość spełniania swoich psychopatycznych skłonności. "Junior" jest właśnie taką osobą.

Lubi pan grać takich bohaterów?

Dużo trudniej jest zagrać przekonująco na ekranie dobro. Instynktownie szukamy zawsze w bohaterze pęknięć, rys, które przybliżą go do nas samych. Zło siedzi w każdym z nas. Pytanie jednak, czy podążymy za naszymi instynktami, czy zdołamy je przezwyciężyć.

Nie powiem, żebym takie postaci lubił, ale dość swobodnie poruszam się w takich rolach. Bardzo dobrze czuję się w kinie gatunkowym, bo jego schematy dają mi pewne poczucie przewidywalności, które potem mogę przełamywać. A tak się do tej pory złożyło, że reżyserzy obsadzali mnie raczej w rolach typów spod ciemnej gwiazdy. Może taka już moja rola w kinie.

To pierwszy "Pitbull", którego nie reżyseruje Patryk Vega, twórca cyklu. Czuliście presję, przejmując jego historię?

Na początku atmosfera na planie była nieco napięta, baliśmy się tego zamieszania, jakie wybuchło wokół zmiany reżysera. Ale pan Pasikowski podszedł do tego ze zdrowym dystansem. Powiedział jedynie: "Proszę się nie martwić. Najwyżej nie wyjdzie. Najważniejsze jest spotkanie". I w tym momencie całe napięcie ze mnie zeszło.

Przyznaję, że nie do końca rozumiałem skalę emocji, jakie wzbudziła decyzja o zmianie reżysera. Wcześniej "Pitbulla" robił Vega, teraz pałeczkę przejmuje Pasikowski. A może za chwilę projekt powędruje do innego twórcy? Dla mnie to uniwersum, na które nie może mieć monopolu tylko jedna osoba. Pitbull jest takim naszym Jamesem Bondem.  I coś mi mówi, że to nie będzie ostatni film z cyklu.

Władysław Pasikowski na planie filmu 'Pitbull: ostatni pies' (fot. Krzysztof Wiktor, Copyright Ent One Investments/mat.dystrybutora)

Adam Woronowicz. Aktor. W latach 1997-2001 i od 2008 aktor Teatru Rozmaitości w Warszawie (TR Warszawa). Laureat Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza za sezon 2004/2005, przyznawanej przez redakcję miesięcznika "Teatr", za role Fadinarda w "Słomkowym kapeluszu" Eug?ne'a Labiche'a w Teatrze Powszechnym w Warszawie oraz Mirona w spektaklu Teatru Telewizji "Pamiętnik z Powstania warszawskiego" według Mirona Białoszewskiego. Zagrał rolę księdza Jerzego Popiełuszki w filmie Popiełuszko. Wolność jest w nas w reżyserii Rafała Wieczyńskiego. W filmie "Pitbull: ostatni pies" zagrał gangstera.

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU