artykuły
Referendum w Kurdystanie (fot. Agnieszka Zacińska, Filip Cerny)
Referendum w Kurdystanie (fot. Agnieszka Zacińska, Filip Cerny)
"W imię krwi naszych męczenników, ich matek, żon i dzieci, proszę was: nie wychodźcie na ulicę i nie strzelajcie na wiwat. Bądźmy cierpliwi. Oszczędzajmy kule, aż przyjdzie potrzeba bronić Kurdystanu i naszego miasta".

- apelował około 17:00 miejscowego czasu Najmaldin Karim, kurdyjski gubernator Kirkuku.

Zgodnie z informacją podaną przez Wysoką Komisję Wyborczą, a cytowaną przez stację telewizyjną Rudaw, o tej godzinie frekwencja w referendum niepodległościowym w Kurdystanie wynosiła 76 proc.

Referendum w Kurdystanie (fot. Agnieszka Zacińska/Filip Cerny)

Ostatni głosujący moczyli palce w atramencie tuż przed 19.00. Wcześniej parlament w Bagdadzie wezwał premiera Iraku (i naczelnika sił zbrojnych) Haidera Al-Abadiego, by wysłał wojska rządowe do "wszystkich stref, w których od 2003 roku usadowił się Autonomiczny Region Kurdystanu".

Co teraz z Kurdystanem? Jest wiele pytań.

Plakaty informujące o referendum w Kurdystanie (fot. Agnieszka Zacińska/Filip Cerny)

Pytanie osobiste

- Zły czas, złe miejsce - mówi Bana, wydmuchując smużkę dymu w modnym barze na dachu hotelu w chrześcijańskiej dzielnicy Erbilu - stolicy autonomii kurdyjskiej. Wychowana w Londynie Kurdyjka odpowiada mi w ten sposób na pytanie, które zadaje sobie dziś w Kurdystanie chyba każdy.

Pytanie retoryczne

Pytanie brzmi: "Czy chcesz niepodległego Kurdystanu".

Czyli właściwie czego?

Prawo do głosu w referendum mają - według lokalnych kurdyjskich władz - mieszkańcy autonomicznego regionu Kurdystanu. To obejmujący 78 736 km obszar na północy Iraku, wcinający się klinem między Syrię, Turcję i Iran. Ale od tego momentu przestaje być łatwo. Bo to, co rząd w Bagdadzie uznaje za autonomiczny Kurdystan, i to, co za swój teren uważają iraccy Kurdowie, znacznie się różni. Erbil chce zapytać o zdanie mieszkańców terenów spornych, takich jak Makhmour, Sinjar i Khanaqin - położonych na południowy zachód od tych akceptowanych przez rząd. Najlepiej widać to na mapie:

Autonomiczny region Kurdystanu (fot. Maximilian Dörrbecker (Chumwa)/Wikimedia Commons/CC BY-SA 3.0)

W Makmurze i Sindżarze do walki z dżihadystami (bojownikami samozwańczego Państwa Islamskiego) stawali kurdyjscy żołnierze, Peszmergowie ("ci którzy stawiają czoło śmierci"), co niejako legitymizuje pretensje Kurdów do tych terenów. Do lipca 2017 roku w walce z ISIS zginęło przynajmniej 1700 żołnierzy Peszmergi. W granicach objętych referendum znalazło się również miasto Kirkuk - położone ponad 230 km w prostej linii na północ od Bagdadu. W czasie wojny z ISIS również bili się tam Peszmergowie. Bronili miasta, z którego wycofała się armia iracka. Było czego bronić - Kirkuk to największy w Iraku rezerwuar ropy. I każda ze stron chce go kontrolować. W bezpośredniej okolicy Kirkuku znajdują się jedne z największych na świecie złóż ropy naftowej. Z górującej nad miastem otomańskiej cytadeli gołym okiem widać ogień bijący wysoko w górę znad naftowych szybów.

