artykuły
Śpiewaczka, Lubomir Tomaszewski,1959 r. (fot. Tomasz Dziewicki)
Śpiewaczka, Lubomir Tomaszewski,1959 r. (fot. Tomasz Dziewicki)

Odwiedzający Międzynarodowe Targi w Chicago w drugiej połowie lat 50. XX wieku czekają nawet kilka dni, by kupić porcelanowe figurki ludzi i zwierząt, bo akurat są wyprzedane. Na targach w Mediolanie ktoś wykrada je z polskiego stoiska Centrali Handlu Zagranicznego Minex. W wytwórniach w Czechosłowacji, Niemczech, Japonii i USA kopiuje się je bez skrupułów. 

Mamut, Lubomir Tomaszewski,1959 r. Kolekcja Izabeli i Tomasza Dziewickich (fot. Tomasz Dziewicki)

Figurki, które cieszą się takim powodzeniem, projektuje czworo artystów z Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Utworzono go w październiku 1950 roku, wierząc, że będzie skutecznie oddziaływał na przemysł. Fabryki wzbraniają się bowiem przed produkcją przedmiotów opartych na nowych, powstałych po wojnie wzorach. Nie może ich do tego przekonać działające już Biuro Nadzoru Estetyki Produkcji. Co robić? Powołać nową jednostkę.

Początki nie są łatwe. Charyzmatyczna Wanda Telakowska otrzymuje wprawdzie funkcję dyrektor do spraw artystycznych IWP, ale instytucja nie ma ani siedziby, ani pracowników, którzy podołaliby projektowaniu przedmiotów użytkowych. A jednak. Dzięki kontaktom i sprytowi Telakowskiej na działce pomiędzy ulicami Świętojerską a Długą w ciągu kilku lat udaje się wznieść trzy gmachy. Do pierwszego budynku Instytut wprowadza się w listopadzie 1950 r. Co prawda planowano zbudować cztery, ale te trzy to już cud, więc kto by tam dociekał, dlaczego jeden gdzieś się zapodział. Ludzi też udaje się Telakowskiej ściągnąć. Zdolni plastycy, którzy do niej dołączą, muszą mieć w sobie wiele z idealistów - zarobki w Instytucie nie są adekwatne do ich zdolności i umiejętności, ale też nigdzie indziej nie będą mieli takich możliwości rozwoju.

Kryptonim "nowoczesność"

Kiedy Telakowska buduje Instytut - w przenośni i dosłownie - urodzony w 1923 roku w Warszawie Lubomir Tomaszewski studiuje na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej oraz na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych. Obroni tylko dyplom z rzeźby w 1955 roku. Architektury nie ukończy z powodu kłopotów ze zdrowiem.

Z lewej Arabka, Lubomir Tomaszewski,1959 r. Dziewczyna w spodniach, Lubomir Tomaszewski,1965 r. Kolekcja Izabeli i Tomasza Dziewickich (fot. Tomasz Dziewicki)

Do zespołu Zakładu Ceramiki i Szkła IWP dołącza w 1956 roku. Nie po drodze mu z władzami socjalistycznymi. Walczył w AK, w powstaniu warszawskim stracił brata. Być może ma świadomość, że poglądy zamykają mu szanse na realizację pomysłów w dużej skali, o jakiej marzy. Ma już przecież na koncie nagrody za projekty pomników, ale żaden nie powstał. Teraz, w Instytucie, musi mu wystarczyć rzeźba kameralna, przeznaczona do dekorowania nowoczesnych mieszkań.

Tomaszewski trafia do zespołu stworzonego przez Henryka Jędrasiaka, zatrudnionego rok wcześniej w Zakładzie Ceramiki i Szkła. Razem z nimi figurki projektować będą jeszcze Hanna Orthwein i Mieczysław Naruszewicz. Zespół ma jasny cel: stworzyć bibelot współczesny, rzecz, która przyjmie się w nowoczesnym polskim mieszkaniu lat 50. W Zakładzie pracują już także m.in. Danuta Duszniak i trzy Zofie: Przybyszewska, Dutkowska-Palowa i Galińska, które projektują serwisy, wazony, popielniczki. Mają do dyspozycji piec do wypalania ceramiki, co pozwala na eksperymentowanie z wypalaniem projektów na miejscu.

"Dama z lustrem", "Zuzanna w kąpieli"

Projektanci figurek nie wiedzą tak naprawdę, na co się porywają. Nie mają styczności z tym, co powstaje za granicą i co mogłoby stanowić punkt odniesienia. Nawiązywanie do przedwojennych wzorów nie wchodzi w grę w nowej rzeczywistości, gdzie przymiotnik "nowoczesny" odmieniany jest przez wszystkie przypadki. Dodatkowo porcelana okazuje się trudnym tworzywem - podczas wypału nie tylko się kurczy, ale także robi się na jakiś czas miękka, przez co odstające elementy figurek mogą nieoczekiwanie zmienić swoje położenie. Ale plan trzeba wykonać.