Flagi i plakaty w barwach Kurdystanu informujące o referendum (fot. Agnieszka Zacińska/Filip Cerny)

SKĄD SIĘ WZIĄŁ KURDYSTAN

Irak jest niepodległym państwem od 1932 r., jednak kolonialna Wielka Brytania zachowała w nim jeszcze przez wiele lat silne wpływy. To Brytyjczycy, krwawo tłumiąc kurdyjskie powstania w latach 30., zamrozili kurdyjskie aspiracje niepodległościowe. Liderem kurdyjskich separatystów w Iranie i Iraku był od lat 40. XX w mułła Mustafa Barzani, ojciec obecnego prezydenta kurdyjskiej autonomii. Kolejny etap wyboistej drogi do kurdyjskiej niepodległości zaczął się prawie pół wieku temu, wraz z podpisanymi w 1970 roku porozumieniami kończącymi okres krwawych starć Kurdów z irackim rządem.

Porozumienia okazały się jednak fikcją. Kiedy Kurdowie złożyli broń, stali się celem ataków reżimu Saddama Husajna. Po użyciu wobec cywilów broni chemicznej (przede wszystkim masakra w Halabdży w 1988 roku) Kurdowie wzniecili powstanie przeciw władzy w Bagdadzie. Odwet irackiej armii doprowadził do exodusu ludności cywilnej w kierunku granic z Iranem i Turcją: kiedy około miliona (!) Kurdów ruszyło na północ, Turcy zamknęli granice. Widmo humanitarnej katastrofy wymogło na Radzie Bezpieczeństwa ONZ objęcie północnej części kraju Iraku zakazem lotów dla irackiego lotnictwa, zaś pomoc humanitarna zorganizowana przez amerykańskie lotnictwo (operacja Provide Comfort) ratowała cierpiących głód kurdyjskich cywili. Chwila wytchnienia i pomoc społeczności międzynarodowej umożliwiły rozpoczęcie powolnej odbudowy i rozwoju terenów zamieszkałych przez Kurdów.

Kamieniem milowym na drodze do niepodległości okazała się amerykańska inwazja na Irak w 2003 roku. Obalony Saddam Husajn przestał być przeszkodą. W Erbilu radosne salwy z kałasznikowów trwały przez trzy dni. Uchwalona w 2005 roku przez irackie władze konstytucja nadała terenom od Kirkuku na południu po granicę z Turcją na północy i od Mosulu na zachodzie po granicę z Iranem na wschodzie status regionu autonomicznego, uznawanego zarówno przez ONZ jak i przez rząd centralny w Bagdadzie. Ten ostatni jednak zmienia często zdanie, co pokazał spór wokół budżetu na przełomie 2013 i 2014 roku. Erbil nie otrzymał wtedy należnej mu części ze wspólnej kasy - na wynagrodzenia pracowników budżetówki. To doprowadziło do załamania się miejscowej gospodarki i niezadowolenia ogromnej rzeszy obywateli. Wybuchły strajki nauczycieli. Próby mediacji nie pomogły. Nawet wspólny wróg - ISIS - nie zmusił rządu w Bagdadzie do ustępstw. Co prawda armia iracka i Peszmergowie stanęli po tej samej stronie frontu i z równym zaangażowaniem przystąpili do ofensywy na Mosul, ale na żołd rząd kurdyjski musiał się zapożyczyć w kieszeniach amerykańskich i niemieckich podatników.

Nawet samochody noszą barwy referendum (fot. Agnieszka Zacińska/Filip Cerny)

A przecież iracki Kurdystan to jeden z najsilniejszych gospodarczo regionów Iraku. Dosłownie leży na ropie, i jego potencjał mógłby być większy, niż jest obecnie, gdyby oddzielił się od Iraku. Zdaniem kurdyjskich polityków i historyków, wystarczy, by czerpiący krociowe zyski na kurdyjskiej ropie Bagdad inwestował w ziemie Kurdów, rozwijając rolnictwo, przemysł i infrastrukturę drogową. Na dobrej redystrybucji skorzystałby cały Irak, osłabiając i łagodząc tym samym wojujący kurdyjski separatyzm.