Skradający się lis, Lubomir Tomaszewski, 1956 r. Kolekcja Izabeli i Tomasza Dziewickich (fot. Tomasz Dziewicki)

Figurki Tomaszewskiego i trojga pozostałych twórców IWP prezentowane są po raz pierwszy podczas Międzynarodowych Targów Poznańskich w 1956 roku. Wzbudzają zachwyt, co dla młodego pracownika Instytutu musi być nagrodą samą w sobie. Podobnie jest, gdy Minex pokazuje je na imprezach zagranicznych - nie tylko znikają w podejrzanych okolicznościach ze stoisk, ale też stają się czymś więcej niż inspiracją. Kopiuje się je w różnych częściach świata, czemu zresztą nie można zapobiec, ponieważ figurki nie są opatentowane.

Choć w Polsce pojawia się pewna nieufność w stosunku do - jak podnoszono - nie dość realnych kształtów bibelotów, klientom to nie przeszkadza. Figurki nie należą do tanich, ale błyskawicznie znikają ze sklepowych półek Cepelii przy Nowym Świecie czy Centralnego Domu Towarowego.

Jeśli spojrzeć na te, które przez kolejne lata wychodzą spod ręki Lubomira Tomaszewskiego, znajdziemy tu oczywiście - jak i u pozostałej trójki - zwierzęta. To "Kruk zbrojny" czy "Wielbłąd". Ale szczególnie widać jego upodobanie do kobiecej sylwetki. Wśród niemal 30 figurek Tomaszewskiego są "Dama z lustrem", przedstawiająca żonę projektanta, doskonale zaprojektowana "Arabka", nowoczesna "Dziewczyna w spodniach", a także kobiety podczas różnych czynności, jak: "Toaleta poranna", "Dziewczyna z dzbanem", "Relaks", "Czesząca się", "Zuzanna w kąpieli", "Kobieta egzotyczna", korpulentna "Śpiewaczka", "Meksykanka".

Dziewczynka z lalką, Lubomir Tomaszewski, 1956 r. Kolekcja Izabeli i Tomasza Dziewickich (fot. Tomasz Dziewicki)

- Forma figurek, w przeciwieństwie do tematyki, zrywa z tradycją. W "Arabce", jednej z ciekawszych rzeźb Tomaszewskiego, dzięki subtelnemu rozcięciu materii i zwężeniu górnej partii, projektant uzyskał efekt postaci otulonej tkaniną i osłoniętej kwefem. Dzięki tak prostemu zabiegowi oddał tajemniczość i wdzięk kobiety Wschodu. W kontrze do niej znalazła się współczesna, młoda "Dziewczyna w spodniach", której rozszerzające się spodnie i upięte wysoko włosy to znak obecnych czasów, a pewność siebie i siła młodości zostały zaakcentowane przez postawę, czyli rozstawione nogi i zaplecione z tyłu ręce - mówi Paulina Zarębska-Denysiuk, historyk i krytyk sztuki, kolekcjonerka powojennej polskiej ceramiki.

W poszukiwaniu ideału

Nowe wzory figurek Tomaszewski wraz z kolegami z Instytutu tworzyć będzie do 1965 roku. Pracuje też nad wazonami, ale chyba najbardziej do dziś kojarzony jest z innym projektem, który angażuje go od 1961 roku. Chce stworzyć "serwis idealny".

Patrzy na te, które puszą się na wystawach PRL-owskich sklepów i w głowie klaruje mu się koncepcja. Można ją zamknąć w jednym słowie: uproszczenie. Dochodzi do wniosku, że skoro w standardowym serwisie musi być wiele elementów, to poszczególne naczynia powinny mieć możliwie uproszczoną formę. To pozwoli uniknąć wizualnego chaosu. Nie mniej istotna jest dla niego ergonomia - uważa, że dzbanki z uchwytami wymagają włożenia sporej siły w nalewanie herbaty. Uszka są dla projektanta elementem, który nie tylko utrudnia produkcję, ale także utrzymanie naczyń w czystości.

Tworzy sześć prototypów serwisów. Dwa trafiają do produkcji w Zakładach Porcelany Stołowej w Ćmielowie. Wychodzą z niego krótkie serie serwisów, które znamy dziś pod imionami córek projektanta: "Ina" i "Dorota".

Serwis Dorota, 1962, proj. Lubomir Tomaszewski, Zakłady Porcelany Stołowej Ćmielów w Ćmielowie, porcelana malowana, szkliwiona (fot. Max Zieliński, Eliza Dunajska)

- To, co szczególnie w nich zachwycało, to sama forma, w której widać charakterystyczną dla projektów Tomaszewskiego inspirację naturą. Organiczny, syntetyczny kształt w niczym nie przypominał tradycyjnego dzbanka; była to abstrakcyjna rzeźba, która mogła istnieć samodzielnie z pominięciem funkcji. Uniknięciu wizualnego "rozbicia" serwisów miała służyć monochromatyczna kolorystyka, którą zastrzegł projektant - mówi Paulina Zarębska-Denysiuk.

Serwisy Tomaszewskiego okazują się sukcesem. M.in. otrzymują złoty medal na I Wystawie Międzynarodowej Rady Stowarzyszeń Projektantów Wzornictwa Przemysłowego (ISCID) w Paryżu w 1963 roku. "Dorota" znajduje się w kolekcji londyńskiego Victoria & Albert Museum. Radość z paryskiej nagrody zmieni się w rozczarowanie, że tak z nim postąpiono. Ale "Ina" i "Dorota" staną się dla niego biletami do innego świata.

Wizytówka

Siedziba IWP jest w PRL jednym z tych miejsc w Warszawie, po których oprowadza się delegacje zagranicznych gości. Pokazuje się im pracownie artystów oraz projekty z Wzorcowni (w tym punkcie oprowadzania często następuje rozczarowanie, gdy okazuje się, że żadnego przedmiotu nie można kupić).

Jedna z prac Lubomira Tomaszewskiego (fot. Fundacja Art and Design Lubomir Tomaszewski)

W 1962 roku w pracowni Tomaszewskiego pojawia się na chwilę Ailen O. Vanderbilt, prezes zarządu Rady Amerykańskiego Rzemiosła (American Crafts Council) i dziedziczka wielkiej fortuny. Zachwycona szkicami powstającego wówczas serwisu, daje artyście do zrozumienia, że może liczyć na jej pomoc, gdyby zdecydował się na przyjazd do Stanów. Niepostrzeżenie dla innych osób wsuwa Tomaszewskiemu pod leżące na biurku papiery swoją wizytówkę. Ta przyda się już niedługo, gdy projektanta ostatecznie rozczaruje podejście decydentów do jego twórczości.

"Iną" i "Dorotą" interesuje się Philip Rosenthal, właściciel znanej niemieckiej wytwórni porcelany. Komunistyczne władze nie chcą dopuścić do jego spotkania z Tomaszewskim. Kiedy więc Rosenthal przyjeżdża do Polski, projektant zostaje wysłany na targi do Paryża po odbiór nagrody, która tym samym ma już dla niego mniejszą wartość. Tomaszewski już wie, że musi wyjechać z Polski.

W 1966 roku, z wizytówką Ailen O. Vanderbilt w kieszeni i słabym angielskim, Tomaszewski emigruje do USA. Idzie do biura Amerykanki i nie spotyka go rozczarowanie. Zachwycona niegdyś jego talentem wpływowa kobieta rekomenduje go jako wykładowcę na Uniwersytecie w Bridgeport w Connecticut, gdzie (początkowo przy pomocy tłumacza) Polak prowadzi wykłady na wydziale sztuki użytkowej i projektowania wnętrz. Praca daje mu finansowe bezpieczeństwo i coś, co być może jest jeszcze ważniejsze niż dolary na koncie: kontakt ze środowiskiem amerykańskim, który sprawia, że Tomaszewski od początku staje się częścią tego społeczeństwa, nie zamykając się - jak wielu przed nim i po nim - w towarzystwie tamtejszej Polonii. Dla uczelni pochodzenie Tomaszewskiego to ogromna zaleta, bo zakorzeniony w klasycznej kulturze europejskiej, patrzy na sztukę z perspektywy człowieka ze Starego Kontynentu. Kogoś takiego im brakowało.

Promocja wystawy 'Sztuka. Natura. Człowiek' Lubomira Tomaszewskiego na kieleckim rynku. Widoczne modele 'Śpiewaczek ' zaprojektowanych przez artystę dla fabryki porcelany w Ćmielowie (fot. Paweł Malecki / Agencja Gazeta)

Powrót do Ćmielowa

Tomaszewski nie zaniedbuje pracowni. Pierwsze rzeźby, które tworzy w USA, to niewielkie sówki z kamienia i metalu, które rozchodzą się w takim tempie, że nie nadąża ich robić. Wkrótce kupuje kawałek ziemi pod Nowym Jorkiem. Tam staje zaprojektowany przez niego dom z pracowniami. Ściąga z Polski swoje córki i powtórnie się żeni. Chociaż wyjeżdżając z kraju nie myślał, że zostanie na zawsze w USA, gdy układa sobie na nowo życie rodzinne i zaczyna odnosić komercyjny sukces jako rzeźbiarz i wykładowca, przestaje myśleć o powrocie. W Bridgeport wykładać będzie w sumie 25 lat.