- Nie może być tak, żeby tak wielki naród nie miał swojego państwa - stanowczo stwierdza Hassan, miejscowy lekarz. - Będziemy niepodlegli - dodaje z przejęciem, jakby nie do końca zdając sobie sprawę z tego, czym jest referendum.

Głównym orędownikiem plebiscytu jest szef Demokratycznej Partii Kurdystanu i od 10 lat prezydent regionalnego rządu kurdyjskiego, Masud Barzani, syn Mustafy. To referendum jest wydarzeniem, które może wstrząsnąć w posadach całym regionem.

Dlatego lista przeciwników Kurdów jest długa. 

Pierwszy odezwał się rząd Haidera Al-Abadiego w Bagdadzie - z oczywistych powodów. Niepodległość irackiego Kurdystanu - czyli z grubsza terytorium północnego Iraku - oznaczałaby oderwanie znacznego obszaru od osłabionego i tak państwa. Rządowi irackiemu bardzo zależy na kurdyjskiej części kraju i powtarza, że w grę wchodzi system federacyjny, ale nie niepodległość. Skuteczna rewizja granic zmiecie Al-Abadiego z politycznego świecznika.

Kurdyjskie referendum nie spodobało się też u sąsiadów - w Iranie i w Turcji. Rząd w Teheranie mieni się obrońcą irackiej konstytucji i zapisanej w niej integralności kraju. Rząd w Ankarze jest mniej subtelny: nazwał sam pomysł kolejno: śmiertelnym błędem, hańbą, wstydem i zdradą. Oba kraje mają powód do obaw - o swoje własne granice. Na dzień przed referendum Turcja i Iran zamroziły połączenia lotnicze z Irakiem, w dniu głosowania Teheran zamknął też przejścia graniczne z irackim Kurdystanem. W Ankarze Rada Bezpieczeństwa Państwa zadekretowała, że kroki powzięte przez Erbil zagrażają bezpieczeństwu Turcji.

Flagi i plakaty w barwach Kurdystanu informujące o referendum (fot. Agnieszka Zacińska/Filip Cerny)

W Turcji na obszarze większym od irackiego Kurdystanu żyje około 15 milionów ludzi kurdyjskiego pochodzenia, a Partia Pracujących Kurdystanu od lat prowadzi walkę zbrojną w imię niepodległości tureckich Kurdów. Na północnym zachodzie Iranu mieszka ich około około 8 milionów. W samym Iraku jest to około 5 milionów obywateli. A teraz dodajmy jeszcze, że "kurdyjskie" tereny w Turcji i w Iraku przylegają do obszaru poddanego pod referendum, a otrzymamy nieco utopijny projekt połączenia w jedno państwo - tzw. "Wielki Kurdystan" - wszystkich ziem zamieszkiwanych przez Kurdów, czyli leżących na styku Syrii, Iraku, Iranu i Turcji. Wielki Kurdystan ma mieć wyjście na Morze Śródziemne. Które z ościennych potęg mogłyby się na to zgodzić?

Kurdyjskie referendum nieśmiało wsparły te kraje, które problem walki o niepodległość znają z własnego podwórka. Słowa wsparcia ślą Palestyńczycy. Co ciekawe, mówią jednym głosem z Izraelem, którego premier nazywa Kurdów podobnymi do siebie. Poparcie płynie również z Kosowa czy Grecji. (W polskim Sejmie głos zabrał na razie wicemarszałek Stanisław Tyszka, informując o wsparciu dla kurdyjskiej inicjatywy.

W miastach w irackim Kurdystanie władze postarały się, by wszyscy dowiedzieli się o referendum (fot. Agnieszka Zacińska/Filip Cerny)

Pytanie kluczowe: co dalej?