W USA może sobie pozwolić na swobodę twórczą. Łączy w swoich pracach kamień, metal, drewno, szkło. Zaczyna od niewielkich rzeźb, dochodzi do obiektów o wysokości nawet trzech metrów. Wypracowuje własną technikę tzw. mokrego brązu, która polega na polewaniu miedzianej blachy różnymi metalami kolorowymi, roztopionymi w temperaturze około 1000 stopni Celsjusza. I kolejną - ognia i dymu; tworzone w niej obrazy Tomaszewskiego można zobaczyć chociażby w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Gdy wybuchła wojna, Tomaszewski miał zaledwie 16 lat. Przyznaje, że traumatyczne przeżycia stały się jego częścią, a mimo to jest pogodny, fascynuje go nie tylko natura, ale także taniec czy kobieca sylwetka - wszystko to starał się oddawać już w projektach figurek robionych przed laty. Od 2005 roku wraca zresztą do tej aktywności. Projektuje dla AS Ćmielów. To firma Adama Spały, który w przetargu kupił dawny oddział ćmielowskiej fabryki "Świt" wraz z Wzorcownią. Tam w 1962 roku przeniesiono z pozostałych fabryk produkcję porcelanowych figurek (stąd ich popularna nazwa: figurki ćmielowskie) i tam też po upadku fabryki zostały formy-matki, które stanowią bazę do współczesnej produkcji. Te projektowane przez Tomaszewskiego w ostatnich latach są jeszcze bardziej dynamiczne, przypominają jego amerykańskie rzeźby z organicznych materiałów.

Jedna z prac Lubomira Tomaszewskiego (fot. Katarzyna Rij)

Praca dla detektywa

Polscy entuzjaści twórczości Tomaszewskiego z okresu IWP często nie zdają sobie sprawy, że ma ona kontynuację za oceanem w zupełnie innej odsłonie (pierwsza wystawa amerykańskich prac artysty w Polsce miała miejsce dopiero w 2013 roku). Podobnie amerykańscy kolekcjonerzy jego rzeźb i obrazów  często nie wiedzą, że po wojnie w Polsce projektował rzeźbę kameralną, porcelanową galanterię i serwisy.

Katarzyna Rij, wiceprezes i fundatorka Fundacji Art and Design Lubomir Tomaszewski, zadała kiedyś Tomaszewskiemu pytanie, czy bardziej czuje się Polakiem, czy Amerykaninem. - Odpowiedział, że najbardziej czuje się artystą, potem człowiekiem. Gdy tworzy pracę związaną tematycznie z Polską, bardziej czuje się Polakiem, a gdy z USA - Amerykaninem - wspomina Rij.

Fundacja pod koniec ubiegłego roku zorganizowała wystawę prac artysty w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie. A on, mimo ukończonych 94 lat, nadal z powodzeniem pracuje. - Ma zwyczaj tworzenia w nocy, od 2 do 5 nad ranem - to czas spędzony w pracowni. Zawsze najpierw zjada śniadanie, nie zważając na porę nocną. Gdy ma coś w głowie, musi to z siebie wyrzucić tu i teraz, naszkicować, niezależnie od tego, co aktualnie robi. Proces twórczy pochłania go bez reszty, żyje na koszt wyobraźni, na pograniczu snu i jawy, często nie wiedząc, czy coś mu się śniło, czy też wydarzyło się naprawdę - opowiada Katarzyna Rij.

Lubomir Tomaszewski (fot. Katarzyna Rij)

Lubomir Tomaszewski powiedział kiedyś, że świadomie nigdy nie podążał za żadnym wielkim mistrzem i zawsze chciał tworzyć sztukę, której nie tworzył nikt inny. Udało mu się to, a jego prace znaleźć można w prywatnych i muzealnych kolekcjach na całym świecie. Rzeźby i obrazy przyjdzie nam odkrywać przez kolejne dekady, ponieważ sprzedając je, autor nie prowadził notatek i nie ma obecnie pełnej listy kolekcjonerów, którzy są w ich posiadaniu, ani też dokumentacji prac. Jej stworzenie to zadanie dla detektywa-konesera.

Zobacz wideo Siostry Plotą. Wyplatają z wikliny i kontynuują rodzinny interes

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Katarzyna Jasiołek. Absolwentka Filologii Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Wieloletnia dziennikarka i redaktor serwisów technologicznych. Autorka bloga o designie, wielbicielka przedmiotów z przeszłością, chętnie kupuje polskie meble, szkło i ceramikę z lat 50. i 60. Obecnie pisze książkę o powojennym polskim wzornictwie przemysłowym.