Oddzielenie Kurdystanu oczywiście nie pomoże w stabilizacji Iraku. Co więcej, jednym głosem nie mówi nawet sam Kurdystan. Jest podzielony między stronników KDP Masuda Barzaniego i zwolenników Patriotycznej Unii Kurdystanu (PUK) byłego prezydenta Iraku Dżalala Talabaniego, kraj, którego jeszcze nie ma. KDP jako inicjator i główny pomysłodawca referendum tryska optymizmem. Jej przeciwnicy chcą przegłosowania pomysłu referendum przez parlament. A ten nie zebrał się od października 2015 roku, kiedy to w ulicznych zamieszkach zginęło trzech członków KDP. Partia Barzaniego oskarżyła wówczas tzw. Partię Zmiany (Gorran), drugą co do wielkości formację polityczną w regionie, o zaplanowanie i podsycanie protestów i wycofała poparcie dla Yousefa Muhammada, wywodzącego się z Gorran marszałka.

Można się jednak spodziewać, że w odróżnieniu od kilku europejskich przywódców, którzy potknęli się o podobne deklaracje w ostatnim roku, nie ma się o co martwić. Kurdyjska ulica bardzo długo czekała na możliwość głośnego wykrzyczenia swoich snów o niepodległości, i raczej nie zmarnuje nadarzającej się wreszcie okazji. Tylko co będzie dalej?

Pytanie bez odpowiedzi

Niepodległy Kurdystan, jeśli powstanie, nie będzie państwem homogenicznym. Już teraz stanowi enklawę dla prześladowanych mniejszości, takich jak Jazydzi (na terenie Kurdystanu znajduje się święte dla Jazydów miejsce - Lalisz). Poza nimi w skład mozaiki narodowościowej wchodzą: Arabowie (Szyici i Sunnici), Turkmeni, mówiący po aramejsku Asyryjczycy (podzieleni na chaldejskich katolików, wyznawców Asyryjskiego Kościoła Wschodu),szyiccy Kurdowie (większość Kurdów to Sunnici) i kurdyjscy wyznawcy zoroastryzmu.

Wolny Kurdystan mógłby okazać się oazą spokoju na rozgrzanej od walk, bliskowschodniej pustyni. Swój akces do niego zgłaszają też przedstawiciele równiny Niniwy, regionu zamieszkałego przez wielu chrześcijan i będącego do tej pory pod jurysdykcją rządu centralnego.

- W Mosulu byliśmy spakowani 24 godziny na dobę, 365 dni w roku. Po referendum też sobie poradzimy - mówi Aseel, wykładowczyni na miejscowym uniwersytecie, chrześcijanka. Z Mosulu uciekła jeszcze przed nadejściem samozwańczego kalifatu, po latach szykan, jakie spotykały ją ze strony muzułmanów. Wydawać by się mogło, że chrześcijan więcej łączy ze społecznością arabską, chociażby ze względu na język, ale najwyraźniej ofiarna pomoc, jakiej doświadczyli ze strony Kurdów w czasie rządów ISIS, oddaliła ich od Bagdadu, a zbliżyła do Erbilu.

Pomimo kryzysu ekonomicznego, spotęgowanego falą uchodźców z Syrii, Kurdyjski Region Autonomiczny przyjął kilka milionów uchodźców wewnętrznych, zapewniając im podstawy egzystencji w kilku ogromnych obozach w rejonie Irbilu i Duhoku.

Masrour Barzani, syn Masuda i szef Regionalnej Rady Bezpieczeństwa Kurdystanu, stwierdził niedawno, że jeśli ktoś nazywa referendum ryzykownym, to pozostanie w granicach Iraku może być tylko nazwane katastrofą. Kurdowie na swoje pytanie odpowiedzą zapewne w przeważającej części twierdząco, resztę oceni historia.

Flagi i plakaty w barwach Kurdystanu informujące o referendum (fot. Agnieszka Zacińska/Filip Cerny)

Agnieszka Zacińska. Filolog, wykładowca uniwersytecki. Od 5 lat mieszka i pracuje w Erbilu, stolicy autonomicznego irackiego Kurdystanu.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU